Get your own Digital Clock

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Co by było gdyby Pshemko zakochał się w Marku? wg Iwony

Zakochany Mistrz


Był artystą. Wszyscy w Febo & Dobrzański znali go i cenili za nieprzeciętne pomysły, które wyniosły firmę na szczyty świata mody. Artysta, jak to artysta, miał swoje humory, przyzwyczajenia i tajemnice. Napady złości i wybuchy histerii w jego wykonaniu były legendarne. Przyzwyczajenia - czekolada, nowy asystent, zestaw antystresowy - były świętością i szansą na poprawienie mu nastroju. Mistrz strzegł swoich tajemnic. Na palcach jednej ręki można było policzyć zaufanych, którzy znali prawdziwe nazwisko Pshemko. Jeszcze mniej osób wiedziało, że jego prawdziwą pasją jest malarstwo, a projektowanie ekskluzywnych kolekcji ubrań, to zajęcie, które pozwalało mu na życie na poziomie, który lubił i do którego przywykł. Nikt natomiast nie znał jego najgłębiej skrywanego sekretu. Tego, że od lat kolejni partnerzy byli tylko substytutami, mającymi mu wynagrodzić niemożność zbliżenia się do mężczyzny, który był jego obsesją – Marka Dobrzańskiego. Zakochał się w nim w czasach, kiedy ten, jako student, zaliczał praktyki w firmie ojca. Projektant nigdy nie odważył się na uświadomienie Markowi, jakie emocje w nim budził. Trudno bowiem byłoby znaleźć mężczyznę bardziej ceniącego damskie wdzięki, niż młody Dobrzański. Jednocześnie wykazywał on ogromne zrozumienie i tolerancję dla, ogólnie znanych, preferencji mistrza. Marek go szanował i lubił. Podawał mu rękę bez skrywanej rezerwy, rozmawiali często o projektach, ich promocji, czy modelkach, do których miał słabość. Z czasem doszło do tego, że jako dyrektor, a później prezes, potrafił skutecznie tonować jego wybuchy i wprawiać w dobry nastrój samą swoją obecnością. Ostatnio jednak coś się zmieniło. Wieloletni związek Marka Dobrzańskiego i Pauliny Febo rozpadł się z powodu jego zaskakującego romansu z asystentką – Urszulą Cieplak. Splot okoliczności, których Pshemko do końca nie pojmował, spowodował, że Ula zajęła stanowisko Marka i od kilku miesięcy była prezesem firmy. Pshemko bardzo ją lubił. Miał nawet dług wdzięczności w stosunku do niej. Ula bowiem, z wrodzoną sobie delikatnością, doprowadziła do zgody pomiędzy nim, a synem. Pshemko nie rozumiał, co tak naprawdę łączy Marka i Ulę. Pasowali do siebie, a jednak nie byli już parą. Może jednak nie była to prawdziwa miłość, tylko krótkotrwałe zauroczenie? Gdy pytał, odpowiadali zgodnie, że nic, oprócz pracy, ich nie łączy. Jednak Marek dwoił się i troił, aby udowodnić Uli, że jest jej potrzebny. Ona z kolei chętnie przyjmowała jego pomoc. Zastanawiające było to, że zarówno Marek, jak i Ula pozostawali samotni. Znał Dobrzańskiego i wiedział, że taki stan jest dla niego nienormalny i trudny. Doszedł do wniosku, że skoro nie spotyka się on od kilku miesięcy z kobietami, to może jest szansa, iż zrozumie, że nie ma nic piękniejszego niż związek męsko-męski. Postanowił się przekonać. Rozumiał, że jest to dla niego ostatnia szansa i lepszego momentu już nie będzie. Zaplanował sobie drobną intrygę i był pewien, że Marek połknie haczyk.


- Urszulo, moja droga, wyjeżdżam. Czuję się wypalony i samotny – oznajmił pewnego popołudnia zdziwionej Uli.

- Ależ Pshemko rozumiem cię, ale błagam - nie teraz, wstrzymaj się choć dwa tygodnie. Wiesz przecież, że Wojtek cię nie zastąpi. Jesteś mi potrzebny. – Prezes Cieplak była przerażona faktem, że jej projektant chce wyjechać w czasie, kiedy prace nad kolekcją sylwestrowo – karnawałową wchodziły w kulminacyjną fazę.

- Duszę się tutaj. Potrzebuję oddechu i przestrzeni. Muszę odzyskać świeżość spojrzenia. Najlepsze do tego miejsce, to moja samotnia na łonie natury.

- Ale produkcja dobiega końca. Musimy skupić się na promocji, zorganizować cykl pokazów…

- Wybacz cara mia*, ale już zdecydowałem. Nie szukajcie mnie – przerwał jej w połowie zdania i zastanowił się, czy aby na pewno Iza zna adres jego chaty w górach. – Do zobaczenia za jakiś czas.


Następnego dnia Ula siedziała w swoim gabinecie, pogrążona w nieciekawych myślach. Lubili się z Pshemko, ale nie miała na niego wpływu takiego, jak Paulina czy Marek. Marek… bez jego pomocy nie dałaby sobie rady przez ostatnie miesiące. Była mu wdzięczna za wszystko i przerażona faktem, że jednak czas nie leczy jej złamanego serca. Ograniczała kontakty z nim do niezbędnego minimum, powiedziała mu, że nigdy nie powiększy kolekcji jego zdobyczy. Próbowała nawet spotykać się z Piotrem, ale szybko przestała, bo nie chciała go oszukiwać. Marek z kolei zapewniał ją, że nic poza pracą ich nie łączy. Nie zastanawiał jej fakt, że w to akurat uwierzyła mu bez problemu. Usłyszała hałas w sekretariacie. Wiedziała, że to Marek, poznawała go po krokach i sposobie pukania.

- Proszę – powiedziała próbując otrząsnąć się ze smutnych myśli.

- Cześć Ula. Mam dla ciebie adresy, o których wczoraj rozmawialiśmy – oznajmił wesoło, ale przerwał, bo zobaczył po jej minie, że coś jest nie tak. – Co się stało?

- Pshemko wyjechał wczoraj wieczorem i nie wiadomo kiedy wróci – powiedziała smutnym głosem. – Jak nie wróci za dwa dni, to możemy zapomnieć o zakończeniu pracy w terminie.

- Nie martw się. Dajmy mu te dwa dni, a jak nie wróci, to po niego pojadę i przywlokę choćby siłą. – Marek wyglądał na zmartwionego, ale w duchu ucieszył się, że znowu będzie mógł wejść w rolę rycerza ratującego panią swego serca z opresji. Pshemko, to nie był dla niego problem, zawsze potrafił go przekonać. Sam nie wiedział dlaczego.

