Get your own Digital Clock

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Mamy 3 Telekamery!!!


Jak pewnie już wiecie serial "BrzydUla" zdobył w tym roku aż 3 statuetki:
  • w kategorii adaptacja serialu zagranicznego: BRZYDULA 376.363 głosów (!!)
  • w kategorii najlepszy aktor: FILIP BOBEK 317.947 głosów (!!)
  • w kategorii najlepsza aktorka: JULIA KAMIŃSKA 323.865 głosów (!!)
Serdecznie GRATULUJEMY :)


więcej informacji o gali i o laureatach na http://seriale.com.pl/

piątek, 22 stycznia 2010

Ula i Marek Dobrzańscy? cz.6 wg pod wiatr

Rano Marek obudził się już o 6.15, całe półtorej godziny za wcześnie. Położył się na plecach z rękami pod głową. Nawet nie starał się ponownie zasnąć, bo czuł, że nie da rady. Jakiś niespreyzowany niepokój nie pozwalał mu spać. Przez chwilę jeszcze poleżał, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że to nie ma sensu. Ula spała, spokojnie oddychając. Delikatnie wstał, żeby jej nie obudzić. Zajrzał do dziecinnego – Krzyś leżał na łóżku w jakiejś dziwnej, poskręcanej pozycji, tylko częściowo przykryty. Marek przyjrzał mu się i uznał, że dziecko nie śpi, ale dość wiarygodnie pozoruje. W końcu Krzyś nie wytrzymał i zaczął się głośno śmiać. Miał bardzo “zaraźliwy” śmiech, więc Marek długo nie utrzymał powagi i również się dołączył.
- Ty łobuziaku, dlaczego nie śpisz, tylko udajesz?
- Wyspałem się i chcę się bawić.
- A umyłeś się już?
- Nie. A ty?
- Ja też nie.
- To pobawimy się?
- A czym?
Krzyś z tajemniczą miną podniósł kołderkę i pokazał zamek z klocków, w dość wczesnej fazie budowy. Rola Marka w zabawie ograniczała się tylko do podawania klocków, zgodnie z poleceniami syna. Jednak całkiem chętnie podporządkowywał się, bo zabawa pozwalała mu o niczym innym nie myśleć, a Marek tego właśnie w tej chwili potrzebował. Nie myśleć. W końcu jednak należało się zająć zwykłymi porannymi czynnościami. Zostawił Krzysia z dość już zaawansowaną budowlą i poszedł do łazienki. Po szybkim prysznicu spojrzał w lustro, przez chwilę patrzył na swoją twarz z dezaprobatą, po czym westchnął i wyszedł. Ze zdziwieniem stwierdził, że Ula nadal spała. Było to dość dziwne, bo zazwyczaj budziła się wcześniej i zajmowała dzieckiem. Marek przyzwyczaił się już do jej porannej krzątaniny, biegania za Krzysiem i zapachu śniadania, a przede wszystkim kawy, dochodzących z kuchni. Ale nie dzisiaj. “Czyżby wczoraj wypiła więcej, niż mi się zdawało? Jednak przecież nie aż tyle, żeby nie wstać o ósmej? A może aż tyle? Może nie wszystko widziałem?” przemknęło mu przez myśl, ale nie miał czasu zastanawiać się. Kazał Krzysiowi iść do łazienki, a sam zajął się śniadaniem. Kiedy już kończył, pojawiła się Ula.
- Zaspałam? – spytała, ziewając i przeciągając się.
- Trochę, ale nie szkodzi. Wyspałaś się?
- Tak… chyba tak… chociaż mogłabym jeszcze pospać… – zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do ramienia – Kochany jesteś… o, kawa.
Wypiła kawę, którą Marek przygotował dla siebie, uśmiechnęła się swoim najładniejszym uśmiechem i poszła do łazienki. Krzyś zaczął jeść śniadanie, a Marek stojąc na środku kuchni zdał sobie sprawę, że musi mieć zdumioną minę i lekko otwarte usta. Otrząsnął się i nalał sobie kawy. “Co z nią jest? Czyżby po wczorajszej kolacji coś jej się stało? Nie, zwyczajnie zaspała, już dawno nie piła alkoholu, pewnie dlatego”. Rzucił okiem na zegarek – 8.30. Czas wyjść do pracy. Znowu w biegu. “Ta moja wieczna walka z czasem. Obojętnie, o której bym nie wstał i na którą nie musiał zdążyć, to zawsze wychodzę za późno. Dobrze, że mam własną firmę i nie muszę karty zegarowej podbijać, jak niektórzy. Ale jednak to nie jest wytłumaczenie. Idę”.
- Ula! Wychodzę.
- Dobrze, ja już kończę.
Wyjrzała z łazienki w lekkim, rozchylającym się szlafroczku, zarzuconym na nagie, częściowo mokre ciało.
- Skoro musisz, to trudno… Buzi – poprosiła.
Patrzył na nią szeroko otwartymi oczami i chyba znowu zapomniał domknąć usta, bo Ula zaczepnie się uśmiechnęła.
- Jakiś problem? – spytała.
- Nie, nie, nie.
Zbliżył twarz do jej twarzy, ale otrzymał tylko lekkie “cmok” czubkiem ust.
- No, idź już, bo się spóźnisz. Zimno mi, muszę się ubrać – znowu uśmiech i zniknęła za drzwiami łazienki.
Nawet nie próbował udawać przed sobą, że ma ochotę iść do pracy. Jasne, że nie miał, ale pozostawanie w domu i tak było bez sensu – przecież jest Krzyś. Nabrał głęboko powietrza w płuca, potem powoli wypuścił, policzył wolno od dziesięciu do jednego, podniósł wysoko ponad głową Krzysia, który właśnie do niego podszedł i w końcu wyszedł.

Im bliżej był od budynku firmy, tym bardziej odczuwał potrzebę zawrócenia do domu. Tyle chciał Uli powiedzieć… Już od dawna chciał jej wiele powiedzieć, ale albo nie byli sami, albo nie było czasu, albo brakowało mu odwagi lub atmosfery. Czuł, że dzisiaj dałby radę, pod warunkiem, że udałoby im się wygospodarować trochę czasu tylko dla siebie. No i żeby Ula skupiła uwagę tylko na nim, a nie na wszystkim, z wyjątkiem niego. “Tak, już od dawna wszystko jest dla niej ważne, z wyjątkiem mnie. Dla mnie w ogóle nie ma czasu. To znaczy nie tak, jakbym chciał”. Przed budynkiem spotkał Sebastiana, również w nienajlepszym nastroju.
- Co masz taką minę? – spytał.
- Podobną do twojej chyba.
- No tak.
- Marek, myślałeś, że to tak będzie wyglądać?
- Nie – nawet nie spytał, o czym Sebastian mówi.
- Ja też nie.
Weszli. Po wyjściu z windy natknęli się na Pshemko i Aleksa, rozmawiających przed recepcją. Popatrzyli na siebie ze zdumieniem.
- O, Marek. Witaj – Pshemko wziął go pod rękę i pociągnął na bok – My tu właśnie z Aleksem rozmawiamy o budżecie mojej kolekcji. Wyobraź sobie, że Aleks znalazł gdzieś jakieś oszczędności i powiedział, że mogę trochę rozbudować moje pomysły. A ty mówiłeś, że powinienem się ograniczać. Jak zwykle zresztą. Ty zawsze każesz mi się ograniczać z moją twórczością. A Aleks dopiero co przyjechał i już…
- Pshemko, daj spokój. Przecież ja też obiecałem ci, że zobaczę, co się da zrobić…
- Tak, tak. Obiecałeś zobaczyć, co się da zrobić. I nie zobaczyłeś. A Aleks realnie podniósł mi budżet. Nawet go zbytnio nie prosiłem. Sam zaproponował. Spytał, czy mi wystarczy środków na moje pomysły… On docenia moją twórczość, nawet nie przypuszczałem, że tak bardzo potrafi docenić…
- Dobrze, Pshemko, dobrze. Ja też doceniam, wiesz przecież.
- Wiem, Mareczku, wiem – Pshemko odszedł z wysoko podniesioną głową.
Marek popatrzył za nim i wszedł do Sebastiana.
- Widziałeś? Jaka komitywa Aleksa z Pshemko. Stary, nie podoba mi się to.
- Mnie też nie. Mówiłem ci, że się rządzi.
- Zawsze się rządził, ale teraz jest gorzej niż kiedyś.
- Zobaczymy jeszcze. A jak tam wczorajszy wieczór? Udany?
- Trudno powiedzieć…
- Jak to?
- I tak, i nie.
- Nie rozumiem…
- Ja też nie. Dziwne to jakieś było…
- Marek, o co chodzi?
- Nie bardzo wiem, jak ci to wytłumaczyć…
- Spróbuj.
- Kiedy sam nie wiem.
Wyszedł, zostawiając kumpla ze zdziwioną miną. Skierował się do swojego gabinetu, ale tuż przed sekretariatem zatrzymał się. Przywitał się z Anią, położył na biurku płaszcz i teczkę, a sam poszedł do Aleksa.
- Cześć. Słyszałem, że obiecałeś kasę Pshemko?
- Tak, postanowiłem podnieść mu budżet kolekcji o 1/3.
- Co? Aż tyle? Przesadziłeś. Chcesz, żebyśmy zbankrutowali.
- Nie zbankrutujemy. Wspólnie z Aldoną pogrzebaliśmy trochę w finansach i okazało się to możliwe.
- Jesteś pewny?
- Tak. Zrobiliśmy przesunięcia. Pshemko zrezygnował z wymiany wyposażenia pracowni. Oprócz tego jeszcze zmieniliśmy projekt…
- Jak to zrezygnował? Ale przecież sam mówił, że to niezbędne, że maszyny są już wysłużone.
- Widocznie zmienił zdanie. Trzeba było z nim porozmawiać, to byś wiedział.
Marek patrzył na Aleksa ze zdumieniem. Nie miał argumentu. Skoro zarówno on, jak i Aldona uznali, że można, to chyba wszystko w porządku. “Ale dlaczego Aldona mi nie powiedziała? Przecież dobrze nam się współpracuje?” – przemknęło mu przez myśl.
- Dobrze się bawiłeś wczoraj? – usłyszał głos Aleksa.