- Ale Marek, jest koniec listopada, a on pojechał gdzieś w góry. Pogoda jest okropna, zapowiadają śnieżyce, jest niebezpiecznie na drogach. A jak mu się coś stanie, albo tobie? – Ula martwiła się coraz bardziej. – Zresztą z tego co mi mówił, wynikało, że rzeczywiście potrzebuje czasu. Twierdzi, że się wypalił i zgubił świeżość spojrzenia.

- A tam, takie gadanie artysty. Pobędzie troszkę sam, pomaluje sobie i mu przejdzie. A pogodą się nie przejmuj, mój samochód nie takie rzeczy znosił. – Dobrzański był w coraz lepszym nastroju. Czuł ciepło w sercu, kiedy słyszał, że Ula się o niego martwi. – Nie będę czekał tych dwóch dni, jutro po niego pojadę.


Samotnia Pshemko była starą góralską chatą, którą przerobiono dla niego tak, że miał tu wszystko, czego potrzebował do szczęścia. Przede wszystkim powiększono okna od południa, aby miał światło potrzebne do malowania. Przy oknie stały duże sztalugi i szafka wypełniona rozmaitymi farbami, pędzlami i innymi akcesoriami malarskimi. Narożnik zajęty był przez imponujący kominek, przy którym leżał zapas drewna. Przed nim umieszczono rozłożystą, wygodną sofę i podręczny stolik. Pod ścianą stał barek, półki z jego ulubionymi książkami, płytami i albumami oraz, stosunkowo skromny, sprzęt grający. W chacie znajdowała się również, nowocześnie wyposażona kuchnia i łazienka oraz niewielka sypialnia, z której rzadko korzystał, przysypiając najczęściej na sofie. Mistrz wszystko przygotował, zadbał o zaopatrzenie lodówki i barku, zwiększył zapas drewna, gdyż robiło się coraz zimniej. Teraz kapryśna aura mogła go uwięzić w samotni na jakiś czas. Domyślał się, że Marek da mu trochę czasu, ale spodziewał się go najpóźniej w ciągu dwóch dni. Tymczasem malował i układał sobie w głowie coraz ciekawsze scenariusze spotkania z Dobrzańskim.


Przewidywania mistrza potwierdziły się i następnego dnia, wczesnym popołudniem, w samotni pojawił się oczekiwany gość.

- Witaj Pshemko. Już myślałem, że do ciebie nie dojadę. Nadciąga burza śnieżna – powiedział Marek wchodząc do chaty i szybko zamykając drzwi przed wiatrem niosącym płatki śniegu.

- Marek! Witaj w moich skromnych progach. Czekałem na ciebie. - Pshemko przerwał malowanie i podszedł do Marka, aby się przywitać. Miał ochotę go uściskać, ale ograniczył się do uściśnięcia mu ręki.

- Czekałeś na mnie? – zdziwił się. - Wiem od Uli, że masz kryzys twórczy.

- Tak jej powiedziałem. Byłem pewien, że przyjedziesz, aby skłonić mnie do powrotu. – Uśmiechnął się promiennie do zaskoczonego Marka. – Później ci to wytłumaczę dokładnie, a na razie rozgość się, pewnie zmarzłeś. Chcesz grzańca?

- Poproszę. Zaskakujesz mnie. Skoro dobrze się czujesz, to dlaczego wyjechałeś? Nic nie rozumiem.

- Mam swoje powody… Właściwie, to nie czuję się dobrze i to już od bardzo dawna. – Przyglądał się mężczyźnie uważnie. Zastanawiał się, czy on naprawdę niczego się nie domyśla? - Usiądź przy kominku, wyglądasz na zmęczonego i przemarzniętego.


Usiedli na sofie. Ogień wesoło trzaskał w kominku. Popijali grzane wino z korzennymi przyprawami. Za oknem powoli zmierzchało. Rozszalała się burza śnieżna. Marek poczuł się senny, nie wiadomo kiedy zamknęły mu się oczy i zapadł w drzemkę. Pshemko siedział przy nim, czuł się szczęśliwy i podekscytowany. Podziwiał jego piękne rysy twarzy. Okrył Marka puszystym kocem. Pozwolił mu spać i wykorzystał ten czas na przygotowanie kolacji. Było już zupełnie ciemno, gdy Marek się obudził. Przygasający ogień tajemniczo rozświetlał chatę. Usłyszał Pshemko w kuchni i poszedł do niego.

- Ale przysnąłem. Przepraszam – powiedział.

- Nic nie szkodzi, cała noc przed nami. – Pshemko uśmiechnął się intrygująco. – Zrobiłem nam kolację. Zabierz te talerze do pokoju, a ja dorzucę drzewa do kominka.

- Pięknie pachnie. Nie wiedziałem, że potrafisz gotować.

- Wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz, ale dzisiaj się to zmieni. – Usiedli wygodnie i zaczęli jeść. Początkowo rozmawiali o pracy. Potem Marek zapytał mistrza o stojący na sztalugach, rozpoczęty obraz. Gdy skończyli posiłek, Pshemko podszedł do barku i nalał im zielonego trunku do staromodnych szklaneczek. Użył kostek cukru i wody do sporządzenia drinków.

- Proszę, to Zielona Wróżka, rozjaśnia i wyzwala umysł oraz pobudza ciało.

- O, coś nowego?

- Przeciwnie, coś całkiem starego. To napój artystów i bohemy.

- W takim razie za artystów – Marek wzniósł toast.

- Marku, wysłuchaj mnie spokojnie i nie oceniaj pochopnie – zaczął swoją przemowę Pshemko. – Znamy się od blisko dziesięciu lat, wiesz, że zawsze cię lubiłem, ale nie wiesz, jak bardzo. Nigdy nie miałem odwagi, aby powiedzieć ci prawdę. Zawsze otaczałeś się pięknymi kobietami, a potem dodatkowo zaręczyłeś się z Pauliną. Wiedziałem, że moje wyznanie byłoby zupełnie nie na miejscu. – Przerwał na chwilę. Nie miał odwagi spojrzeć na Marka, który wpatrywał się w niego zdumiony, wręcz zszokowany.

- Pshemko, ja nigdy…

- Pozwól mi dokończyć. – Spojrzał mu prosto w oczy i kontynuował. - Dziesięć lat dusiłem to w sobie i czekałem na odpowiedni moment. Wciąż obserwowałem cię uważnie, stąd wiem, że zawsze miałeś kogoś u boku. Teraz już od dawna jesteś sam i to mnie ośmieliło. Marku, to proste, więc powiem zwyczajnie – kocham cię od pierwszego dnia kiedy zawitałeś do Febo & Dobrzański. Moja miłość jest niezmienna i czyni mnie podobnym do Michała Anioła, Leonarda da Vinci, czy Andy Warhola. Teraz już wiesz.