- Tak, dobrze. Dziękuję za zaproszenie.
- Cieszę się. A nie mówiłem, że to będzie udany wieczór.
- Mówiłeś.
Wyszedł od Aleksa i dotarł do swojego gabinetu, ale to wszystko nie dawało mu spokoju. Coś było nie tak. Zadzwonił do Aldony z pytaniem, czy zgadza się z decyzją Aleksa. Zgadzała się.
- Ale dlaczego mnie nie powiedziałaś, że można podnieść budżet kolekcji?
- Marek… Nie pytałeś. W ogóle nie rozmawialiśmy na ten temat, więc nie zrobiłam wyliczeń. Aleks poprosił, to sprawdziłam, czy się da… Marek, ale chyba wszystko w porządku?
- Tak, tak. Jeśli finanse się zgadzają, to w porządku.
“Nie. Nie jest w porządku. Ale co nie jest w porządku? Przecież wszystko dobrze. Faktycznie, zapomniałem zająć się prośbą Pshemko, chociaż obiecałem. No tak, nie miałem czasu, bo skoncentrowałem się na tej umowie… A o tym, to lepiej nie będę myślał. A o czym mam myśleć? O tym, że zbliża się pokaz. No i co z tego, że się zbliża? Wszystko pod kontrolą. Kolekcja się robi, PR się robi, modelki załatwione, miejsca do sprzedaży też”. Wyszedł do sekretariatu i jakby na potwierdzenie jego myśli, zjawiła się Viola, rozmawiająca przez telefon.
- O, dobrze, że jesteś. Właśnie rozmawiałam z Marcinem…
- Kto to jest Marcin?
- Jak to kto? Fotograf. Umówiliśmy się na próbny pokaz, żeby mógł ustawić się ze sprzętem, wypróbować światło i to wszystko, co tam potrzebuje…
- Na kiedy się umówiłaś?
- Na jutro po lunchu.
- A co z tą reklamą w telewizji?
- O, jednak słuchałeś? A ja myślałam, właściwie, to byłam pewna, że…
- Miałaś rację. Ula mi powiedziała.
- Tak myślałam. Więc…
- Viola. Załatwiłaś?
- Tak, ale jeszcze muszę porozmawiać, bo nie do końca…
- Dasz radę, czy ci pomóc?
- Już się umówiłam z Ulą, że obgadamy ten temat.
- Kiedy?
- Co kiedy?
- Kiedy z nią rozmawiałaś i na kiedy się umówiłaś. Viola, nie przeginaj.
- Oj, dobra. Dzisiaj i na dzisiaj.
- Viola!
- Ulka przyjdzie do firmy o pierwszej. Tak się umówiłyśmy. Nie wiedziałeś?
- Skąd niby? Jeszcze z nią nie rozmawiałem.
- Aha.
“No tak. Aleks załatwia finanse, Ulka z Violą reklamę. A ja co mam robić? Podpisywać papierki? Po co? Ulka może podpisywać. Albo Aleks. Przyjdzie do firmy. Co ją nagle naszło zjawiać się w firmie? Parę dni temu mówiła, że nie ma czasu pójść do fryzjera, bo nie chce Krzysia zbyt często zostawiać z opiekunką, a teraz angażuje się w firmę. W sumie dobrze, bo już mam dosyć tego jej siedzenia w domu. Nigdzie nie można jej wyciągnąć. Jak przyjdzie, to może uda nam się porozmawiać. Tak, wezmę ją na lunch i porozmawiamy”.
Jednak nie poszli na lunch. Ula po przyjściu do firmy natychmiast zamknęła się z Violą w konferencyjnej. Marek patrzył na nie przez szybę. Rozmawiały z dużym zaangażowaniem. “Powinienem wejść i włączyć się do rozmowy, czy też nie? Może powinienem, ale po co? Same świetnie dadzą sobie radę beze mnie”. Postanowił iść na lunch. Po chwili zastanowienia, wszedł do konferencyjnej.
- Ula, idę na lunch. Idziesz ze mną?
- Nie. Za chwilę wychodzimy z Violą. Zjemy później.
- Umówiłyśmy się z jednym facetem z telewizji. Takim od reklamy, wiesz – wtrąciła Viola.
- Aha, to dobrze. To ja idę.
- No, to idź.
- Ula, do której umówiłaś opiekunkę?
- Nie umówiłam. Twoja mama przyszła i wzięła Krzysia. Powiedziała, że mogę go odebrać wieczorem.
- To może ja go odbiorę…
- Możesz, ale dopiero wieczorem, bo mieli jakieś plany. Tajemnicze, bo szeptali sobie do ucha.

Wyszedł na ulicę. Po raz kolejny w tym tygodniu wyszedł z firmy w ciągu dnia i to tuż przed pokazem. Kiedyś to było nie do pomyślenia. “Może zadzwonię do Sebastiana, żeby ze mną poszedł? Nie, nie mam ochoty nikogo widzieć. Nawet jeść mi się nie chce”. Szedł ulicami przed siebie, bez żadnego planu. Znowu było ciepło, więc dobrze, że zapomniał płaszcza. Dzisiaj już nie było aż tyle błota, jednak słoneczna pogoda zrobiła swoje i resztki śniegu stopniały w szybkim tempie. Przyglądał się ludziom, wystawom i przejeżdżającym samochodom. Szedł Marszałkowską na północ, przy skrzyżowaniu z Alejami Jerozolimskimi skręcił w lewo, a stamtąd nieoczekiwanie znalazł się na Siennej. Stanął przed budynkiem, który był pierwszym wspólnym domem jego i Uli. Jeszcze przed ślubem. Uśmiechnął się do wspomnień. Szczęśliwe miejsce. Podniósł głowę i spojrzał w okna ich dawnego mieszkania. Inne zasłony. Nie miał tu czego szukać, ale dobrze było sobie przypomnieć… Poszedł dalej na północ. Hotel z windą do nieba. Nieudana randka. A może udana? Mimo wszystko? “Może by tak przyjść tu z Ulą na kolację? Trudno powiedzieć, czy to dobry pomysł. Co zapamiętała? Nie wiem, nigdy do tego nie wracaliśmy. Może powinienem spytać? Jakie wspomnienia obudzę? Dobre czy złe? Ryzykowne, ale może powinienem spróbować odczarować przeszłość?”
Tak, w ich wspólnym życiu szli ciągle do przodu, nie oglądając się do tyłu. Budowali swoją rodzinę, opiekowali się dzieckiem, walczyli o przetrwanie firmy, zmienili mieszkanie na dom, spróbowali połączyć swoje poprzednie rodziny choćby cienkimi więzami przyjaźni, ale zawsze to było coś więcej, niż można się było początkowo spodziewać. Skoncentrowani na tym, co łączy, nie wracali do tego, co mogło poróżnić. Oboje unikali pewnych drażliwych tematów, nie chcieli poruszać bolesnych wspomnień. Nie umawiali się, ale żadne z nich nie podejmowało rozmowy o dawnych czasach. Właściwie, to pomimo tylu wspólnie przeżytych lat, trudne sprawy z przeszłości do tej pory nie zostały omówione. “Może powinniśmy jednak do tego wrócić. Odwiedzić miejsca nieudanych spotkań. Przecież my nawet do naszego parku nie chodzimy. Nigdy tam już razem nie poszliśmy. Ja też nie chodziłem. Dopiero parę dni temu odważyłem się pójść. Wtedy, gdy zadzwoniła Monika… Nie, to było wcześniej”. Nagle poczuł zmęczenie. W końcu, przeszedł dość długi kawał drogi. Zastanowił się, gdzie teraz pójść. Przecież nie będzie wracał z powrotem pieszo do firmy, a tam zostawił samochód. Postanowił wziąć taksówkę. Kiedy na skrzyżowaniu taksówkarz skręcił w lewo, nie miał już wątpliwości, co zrobi. Poprosił, aby pojechał kawałek dalej Świętokrzyską i zatrzymał się przed Filharmonią. Wysiadł na chwilę i spojrzał na repertuar. Sam nie wiedział, po co. Tak tylko, z ciekawości. W Sali Kameralnej miał się odbyć koncert muzyki Chopina. Nazwisko wykonawcy nic mu nie mówiło, więc nie zapamiętał. Przypomniały mu się nokturny grane przez Monikę. Ładnie grała. Z dużym uczuciem. Zupełnie nie wiedząc po co, poszedł do kasy i kupił dwa bilety na następny dzień. “Ciekawe, z kim pójdę? Z Ulą czy z Moniką? Zobaczymy, która da się zaprosić. Stawiam na Monikę, ale Ula też czasem potrafi mnie zaskoczyć” – uśmiechnął się do własnych myśli, wsiadł do taksówki i wrócił do firmy.