- Pshemko, ja nie podejrzewałem, że tak się sprawy mają. – Marek czuł narastającą panikę. Jeszcze nigdy mężczyzna nie wyznawał mu miłości. Kompletnie nie wiedział, jak się zachować. Na szczęście nie miał problemów z akceptacją ludzi o odmiennych preferencjach i dzięki temu zdołał się opanować. - Szanuję cię, podziwiam i uważam się za twojego przyjaciela. Ale zrozum - nie kocham cię w ten sposób! Wybacz mi. Doceniam twoją szczerość i odwagę, ale męska, prawdziwa przyjaźń, to jest to, co potrafię i chciałbym ci zaoferować.

- Męska przyjaźń mówisz? Ale czy nie przemawia przez ciebie strach przed nieznanym? Gdybyś się zastanowił i oswoił z tą myślą, to może…

- Pshemko, prawda jest taka, że to się nigdy nie zmieni. I nie chodzi tu nawet o to, że wolę, uwielbiam i działają na mnie tylko i wyłącznie, kobiety. Ja po prostu jestem zakochany w kimś innym, w Uli. Kocham ją, chociaż nie jesteśmy razem i nawet nie wiem, czy kiedykolwiek będziemy. Ona jest dla mnie nieosiągalna, prawie tak, jak ja dla ciebie. Tak więc obaj jesteśmy beznadziejnie zakochani.

- Szkoda, naprawdę szkoda, no cóż. Ale mimo to, cieszę się, że otworzyłem przed tobą serce. To oczyszcza. Będę musiał zadowolić się twoją przyjaźnią.

- Pshemko, skoro już sobie wszystko wyjaśniliśmy, to jutro wracamy, prawda?

- Niekoniecznie – powiedział ze śmiechem. – Po pierwsze, jutro będziemy prawdopodobnie kompletnie zasypani, a drogi będą nieprzejezdne. A po drugie, nie chcę jeszcze wracać.

- Jak to?

- Tak to. Myślę, że należy mi się jakieś pocieszenie, skoro jesteś dla mnie nieosiągalny.

- Co ci chodzi po głowie? – spytał Marek, ale nie był pewien czy chce poznać odpowiedź.

- Od dawna marzę o tym byś mi pozował do aktu.

- Co?!

- Pozował do aktu. No wiesz, jesteś niezwykle przystojny, twoje ciało jest piękne, chcę je uwiecznić, a przy okazji nacieszyć oko. Mlę, że dzisiejsza noc i jutrzejszy dzień wystarczą. Taki jest mój warunek, zaraz potem wrócimy do Warszawy.

- Pshemko, ja nie mogę. Nie potrafiłbym się przed tobą rozebrać.

- No chyba żartujesz. Taki wyzwolony młodzieniec. Chyba się mnie nie boisz? Nawet cię nie tknę. Ani palcem, ani pędzlem. A jak ci to pomoże, to możesz sobie wyobrażać, że jesteś tu z Ulą, zamiast ze mną.

- Z Ulą powiadasz? Kuszące. Ale żebym miał ze sobą coś więcej, niż moje dzikie fantazje.

- Chciałbyś kawałek Uli? Dobrze, zaraz będziesz miał. A ty w tym czasie dorzuć do kominka, żebyś mi nie zmarzł i przygotuj się. Możesz nam zrobić po drugiej wróżce, to cię rozluźni i wzbogaci odczucia.


Opór Marka powoli znikał. Pshemko stanął przy sztalugach i coś zawzięcie rysował węglem. Marek przygotował drinki. Pomyślał, jak cudownie byłoby tu z Ulą. Sami, w przytulnej chatce, zagubionej w górach. Za oknem noc i śnieżyca, a w środku oni, przytuleni przy kominku. Czar Zielonej Wróżki zaczął na niego działać. Pshemko skończył szkic. Była to twarz Uli. Lekko się uśmiechała. Jej rozmarzone, hipnotyzujące oczy utkwione były w patrzącym. Pshemko użył węgla do tego szkicu, ale oczy namalował, piękną chabrową pastelą.

- Piękna… – westchnął Marek.

- Chcesz ten szkic? Chcesz żebym wrócił z tobą do niej?

- Tak – odpowiedział, nie mogąc oderwać oczu od jej wizerunku.

- To pozuj mi. Obiecuję ci, że nie pożałujesz, dawno nie miałem takiej weny. Jesteś moim natchnieniem.

Marek rozebrał się i usadowił wygodnie na sofie, blisko kominka. Szkic miał w zasięgu wzroku. Pozwolił oderwać się myślom od ciała i błądzić razem z ukochaną w krainie fantazji.

Pshemko tymczasem tworzył. Była to pewnego rodzaju terapia. Przelewał na płótno całą swoją miłość. Malując rozmyślał. Godził się powoli z faktem, że Dobrzański nigdy nie będzie jego partnerem, że nie odwzajemni jego uczuć. Powoli spod jego pędzla wyłaniało się dzieło sztuki. Po kilku godzinach pozowania Marek zasnął. Prawdopodobnie śniła mu się Ula. Pshemko pracował niestrudzenie prawie do rana.


Kolejny dzień upłynął im początkowo na próbach odgarnięcia śniegu z podjazdu i drogi dojazdowej do samotni. Potem Marek ponownie pozował, a Pshemko kończył obraz.

- I co Mareczku, chyba pozowanie nie jest takie straszne, prawda?

- Fakt. Nie jest. Co zrobisz z tym obrazem? – odpowiedział Marek uśmiechając się zawadiacko. - Jestem na nim zupełnie rozpoznawalny i obdarty z wszelkich tajemnic. Mam nadzieję, że nie zawiśnie byle gdzie?

- Mam pewien pomysł, ale to na razie tajemnica. Możesz być pewien, że będzie bezpieczny. Opowiedz mi lepiej o twojej miłości. Wczoraj tak się rozmarzyłeś, że aż miło było patrzeć.

Marek nie dał się długo prosić. Czuł, że jego relacja z Pshemko wkroczyła na poziom pozwalający zwierzyć się ze wszystkiego. Opowiedział mu o swoim związku z Ulą. Nie pominął żadnego szczegółu tej historii o przyjaźni i miłości oraz kłamstwie i manipulacji.

- Tak wiec rozumiesz już, czemu między mną, a Ulą jest tak, jak jest. Ona nie chce uwierzyć w moją miłość, a nawet wysłuchać mnie. Muszę ograniczać nasze kontakty do czysto zawodowych, bo inaczej wcale bym jej nie widywał. To byłoby ponad moje siły.

- Myślę, że ona cię kocha. Zawsze wiedziałem, że nosi w sobie jakąś tajemnicę. Teraz rozumiem, że chodziło, i nadal chodzi, o ciebie. Powinieneś o n walczyć. Zachować się bardziej zdecydowanie. Może wtedy zrozumiałaby, że naprawdę znaczy dla ciebie wszystko. Skończyłem. – Spojrzał z oddali na swoje dzieło. – Robi wrażenie. Praca z tobą Marku była jak czekolada z chili.