Ale nawet nie chciało mu się wchodzić do środka. Przypomniał sobie, że jeszcze nie był na lunchu. Zastanowił się, gdzie pójść i ostatecznie wylądował w najbliższej restauracji. Wziął menu, ale gdy pomyślał, że trzeba będzie czekać na zamówione danie, odłożył je i wyszedł na ulicę. Wyprawa na lunch zakończyła się dla Marka bólem nóg, zakupem dwóch biletów do Filharmonii i zjedzeniem zapiekanki.

Jednak postanowił zajrzeć do firmy i zobaczyć, co tam się dzieje. Może Ula już wróciła? Tak, wróciła. Zobaczył ją w socjalu. Stała tyłem do wejścia, twarzą zwrócona do Aleksa, który opierał się o szafki, trzymając w ręce filiżankę z kawą. “Kolejna nowość. Aleks pije kawę z firmowego ekspresu. Jak jego podniebienie to wytrzymuje?” – zdecydowanym krokiem podszedł do nich.
- Ula, wróciłaś?
- Tak, poszło nam szybciej, niż myślałyśmy.
- Rozumiem, że wszystko załatwione?
- Prawie.
- Jak to, prawie?
- Jeszcze na jutro zostało dogranie szczegółów. Właśnie muszę z Aleksem sprawdzić finanse, ile ostatecznie możemy zapłacić. Próbujemy z Violą negocjować korzystniejsze warunki.
- Jest szansa, że się uda?
- Jest. W zamian będziemy dostarczać za darmo ciuchy do programu telewizyjnego.
- O, to dość nowatorski pomysł.
- Viola to wymyśliła. Przecież mówiłam ci.
- Tak, mówiłaś. Więc co, długo wam zejdzie?
- Trochę zejdzie – odpowiedział Aleks.
- A nie możesz tego zrobić sam albo z Aldoną?
- Marek, o co ci chodzi? – spytała Ula.
- Jak to, o co? Myślałem, że wrócimy do domu.
- Nie musimy się spieszyć, Krzyś może zostać u twoich rodziców nawet do dziewiątej.
“Super – pomyślał – szlag by to trafił”.
- To ja pójdę do Aldony, sprawdzić te dane, a ty dopij kawę i dołącz do nas.
- Dobrze, przyjdę.
Ula wyszła, zostali sami. Marek po raz kolejny dzisiaj nie wiedział, co się dzieje. Ula współpracująca, a nawet wydająca polecenia Aleksowi, który bez problemu je akceptuje. To już dla niego było zbyt dużo.
- Aleks, jak ci się podobała Monika?
- Owszem, w porządku.
- W porządku? Kto tak mówi o kobiecie?
- Jeśli to partner w interesach…
- Jaki partner? Przecież nie załatwiasz z nią biznesu. Na kolacji wczoraj byłeś.
- Byliśmy, nie byłem. W czwórkę byliśmy, a nie ja z nią.
- Wszystko jedno. No, więc co sądzisz?
- Interesująca. Ma dużo do powiedzenia.
- Właśnie, widziałem, że szybko złapaliście kontakt.
- Nie tylko my.
- To znaczy?
- Wy również. Ty i Monika.
- Sam mówiłeś, że się z nią dobrze rozmawia.
- Ja mówiłem?
- No, że interesująca.
- Niech ci będzie. Dlaczego pytasz? Potrzebujesz mojego błogosławieństwa?
- Myślę, że powinieneś ją gdzieś zaprosić – Marek ze stoickim spokojem kontynuował myśl.
- Ja?
- No przecież nie ja. Mam się umawiać z kobietami? A obiecałem Darkowi, że się nią zaopiekujemy.
- My?
- My – w sensie firma. A ty przecież jesteś częścią firmy. I to jedną z najważniejszych.
- Są jeszcze inni w firmie.
- Kto? Ula nie ma czasu, a jakich innych widzisz odpowiednich dla Moniki?
- Ja też nie mam czasu. Muszę zrobić te wyliczenia…
- Ula z Aldoną sobie poradzą. Ty nie jesteś do niczego potrzebny. Lepiej zajmij się Moniką, bo Darek będzie miał pretensję, a ja mu powiem, że ty nie miałeś ochoty…
Aleks patrzył się na Marka podejrzliwie. Próbował przebić wzrokiem jego myśli, ale najwyraźniej nie zauważył nic niepokojącego. Marek wyjął z portfela wizytówkę Moniki i dwa bilety do Filharmonii.
- Masz. Nawet o repertuar zadbałem, żebyś nie musiał się trudzić. Niestety, na jutro, ale na dzisiaj sam coś wymyślisz.
Udało się. Aleks nie wyczuł podstępu. Obaj razem wyszli z socjalu i poszli do Aldony. Dziewczyny siedziały z głowami w dokumentach, a dwie księgowe robiły jakieś wyliczenia na komputerach.
- Widzisz, że jesteś tu zbędny?
- Wygląda na to, że tak.
- No, to dzwoń do Moniki – Marek poklepał Aleksa po ramieniu i wrócił do swojego gabinetu.