Nazajutrz wyruszyli w drogę do domu. Po przyjeździe okazało się, że Marek źle się czuje. Prawdopodobnie przeziębił się, poświęcając dla Pshemko i sztuki. Pojechał do domu. Natomiast projektant udał się do firmy i skierował pierwsze kroki wprost do Uli.

- Witaj cara mia! Wróciłem. – Powitał ją z radością.

- Pshemko! Tak się cieszę, że jesteś cały i zdrowy. Gdzie się podziewałeś? Czy Marek jest z tobą? Nie mogłam się dodzwonić do żadnego z was.

- Wybacz, ale w mojej samotni nie używa się komórek. Marek był ze mną, lecz pojechał do domu. Chyba się przeziębił. Przyjechałem prosto do ciebie, ponieważ musimy porozmawiać.

- Ciężko nam było bez ciebie, jesteś nie do zastąpienia.

- O pracy będę z tobą rozmawiał od jutra. A dzisiaj chcę pomówić z tobą o Marku. – Pshemko zdecydował się na szczerość, którą Ula ceniła ponad wszystko. - Musisz wiedzieć, że ja kocham Marka od lat i w końcu przedwczoraj mu to wyznałem. – Zaskoczył Ulę tym stwierdzeniem, ale słuchała go bez słowa. - Niestety on mnie nie kocha. Kocha ciebie i to w sposób niezwykły. Nie podejrzewałem go o taką głębię uczuć. Myślę, że ty też go kochasz. Ula daj mu, a właściwie wam, szansę. Zastanów się, co tracisz! Mam dla ciebie prezent. - Podał Uli portret Marka, ukazujący go w romantycznej pozie. Uli zakręciło się w głowie. – Myślę, że ten obraz pomoże ci podjąć właściwą decyzję. Właściwie, to zmusiłem Marka do pozowania. Taki był mój warunek szybkiego powrotu, a także pocieszenie, ponieważ on pragnie należeć do ciebie, a nie do mnie.

- Piękny… Obraz. Ciekawe o czym on myślał? Ma taki wzrok… - dziewczyna nie odrywała oczu od dzieła Pshemko.

- O tobie. Zostawiam cię z nim, jest twój – powiedział i wyszedł.


Ula rozmyślała, wpatrując się w obraz. Pshemko miał rację. Kochała Marka. Zrozumiała, że krzywdziła ich oboje, nie pozwalając mu wytłumacz się ani wyznać uczuć, jakimi ją darzył. Postanowiła to naprawić. Po drodze kupiła lekarstwa, cytryny i ich ulubione zapiekanki. Zadzwoniła delikatnie do drzwi jego mieszkania. Otworzył po chwili.

- Cześć Marku. Podobno jesteś chory. Przyszłam cię odwiedzić… Mam lekarstwa i zapiekanki…

- Ula – powiedział miękko. Nie wierzył własnym oczom. Przytulił ją mocno i czule pocałował. Odpowiedziała mu w ten sam sposób, czyniąc szczęśliwym.


* cara mia – kochana moja

czwartek, 3 grudnia 2009

Julia Kamińska we Wrocławiu!!!


Już 5 grudnia (sobota) Julia Kamińska zawita do stolicy Dolnego Śląska.

We Wrocławiu serialowa Ula będzie podpisywała swoje dzieło
"Pamiętnik BrzydUli".

Namiary na spotkanie z Julką :)

Gdzie : Wrocław Empik Renoma
Kiedy : 05.12.2009
O której : 12:00

Gorąco polecam!


źródło: z wiedzy własnej ;)

środa, 2 grudnia 2009

Zakończenie BrzydUli wg jukaki

Marek już wrócił ze szpitala do domu. Jest jakiś zamknięty w sobie, chłodny, ostrożny…
Wypadek prawie postawił go po drugiej stronie. Pamiętał nieodbierany przez Ulę telefon. Porażającą potrzebę połączenia, usłyszenia jej… Strach. O nich. Słup, trzask… niebyt……..
Nie pamięta jej twarzy nad sobą w szpitalu..
Mama w łzach , Sebastian, lekarze… Paulina.
Jej nie….
Ula nie przyszła do szpitala…
Nie ważne. Nic nie ważne… Nie być, nie chcieć… zapaść się..
Brak sił na bycie, na zostanie tu, na wyjazd…

Helena rozmawiała z lekarzem.
Uświadomił on jej stan Marka- nie fizyczny – ten wszyscy znali… Zauważył ,że z pacjentem coś się dzieje, nie ma woli walki…
To on zaproponował wyjazd. Zmiana miejsca, lepszy klimat.. Łagodny dla ran każdego rodzaju…
Miejsce samo się nasuwało. Dalekie, oderwane. Oderwane od tu i teraz. Italia – Mekka, gruźlików, i odrzuconych i nieszczęśliwie zakochanych… Mają tam znajomych, którzy otoczą Marka niezauważalną a jakże potrzebną opieką.
I Paulina- ona może go tam zawieźć… Może to zrobić przy okazji- Marek będzie musiał się zgodzić… Zresztą on nie protestuje, jego jakby nie ma- to najbardziej niepokojące dla Heleny…

Biuro Uli.
Do gabinetu wchodzi matka Marka. Prosi Ulę o rozmowę. Mówi, ze Marek cierpi, że (ona) nie wie co tak naprawdę między nimi zaszło, ale bardzo by chciała by ze sobą porozmawiali… „Marek patrzy wstecz, a to zabija życie…”-mówi wychodząc.
Seba widzi wychodzącą Helenę.
Pyta Ulę
-Rozmawiałaś z Heleną?
-tak
-interesuje się kolekcją? Denerwuje się pewnie przed pokazem?
-….Martwi wyjazdem Marka do Włoch. Ja nie mam NIC z tym wspólnego… Uważa, że to moja wina… Nie zaproponowałam mu wyjazdu na Malediwy, nawet biletu nie zamierzałam kupować…
-Meladiwy? On do Włoch jedzie.. BOŻE ULA!

Rozmowa Seby z Ulą…

Rysów, hałda pierogów. W kuchni Ulka i Józef.
-Ulka, ty pół pułku chcesz wyżywić?
-muszę
-co się dzieje? Nie ma sensu się tak męczyć!
-Nie ma. Już pozagniatałam!
Józef nie rozumie.
-Co pozagniatałaś? Pierogi ???
-Życie… Pierogów z tego nie będzie!
-Ulka!

Chwila później. Siedzą przy sobie.
-myślałam, że ?Marek mnie skrzywdził.. że jak piecyk –roztopił głupiego bałwanka. A tak naprawdę to ja topniejąc zagasiłam w nim ten ciepły płomień… Z ciepłego piecyka i z bałwanka została tylko zimna, metalowa koza i kałuża…..
-Ulcia nie wiem co mówisz. Miotasz się , męczysz. Porozmawiaj z nim!
-nie wiem czy umię
-Ula! Umiesz – musisz umieć…
A będziesz umiała tak żyć????