Zbliżała się piąta, ale nie zamierzał wychodzić, chociaż nie miał nic do roboty. Włączył laptopa, odebrał pocztę, odpisał na kilka maili i był wolny. Trochę pogrzebał w internecie – wiadomości, sport, samochody. Przy tych ostatnich zatrzymał się na dłużej. Właściwie, to chyba na całkiem długo, bo dopiero Ula przywróciła go do rzeczywistości.
- Ja już skończyłam, a ty?
- Ja też – szybko zamknął karty, żeby nie zobaczyła, czym się zajmuje.
- Możemy iść?
- Tak.
Wyszli z pustego biura. Było już po siódmej. Marek nie pamiętał, kiedy ostatnio tak późno wychodził z pracy.
- I co? Damy radę z tą telewizją?
- Myślę, że damy.
- Więc nie widzisz żadnych problemów?
- Nic, z czym nie mogłabym sobie poradzić.
“Jasne. Nic, z czym nie mogłaby sobie poradzić. Przecież to oczywiste – w końcu też była prezesem. Potrafi tyle samo, co ja. Albo więcej – westchnął – dobrze, że prawa jazdy ciągle jeszcze nie zrobiła. Do czegoś jestem potrzebny”.
- Marek, po pokazie będzie więcej czasu. Postanowiłam w końcu zrobić to prawo jazdy. Nie mogę ciągle być od ciebie uzależniona. No i traktować cię jak kierowcę. A taksówkami nie lubię jeździć.
- Jasne. Powinnaś zrobić – spojrzał z ukosa i widząc jej minę dodał – żeby być niezależna.
Wsiedli do samochodu i Marek odruchowo skręcił w kierunku domu. Ula dopiero po chwili zwróciła mu uwagę, że przecież mają jechać po Krzysia. Widocznie też nie od razu zorientowała się. Popatrzył na jej profil, wyglądała na trochę zmęczoną, nawet nie odzywała się za bardzo.
- Marek, musisz przecież zawrócić.
- Wiem, ale za chwilę. Tu nie ma jak.
Niepostrzeżenie wjechał w Aleję Jana Pawła II.
- Marek, gdzie ty jedziesz?
- Ula, mamy czas. Sama mówiłaś, że do dziewiątej. A może dłużej. Zadzwonię do mamy, pewnie jeszcze się ucieszy.
- Ale Krzyś powinien wrócić do domu.
- Bo co? Przecież nie idzie rano do pracy, ani do szkoły.
Zatrzymał się na parkingu.
- Chodź. Wysiadamy.
- Po co?
- Proszę.
Wysiadł z samochodu, podszedł z drugiej strony i otworzył drzwi.
- Proszę cię – wyciągnął do niej rękę.
W końcu wysiadła. Stała rozglądając się wokół.
- Po co…
- Żeby odczarować. Czy to zły pomysł?
Kurczowo trzymała się jego ręki. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. W świetle latarni całkiem wyraźnie widział jej wbity w siebie wzrok.
- Nie wiem.
- Spróbujemy?
- Zaryzykuję. Jeśli będziesz ze mną.
- Przecież jestem.
- Wiesz, o co mi chodzi.
- Ula, ja na prawdę z tobą jestem. A ty ze mną?
- Masz wątpliwości?
Nie odpowiedział. Spuścił wzrok
- Chodźmy – powiedziała.
Po raz drugi w życiu szli tą samą trasą. Tym razem nie zamknęła oczu, zresztą, Marek jej o to nie prosił.
- Ula, chciałbym po kolei odczarować wszystkie nasze miejsca. Co o tym myślisz?
- Zależy ci na tym?
- Tak. Ale jeśli nie chcesz…
- Chcę spróbować. Też o tym myślałam. Ale z wyjątkiem restauracji, w której nakryła nas Paulina. Tam nigdy nie pójdę.
- Rozumiem. Tę sobie darujemy. Przynajmniej na razie.
Weszli do windy. Udało się, byli sami. Przez chwilę rozglądali się wokół, lekko oszołomieni. Teraz to już jednak nie było to samo. Inne odczucia. Marek pomyślał, że tamtego nastroju nie da się odzyskać. Stał za Ulą, patrzył na rozświetlone miasto i nic nie czuł. “Nie tędy droga. To bez sensu. Nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki. Po co ja to robię? Czy chcę się pozbawić wspomnień? Obojętnie, dobre, czy złe, ale wspomnienia. Nasze wspomnienia. A jak tak dalej pójdzie, to nic nie odzyskam, ale stracę. Jeszcze do Palmiarni ją zabiorę i już nic nie będzie…”
Zamknął oczy i oparł się o ścianę. Nagle poczuł pocałunek. Delikatny. Odchylił lekko usta, a potem świat mu zawirował, pomimo zamkniętych oczu. Nie było tak samo, jak kiedyś. Było inaczej. Ale wspaniale. Czy lepiej? Trudno powiedzieć. Inaczej. Ale nie chciałby tego zamienić na cokolwiek innego. Już nie. W tej chwili był tego całkowicie pewien.