Ula dzwoni do Marka, ten nie odbiera. Jest u niego Seba, Marek mówi mu, że Ula już wszystko z niego wymiotła. Jest pusty. Nie może z nią rozmawiać, nie ma siły jej widzieć….
Wyjeżdża. Musi być sam.

Ulka pisze list do Marka

Marek
Wyjeżdżasz… Co mogę powiedzieć.
Nie odbierasz moich telefonów…
Zawsze myślałam, że mnie skrzywdziłeś, wykorzystałeś… Że jesteś genetycznie zaprogramowany na bycie świnią….
Chciałam, najbardziej w życiu chciałam uniknąć tej rozmowy.
Bałam się że wtedy pęknie mi serce…
Wiem, chyba już wiem, wszystko?
Rozmawiałam z Twoją matką. I z Sebą.
Nie wiem co i jak napisać. To jeszcze zbyt boli. Ale teraz wiem, że bolało to także Ciebie.
Przepraszam. Wybacz mi.
Tak, nie ufałam Ci. Ale choć wiem, że jest już za późno, nie chcę byś żył tak jak ja… byś cierpiał w letargu.
Zarzuciłeś mi, że nie stosuję się do tego co głoszę. Że nie jestem szczera, nie pokazuję sobą wiary w „prawda was wyzwoli…”
Nie chcesz ze mną rozmawiać…
Przeczytaj kiedyś ten pamiętnik.. Mój-Twój pamiętnik. Ty mi go dałeś. Daję Ci go teraz bo tak wiele kryłam – tylko tak stanę przed Tobą w prawdzie.

Marek –przepraszam, ze to do czego nie dopuściłam, za moje gesty, których nie wykonałam
i Twoje którym nie dałam szansy na przemówienie…..

Mam nadzieje, że zrozumiesz. I że to pozwoli Ci żyć dalej. Żyj przyszłością- Twoja mama powiedziała,, że nie można wciąż patrzyć wstecz, bo to zabija życie.

- Ula

Ula pakuje list i pamiętnik. Daje Sebastianowi.
-Mogę Cię o coś prosić? To MUSI dotrzeć do Marka, dobrze?

Marek przed wyjazdem. Walizki, na wpół spakowane ubrania. Pełen automatyzm ruchów. I leżąca na stole, tuż obok walizek koperta i paczka w niebieskim papierze.
Wahanie.
Otwiera list, czyta.
Ręka zawieszona nad paczką. Otwiera ją, gładzi okładkę… Widzi moment gdy wręczał go Uli.
Czyta…

Sceny późniejsze. Natłok obrazów.
Pocałunek, winda do nieba, „o coś takiego jesteś zazdrosna”, SPA – ufność przebijająca z kartek, że teraz już wszystko będzie dobrze, że kocha, wierzy, czeka. Piecyk zamieniony w królewicza na białym rumaku…
I wahania dylematy co zrobić, jak postąpić. Raport, Paulina wyrzuty sumienia. I kocha…
I rozmowa Marka z Sebą – to co ONA z niej usłyszała. Malediwy… Spławić…
Ból.
Głupia, naiwna, niereformowalna. Bartek…
Przecież mu powiedziała o Bartku. Jak mógł! Boże co za cynizm!

Marek pęka. Rzuca pamiętnik. Tłucze się po mieszkaniu. Cierpi, wspomina Spa i rozmowę z Ulą o Bartku. I z Sebastianem o Malediwach.

Wraca, czyta dalej. Piotr. Prezesura, żagle, rozmowa z Markiem, płatki którymi znów sądziła że z niej kpił… i nadzieja, że może jednak…
I strach , wypadek, nie wpuszczenie na salę… Strach o niego… Jego wyjazd do Włoch. Z Pauliną… Stracone uczucie. I : „..może miłość do kogoś kto jest tak daleko mniej boli?”

Ciemność.
Noc nieprzespana…
Podarte bilety…
I słowa w głowie „ nie można patrzeć wstecz, bo to zabija życie”.

Rysiów, ranek, czekanie na Ulę.
Józef w cichości wspierający Marka. Ulka wraca ze sklepu- zamarł….
-Dostałem przesyłkę.
Cisza.
-mogę Cię zabrać?
-Dokąd?
-Nie wiem -gdzie oczy poniosą….
Poniosły nad Wisłę.
Lęk, obawa. Nie wychodzą z samochodu.
-Ula- przepraszam! To nie tak
Łzy w oczach Uli.
Lęk w glosie Marka.
- Czy mamy szansę? Potrafisz mnie jeszcze kochać? Nie mam kwiatów. Nie było czasu.
Nie ma nic. Bez Ciebie…
-Nie wyjechałeś…
Kocham Cię. Od zawsze…
Ula inicjuje pocałunek, jak wtedy za pierwszym razem…

Scena poza samochodem.
Wtuleni.
-Ulka. Jak dobrze, że mogę Ci to powiedzieć… Ulka – kocham Cię.
Dotyk włosów , muśnięcie czoła. Zatopienie w objęciach.
-Mamy tyle do wyjaśnienia…

Pokaz.
Ula szczęśliwa, w sukni ślubnej, na scenie.
Mówi:
„ TA kolekcja jest godzeniem różnic. Ekskluzywności i prostoty. Przeszłości i przyszłości.
Łączy ją serce. Serce, które włożono projekt, szew, w marzenie o każdym zadowolonym z niej odbiorcy.
Chcę wraz z kimś, kto pomagał mi ją tworzyć podziękować jej projektantom, krawcom, całemu zespołowi.
Marek chodź proszę do nas! „
Na scenę wbiega Marek, przejmuje mikrofon.
„Tak, ale zanim to uczynimy chcę rozwinąć myśl pani prezes. Kolekcja rzeczywiście łączy przeszłość z przyszłością. Łączy sercem.
To serce, praca nad kolekcją połączyło też mnie i Ulę.
Pani prezes ma piękną, białą suknię. Suknia ta jest symbolem, zwieńczeniem wspólnej pracy.. Możecie ją wszyscy podziwiać. Mam nadzieję, że już wkrótce, bo pani prezes mi to obiecała, będę znów mógł ją w niej ujrzeć… – ten pokaz będzie.. bardziej kameralny…
;)
Ulka – dziękuję i jeszcze tylko chcę dodać, że wdrożenie tej kolekcji było bardzo trudne, jak trudna była nasza droga do siebie… Ale mamy wytyczony kierunek, drogowskazy, wsparcie. Będę trzymał się szlaku………”

,, Ula,Wiem, że kartka do ciebie, zapisana w pośpiechu przy twoim biurku niczego nie załatwi. Ale wiem, wierzę, że jeśli pozwolisz mi powiedzieć ci coś prosto w oczy, to powiem ci, że dzięki tobie zrozumiałem, co to jest miłość i że wiem na pewno, że nie to łączy mnie to z Pauliną. I że na pewno jejnie poślubię…I jeszcze jedno na pewno wiem: że cię kocham.Na Zawsze Twój Marek’’


wtorek, 1 grudnia 2009

List Uli do Piotra spod pióra SWB

Drogi Piotrze !
Tak bardzo długo się nie odzywałeś. Sądziłam że zapomniałeś o mnie zupełnie, a może się obraziłeś… Cieszę się, naprawdę, że tak wiele dał Ci ten staż, że podoba Ci się Boston. Trochę szkoda, że postanowiłeś tam zostać na stałe, ale bardzo dobrze rozumiem Twoją decyzję, skoro tam właśnie spotkałeś kogoś, kto pokochał Cię całym sercem i kto wart jest Twojej miłości. Pytasz, co u mnie, u znajomych? No cóż, wydarzyło się dużo i właściwie cały czas się dzieje.
Zacznę może od Taty. Już chyba przestawałam momentami wierzyć w to, że jednak zdecydują się z Alą być razem, tak na zawsze, na dobre i złe. Niby chcieli, ale ciągle jakoś bali się podjąć tę ostateczną decyzję. No, ale w końcu, za namową , głównie Bety, ale także moją i Jaśka, powzięli ostateczną decyzję i w ostatnie Boże Narodzenie odbył się ich ślub.. Uroczystość raczej kameralna, ale oni oboje tacy odświętni, wzruszeni. Żadne z nich nie liczyło już chyba, że jeszcze tak bardzo zmieni się ich życie, że znajdą miłość. Chyba niepotrzebnie się tego obawiali, bo dogadują się świetnie, dzielą obowiązkami, więc i o tatę jestem spokojniejsza. A na punkcie Bety, Ala już całkiem zwariowała, choć rola matki jest dla niej nie lada wyzwaniem.
Jasiek w Rysiowie teraz tylko bywa. Nie wierzył, że uda się mu dostać na studia, ale niemal siłą go na nie wypchnęłam, bo przecież zdolny, tylko w maturalnej klasie trochę sobie pofolgował. Jaki był zdziwiony, kiedy okazało się, że dostał się na ekonomię na UW. Drugi ekonomista w rodzinie – sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale bardzo się cieszę, że mu się powiodło. Od kiedy Ala mieszka w Rysiowie, pozwoliła Jaśkowi , na czas studiów zająć swoje mieszkanie. Kindze też się udało dostać na prawo. Oboje byli bardzo z siebie dumni i szczęśliwi. Po chwilowym, jak się okazało rozstaniu, wrócili do siebie. Nie wiem, czy ten związek przetrwa, są przecież jeszcze tacy młodzi, ale bardzo bym chciała, bo uważam, że świetnie do siebie pasują. Poza tym, chyba się już czegoś nauczyli przez swoje wcześniejsze rozstanie .Cieszę się bardzo, że Maciek z Anią, po różnych perypetiach także w końcu są razem. Trochę to trwało i to , niestety, głównie przez Maćka. Ciągle miał jakieś kompleksy, źle interpretował sygnały wysyłane przez Anię, więc albo ona obrażała się na niego, albo on na nią.. Nie zliczę nawet, ile razy musiałam go stawiać do pionu, ale teraz w końcu się odnaleźli. Maciek bardzo się przy niej zmienił, nabrał pewności siebie, a nawet hiszpańskiego zaczął się z nią uczyć. Razem pracują, Ania okazała się bardzo kreatywną osobą i PROs naprawdę dobrze prosperuje. W najbliższym czasie planują wynająć wspólne mieszkanie w Warszawie, a ja wierzę, że wszystko im się uda.
Nawet nie pytam, czy pamiętasz Violę. Tyle razy bywałeś u mnie, a jej zawsze wszędzie było pełno. Od czasu naszego słynnego pokazu FD Gusto, którego Viola była twarzą, postanowiła poświęcić się modelngowi. Zawsze o tym marzyła, a ten pokaz otworzył jej drzwi do kariery. Miała świetną prasę. Trochę jej w tym wszystkim pomógł Artur i chociaż także, przez chwilę, nieźle zawrócił jej w głowie, to jednak w porę doszła do wniosku, że tak naprawdę przecież kocha tylko Sebastiana. Na szczęście, dla nas wszystkich chyba, bo Seba , z rozpaczy, że przez własną głupotę, nigdy jej nie odzyska, zaczął już nieźle zaglądać do kieliszka, zawalił parę spraw w pracy i miałam poważny dylemat, co z nim zrobić. Za to teraz, kiedy są już razem, chyba byś ich nie poznał, tak bardzo oboje się zmienili. Viola, przestała już gonić za tymi swoimi pięcioma minutami, bo je osiągnęła. Spoważniała, uspokoiła wewnętrznie, tyko swoich wierszy pisać nie przestała. A Seba, z chłoptasia, żigolaka, w końcu stał się dojrzałym mężczyzną.. Odpowiedzialnym, czułym, opiekuńczym, chociaż, niestety, bardzo zazdrosnym. Boi się żeby znowu jej nie stracić, bo wiadomo, atrakcyjna dziewczyna, modelka. On dobrze zna tę branżę. Myślę jednak, że nic mu ze strony Violi nie grozi. Przecież kochała go od zawsze. Mieszkają razem, zaręczyli się i zamierzają się pobrać zaraz po pokazie naszej nowej kolekcji.
Pamiętasz Władka z portierni i Elę z bufetu? Na pewno tak. Od kiedy dowiedziałam się, że się spotykają, kibicowałam temu związkowi. Oboje po przejściach, bo jego tuż przed ślubem zostawia narzeczona, a ona, przez lata borykała się z samotnym wychowem synka. I bardzo chciała znaleźć sobie partnera, a dziecku dobrego ojca. Okazało się, że Władek, niemal od razu zyskał sobie miłość Julka, co Elę ujęło bardzo, choć chyba trochę bała się tego związku. Władek jednak, zakochany niemal od pierwszego wejrzenia i bardzo cierpliwy, na nic nie naciskał, niczego nie przyspieszał, ale był przy niej i przy Julku w każdej chwili, potrzebie, aż okazało się, że Ela sama zorientowała się, że bez niego nie wyobraża już sobie życia. Spodziewają się dziecka (podobno dziewczynka) i zaraz po jego narodzinach planują ślub.