czwartek, 21 stycznia 2010





Coś nietypowego jak na ten blog,

bo to skecz z Kabaretu Młodych Panów pt. "Romeo i Julia" ,

ale może Wam się spodoba :)

Przepraszam za słabą jakość, czekam na reakcje i komentarze.

środa, 20 stycznia 2010

“Głupkiem być to nie lada wyzwanie. Zmienione postacie.” cz. VII wg areograty

-No i znowu jesteśmy sami. -powiedział Marek
-Sami?No przecież Pshemko pracuje i prawie to gdzieś tak nie tylko my pewnie ktoś z
księgowości.
-No tak.To co będziemy robić?
-Nie wiem. -odpowiedziała
-No to chodź sobie siądziemy na kanapie.Myślisz ,że Adam znowu coś głupiego zrobi?
-Chyba tak, ale nie wiem czy dzisiaj.Pewnie zmienił już bieliznę na nową i tej w
teletubisie możemy już nie zobaczyć.
-Też prawda.A może zamówimy coś do żarełka? -zapytał Marco
-Jestem głodna ,ale inaczej.
-Czyli ,że jak?
-Jestem głodna ale nie w sensie ,że mi burczy w brzuchu…
-No to aż tak strasznie nie jesteś głodna?
-Nawet nie dokończyłam jeszcze!Mówię ci to ,że mam ochotę na…
-Cześć co robicie? -pyta Seba
-Co ty tu robisz? -zapytał Marek
-Przyszedłem do was.Samemu mi się nie chce siedzieć.
-Aha no to co porobimy? -pyta Ula
-Ooo a może pobawimy się w Twistera? -pyta Sebastian
-Ja niestety nie umiem w to grać.I nie mam takiej gry nawet. -stwierdził Marek
-Ale ja mam u siebie w gabinecie.Mogę przynieść. -zaproponował Seba
-Okey. -powiedzieli zgodnie Marek i Ula
-No to idę.
-Ja w tą grę grałam kiedyś na studniówce.
-No ale jak w to się gra?
-Nie wiem.Udawałam ,że coś robię no i zawsze wygrywałam.
-W jaki sposób?
-No po prostu kiedy stawałam na tej planszy to każdy od razu się wywracał.
-Aha.Ja też będę musiał?
-Nie wiem to od ciebie zależy.Oooo przyszedł już.
-Już jestem możemy zacząć grę. -podśpiewywał sobie
-No to dajemy czadu.Ale teraz wyjaśnijcie mi o co w niej chodzi.
-Mnie sie pytasz?Ja wam mówiłem wcześniej ,że mam taką grę ,ale to nie znaczy ,że umiem w nią grać.
Sorry no.
-Ja też nie umiem mówiłam wcześniej. -dopowiedziała Ula
-No dobra no to sami ustalmy zasady.Po co ten zegar tu?
-Nim się chyba kręci.No to ja zakręcę pierwsza.Aha i jeszcze jakie wybieracie kolory?
-Ja chce niebieski. -powiedział Marek
-No to ja zielony.
-A ja wezmę czerwony.No to tak będziemy sobie zadawać pytania.Prawa ręka i noga to mają być odpowiedzi szczere
a lewa ręka i noga to mają być odpowiedzi mieszane.No i ja będę kręcić to zobaczymy na kogo trafię. -mówi Ula
-Mnie tam pasuje.Dajesz. -mówi Sebulek
-Kręcę ,kręcę zobaczymy co ukręcę.Prawa noga naaa zielony.
-Kurcze a już myślałem ,że mi się upiecze.
-No to Sebulku yyy jaki jest twój ulubiony kolor?
-Zielony.
-Teraz ty Marek kręcisz.
-Ale ja nie kłamię nic ,a nic.
-Nie mówię ,że coś kłamiesz tylko zakręć tym czymś.
-Aha trzeba było tak od razu. -powiedział
-Lewa ręka na czerwony.
-Uuuff na szczęście to lewa.
-Kogo kochasz?
-Ciebie. -odpowiedziała
-Słychać ,że to lewa ha ha ha ha. -zaśmiał się Seba
-Muszę zadzwonić do Beti zaraz przyjdę. -mówi Ula
-A po co? -pyta Seba
-Zapytać się jej o coś bo może ona wie jak w to grać.
-No to dzwoń. -mówi Marek