Pshemko, jeszcze długo po pokazie FD Gusto nie mógł otrząsnąć się po tej sprawie z plagiatem. Nie mógł wybaczyć Wojtkowi, że dzięki jego niefrasobliwości, tak niechlubne podejrzenie padło właśnie na niego Tym razem jednak, chyba i Wojtek zrozumiał, na co naraził wypracowywaną latami pozycję ojca.. Kiedy minęły pierwsze burze, zaczęli ze sobą normalnie pracować na chwałę FD i nowej kolekcji. Czasami jeszcze się kłócą, bo przecież to dwie silne osobowości, ale to już zupełnie nie to samo, co zdarzało się wcześniej. Pshemko dumny jest z talentu syna, a Wojtek w końcu zrozumiał, że maturę należało by mieć i zdał ją wreszcie w tym roku. Jeszcze nie wiadomo, czy zdecyduje się na dalszą naukę w Prywatnej Szkole Stylizacji, czy też sam mistrz będzie czuwał nad jego rozwojem. Razem jednak nie mieszkają. Wojtek wynajął sobie niewielką kawalerkę i chce być samodzielny. No i, o dziwo, dziewczyny też sobie jeszcze nie znalazł.
Z Pshemko miałam jeszcze jedną przeprawę, ponieważ Iza urodziła wspaniałego chłopaka i poszła na urlop, musiałam zatrudnić krawcową na jej miejsce. Wszystkie kandydatki mistrz odrzucał, bo miały jedną poważną wadę – nie były Izą. Byłam już prawie załamana, bo prace nie mogły czekać, terminy goniły, a on histeryzował. W końcu jednak zgodził się na jedną, która chyba wizualnie przypomina mu Izę. Na szczęście, w pracy też nie jest najgorsza.
Wkrótce po pokazie FD Gusto firmę postanowił opuścić Aleks. Nie mógł pogodzić się z tym, że pokaz nie okazał się, zgodnie z jego oczekiwaniami, totalnym fiaskiem, że odnieśliśmy sukces. Uznał pewnie, że nie ma już siły na kolejne intrygi i knowania i zdecydował się wyjechać do Mediolanu. Właściwie, chyba nikt nie wie, co się z nim dzieje, co tam robi, bo przecież nie miał tutaj żadnych przyjaciół.. Chciał, żeby Paulina pojechała z nim, ale się nie zgodziła. Od momentu, kiedy dowiedziała się, że ją oszukał, że chciał dogadać się z Włochami i podstępem, wraz z nimi przejąć firmę, ich stosunki zdecydowanie się pogorszyły. Między nami jednak nadal. nie było najlepiej. Co prawda, nie występowała już tak zdecydowanie przeciwko mnie, ale to pewnie dlatego, że nie miała już obok Aleksa, który ją w tym wspierał. Czasem było mi jej żal. Została zupełnie sama, w firmie niezauważana, bez przyjaciół. W końcu, kilka miesięcy temu zaprosiła ją do siebie Julia Sławińska. Nie znasz jej. Pracowała u nas krótko, przy promocji poprzedniej kolekcji. To znajoma Pauli i Marka jeszcze z dawnych lat. Mieszka i pracuje w Londynie. Paulina pojechała do niej najpierw na miesiąc, ale już dwukrotnie przedłużała pobyt. Kiedy wróci – nie wiem. Może wcale, jeśli pozna tam kogoś, kogo wreszcie pokocha i poczuje, że też jest kochana?
Księgowy, Adaś Turek, po odejściu Aleksa doczekał się wreszcie fotela dyrektora finansowego. Dopiero teraz okazało, się, że to naprawdę niegłupi, a przede wszystkim uczciwy człowiek. Widać, jak bardzo był zastraszony przez swojego poprzedniego szefa i jak źle czuł się w nie swojej skórze.. Naprawdę mu ufam i mogę na nim polegać. W jednym tylko się nie zmienił, jest bardzo nieśmiały w stosunku do kobiet i pewnie dlatego jeszcze nie udało mu się spotkać tej jedynej. A szkoda, bo porządny z niego gość.
A ja i Marek? Cóż – nas zostawiłam na koniec, bo chyba jednak u nas najwięcej się wydarzyło w tym czasie. Pogmatwaliśmy wiele, więc i wyprostowanie wszystkiego nie było łatwe. Wracam więc do momentu, kiedy widziałam się z Tobą ostatni raz, pamiętasz? Nie chciałeś zostać na pokazie, powiedziałeś, że się spieszysz i pożegnałeś się. Wiem, nawet Cię wtedy specjalnie nie zatrzymywałam. Nie miałam do tego głowy. Nie miałam głowy do niczego. Z jednej strony, martwiłam się, czy wszystko się uda , czy nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, jak ta kolekcja zostanie przyjęta, a z drugiej – czułam żal, smutek, rozgoryczenie. To Marek wszystko to przygotował, sama na pewno nie dałabym rady, to miał być nasz wspólny sukces, tymczasem on jest pewnie w drodze na lotnisko, ja zostałam tu sama. Wszystko straciło sens. Bajka się skończyła. Miałam ochotę uciec stamtąd i nie wiem, czy bym tego nie zrobiła, gdyby nie Krzysztof. Wiedziałam, że mnie rozumie, ale jednak przypomniał mi, że jestem prezesem i, bez względu na wszystko, moje miejsce jest tutaj. Pokaz rozpoczęty, wszystko idzie zgodnie z planem, aż tu nagle Pshemko, w wielkiej panice, tłumaczy mi, że nie wie, co robić, bo jedna z modelek zasłabła i nie może wyjść na wybieg, a do prezentacji została jeszcze śliczna, biała sukienka.. W tym momencie, chyba było mi wszystko jedno, kto ją założy, ale kiedy mistrz wpadł na pomysł, że tylko ja mogę w niej wyjść, myślałam, że żartuje. Aż tak obojętne mi to nie było. Poza tym – ja, na wybiegu? Żart jakiś? Omal się nie pokłóciliśmy, ale w końcu uległam. Niech się dzieje, co chce. Ten pokaz musi się dobrze skończyć – jestem to winna Markowi. Szłam pomału na drżących nogach, kiedy usłyszałam z tyłu swoje imię. Marek? Nie, nie będę się oglądała, bo przecież jego tu nie ma. Ale to był on. Wiem, że to ty zawróciłeś go z lotniska, poczym Sebastian pojechał po niego i przywiózł na pokaz. Dlatego szedł obok, trzymając mnie mocno za rękę. Ten widok zdziwił wszystkich, a kiedy doszliśmy do końca wybiegu i Marek delikatnie pocałował mnie w policzek, rozległy się głośne brawa. Byłam oszołomiona , myślałam, że śnię. Po pokazie, bankiet dla współpracowników, już bez gości, dziennikarzy, fleszy.. Oczekiwali na nasze wejście. I, kiedy zobaczyłam ich wszystkich, cieszących się, życzliwych., kiedy czułam bliską obecność Marka, chyba nadal. nie byłam pewna, czy sen to, czy jawa. Że nie śnię, uświadomił mi długi i namiętny pocałunek Marka i toast :“ Za panią prezes, za najwspanialszą kobietę mojego życia” Przed końcem imprezy, wymknęliśmy się rozbawionemu towarzystwu i pojechaliśmy nad Wisłę. Mamy tam swoje miejsce, bardzo bliskie, magiczne. Tam wszystko się zaczęło kiedyś i tam po raz drugi postanowiliśmy zacząć naszą wspólną drogę. Tylko, że czym innym jest zachwyt, że znowu, że nareszcie ON i JA, a czym innym wybranie takiej wspólnej drogi, żeby się na niej znowu nie pogubić.
Uznałam, że tym pokazem i wprowadzeniem nowej kolekcji na rynek zakończyłam swoją “misję”, a wraz z nią prezesurę. Jednak ani Krzysztof, ani Marek nie chcieli zgodzić się na moją rezygnację. Uznali, że bardzo dobrze sobie poradziłam i nie ma powodu do takich decyzji, ale ja wiem swoje – gdyby nie Marek, jego znajomość firmy i branży w ogóle, nie udałoby mi się osiągnąć tego sukcesu. Doszliśmy jednak do konsensusu- pozostałam na stanowisku prezesa a Marek wrócił do swojej wcześniejszej funkcji dyrektora ds. promocji .Zbliżyła nas praca, w niej zawsze dobrze się rozumieliśmy i uzupełnialiśmy, więc teraz, gdy znowu działamy wspólnie i nie czujemy na plecach oddechu Aleksa, wszystko układa się naprawdę dobrze, firma prosperuje doskonale, a my przygotowujemy kolejną kolekcję, taką, z której Paulina na pewno byłaby dumna., bo nawet Pshemko rozpływa się w zachwytach.
Żeby jednak w życiu dogadywać się tak samo, jak w pracy musieliśmy przejść naprawdę niełatwą drogę. Wyjaśnienie sobie prezentów z szuflady, podsłuchanej (nie do końca ) rozmowy z Sebastianem, odwołanego ślubu z Pauliną, rzekomego obściskiwania się z Klaudią , mojej ucieczki na Mazury, mojego wyparcia się tej miłości, wybuchów agresji, tego, co czułam, kiedy powiedział mi, że nic do mnie nie czuje, Twojej obecności w moim życiu, itd.. No było tego trochę i wyjaśnianie okazało się bolesne i trudne, ale konieczne. Pogubiliśmy się tak bardzo, że równie dobrze moglibyśmy nigdy się nie zejść i cierpieć w samotności i przekonaniu, że straciliśmy tę miłość, zanim ją tak naprawdę odnaleźliśmy .Dopiero teraz dowiedziałam się też, że Marek zostawił dom Paulinie, a sam wynajmuje mieszkanie. Może jednak było nam to potrzebne? W życiu ponoć nic nie dzieje się bez powodu. Marek twierdzi, że zrozumiał, jak wiele można zrobić, znieść, poświęcić, kiedy się naprawdę kocha, jak trzeba uważać, żeby nie zranić, nie skrzywdzić. Do mnie dotarło, jak bardzo można się mylić, oceniając ludzi, sytuacje, po pozorach, że nie należy uciekać przed problemem, ale zmierzyć się z nim, że łatwo jest udzielać dobrych rad innym, tylko trudniej samemu według nich postępować. To była długa, trudna i bardzo bolesna lekcja i chociaż jeszcze nie do końca ją odrobiliśmy i zdarza się, że jakieś cienie z przeszłości się za nami wloką, to już wiemy, jak sobie z nimi radzić. Teraz już wiem na pewno, że nie jesteśmy z bajki o Bałwanku i Piecyku, chyba w ogóle zresztą z żadnej bajki – my piszemy swoją.
Jakiś czas temu postanowiliśmy zamieszkać razem w mieszkaniu Marka, na Siennej, żeby uczyć się siebie także w zwykłym, codziennym życiu i idzie nam coraz lepiej. Nie potrzeba nam klubów, ekskluzywnych restauracji, bo lepiej smakują wspólnie przygotowywane kolacje, tylko we dwoje(chociaż czasem chodzimy na zapiekanki). Nie wszystko jednak już jest takie piękne, proste i poukładane, choć wierzę, że i to się zmieni. Marek w Rysiowie zawsze czuł się dobrze i to się nie zmieniło, trochę gorzej to jednak wygląda ze mną w jego rodzinnym domu. W Krzysztofie mam sojusznika od dawna, świetnie się rozumiemy i łączy nas niewątpliwie nić sympatii, jednak z Heleną, matką Marka, już nie jest tak różowo. Może nie traktuje mnie wrogo, ale chyba jednak ma żal o to, że to przeze mnie Marek rozstał się z Pauliną, z którą doskonale się rozumiała i darzyła wielką sympatią. Jednak jest matką i wierzę, że kiedyś, widząc szczęście syna, zrozumie, dlaczego tak się musiało stać. Ja, staram się bardzo, żeby nastąpiło to jak najszybciej.
Z racji zajmowanego stanowiska muszę też nauczyć się świata, w którym powinnam bywać, ludzi, z którymi muszę się spotykać, to dla mnie bardzo trudne. Może i czuję się w nim trochę mniej zagubiona, niż kiedyś, ale ciągle jednak jestem trochę Kopciuszkiem. Marek jest dla mnie tutaj szczególnym oparciem i bardzo się stara, żebym oswoiła ten świat.
On się z niego wywodzi, a ja jednak nigdy nie będę “stąd.”. Jeszcze do tej pory czuję nieprzyjazne i ciekawskie spojrzenia pod tytułem “ach do dla niej Dobrzański zostawił Paulinę Febo?” Gdyby wtedy mocno nie trzymał mnie za rękę, chyba bym uciekła.
Wczoraj minął rok od pokazu FD Gusto i naszego ponownego spotkania. Marek zrobił mi niespodziankę – zaprosił do palmiarni, jak kiedyś, zdjął z palmy butelkę szampana, “znalazł” kieliszki i w tej niezwykłej scenerii oświadczył mi się. Bez fleszy, publiczności, tylko on i ja. To była wyjątkowa i tylko nasza chwila. Zaręczyliśmy się. Dasz wiarę?
Piotrze, dziękuję, że byłeś mądrzejszy ode mnie i zrozumiałeś, że nasze drogi nigdy, tak naprawdę nie będą mogły się zejść, że dostrzegłeś to, czego nie dostrzegali nawet moi starzy przyjaciele, no i ja sama – że uciekam przed miłością do Marka choć on bardzo stara się mnie dogonić. A przede wszystkim za to, czego przecież robić nie musiałeś – że pojechałeś mu o tym powiedzieć i sprawiłeś, że wrócił. Zasłużyłeś na wielką, prawdziwą miłość i cieszę się, że ją spotkałeś.
Napisałam Ci wiele o sobie, może nawet zbyt szczegółowo, ale uważam, że jestem Ci to winna – pomogłeś nam bardzo i chcę, żebyś wiedział, że było warto.
Bądź szczęśliwy- Ula
PS. To najdłuższy list, jaki w życiu napisałam ale wierzę, że wystarczy Ci cierpliwości, by doczytać go do końca.