CDN…

wtorek, 19 stycznia 2010

W miejsce Jaska...wprowadza się SWB :) cz.7

Marek był wściekły. Nie zamierzał szukać jakiegoś szczególnego lokalu na rozmowę z nią. Chciał załatwić to szybko, sprawnie. Miał jeszcze trochę do zrobienia dzisiaj, no a przede wszystkim, chciał jak najszybciej pojechać do szpitala. Wybrał więc miejsce najbliższe z możliwych – kawiarniany ogródek obok firmy.
- Myślałam, że znajdziemy bardziej intymne miejsce, ale skoro wolisz tutaj, niech będzie.
- Joaśka, w co ty grasz? Nie mam czasu na zastanawianie się, gdzie byłoby milej, ani nie widzę takiej potrzeby. Powiedz, dlaczego tak pilnie chciałaś się ze mną zobaczyć, bo naprawdę mam dzisiaj jeszcze wiele spraw na głowie..
- No tak, słyszałam. Przy okazji, gratuluję, tatuśku. Powiesz mi , czy to syn, czy córka? – w jej pytaniu brzmiała ironia, a może cynizm. Trudno to było określić.
Widziała, że się denerwuje i ewidentnie to wykorzystywała. Spoglądając na nią stwierdził, że nie tylko spojrzenie ma lodowate. Ona cała jest zimna, wyniosła, cyniczna. Dotąd uważał, że nikt pod tym względem nie przebije Pauliny.
- Zmieniłaś się chyba nie tylko zewnętrznie.
- O tak. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Już nie jestem głupią , naiwną gąską , którą prezes Dobrzański , a nie, wtedy jeszcze dyrektor Dobrzański, mógł porzucić, gdy mu kazała Paulina, albo, gdy mu się znudziła… Zresztą, co za różnica? A propos Pauliny. Sądziłam, że nikt inny nigdy nie będzie twoją żoną, tylko ona. Przecież każdą w końcu rzucałeś i wracałeś do niej, ale widzę, że się myliłam. Twoja żona ma przecież na imię Urszula. Tak się przedstawiła przez telefon. No, no – aż mnie zainteresowało, czym cię tak ujęła, że właśnie dla niej rzuciłeś tą wyniosłą Włoszkę. Już sobie wyobrażam, jak musiała być wściekła.
- Nie chciałaś się chyba spotkać po to, żeby rozmawiać o mojej żonie.
- Właściwie…. Nnnieee. Chociaż, może i do tego dojdziemy.
Widział, że się nim bawi. Stopniuje napięcie, nie mówiąc nic konkretnego. Udawało się jej, trzeba przyznać, bo w końcu stracił orientację, czy blefuje, czy rzeczywiście chce go czymś zaskoczyć.
- To, jak to było – ty zerwałeś, czy Paulina w końcu nie wytrzymała kolejnej kochanki.?
Czuł się, jak sztubak, który wybił szybę w dyrektorskim gabinecie i teraz został wezwany na dywanik.
- Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, to ja zerwałem z Pauliną. Zadowolona?
- Właściwie…. tak. Należało jej się.
- Możesz przejść do sedna, bo naprawdę nie mam zbyt wiele czasu?
Jakby na potwierdzenie tych słów zadzwoniła komórka. Mama.
- Mareczku, no gdzie ty jesteś?. Myślałam, że się spotkamy. Jesteśmy z tatą w szpitalu. Jasio jest cudny. Ula na ciebie czeka.
- Jak się czuje?
- Trochę osłabiona, ale dobrze.
- Mamo, zatrzymało mnie coś pilnego. Nie mogę tego odłożyć, ale mam nadzieję, że nie potrwa długo. Jak tylko skończę, zaraz jadę. Powiedz to Uli i uspokój ją. Też chciałbym być już tam z nimi.
- Marek, ważne sprawy? Akurat dzisiaj? Przecież to…
- Będę jak najszybciej. Muszę kończyć. Pa.
Wyłączył telefon i wrócił do stolika. Joaśka siedziała wyprostowana, posągowa. Na pewno mogła zwracać uwagę mężczyzn, ale Marek widział w nie jedynie ten chłód i nieprzystępność. W ten ciepły dzień działała na niego, jak zamrażarka.
- Interesy?
- Właśnie. Wzywają mnie pilne sprawy, więc przejdźmy do sedna,
- Jak sobie życzysz. Pamiętasz zakończenie naszej znajomości? Ostatnie spotkanie? Swoją drogą, popatrz, jak to jest – kiedyś musiałam wybłagać wypłakać każde spotkanie z tobą, a dzisiaj zgodziłeś się bez problemu. Fakt, trudno to nazwać romantyczną randką, ale zawsze. No tak, ale do rzeczy. Było fajnie i miło, dopóki nie wkroczyła Paulina, prawda? Sekretarka, szara myszka przecież nie mogła stanowić dla niej konkurencji. Nie była w stanie tego znieść, więc bez ceremonii, nakazała ci zwolnienie mnie, a ty nawet nie zaprotestowałeś. Dla mnie to był dramat z dwóch powodów. Miałam stracić ciebie i zostać bez środków do życia.. Kochałam cię, wiedziałeś o tym. Dla mnie to nie był jakiś biurowy romansik, dodający pikanterii szarej codzienności. Kiedy jednak, po zwolnieniu, nadal. zgadzałeś się na spotkania, zaczęłam wierzyć, że dla ciebie też zaczęło to coś znaczyć. Nagle się skończyło. Błagałam, prosiłam – powiedziałeś, że to koniec. Przez chwilę wierzyłam, że zmienisz zdanie, że wszystko będzie, jak dotąd. Myliłam się. Nie chciałeś mnie znać. Joaśka się znudziła. Trzeba było poszukać innych wrażeń, prawda? Nieważne. Wtedy spadło na mnie jeszcze jedno – okazało się, że jestem w ciąży. Dlatego tak do ciebie wydzwaniałam. Chciałam ci o tym powiedzieć, ale zmieniłeś komórkę. Kilka razy czekałam na ciebie pod firmą, ale za każdym razem wychodziłeś z Pauliną. Dzisiaj bym się tak nie przejmowała – podeszłabym i powiedziała. Wtedy byłam inna. Chciałam tylko, żebyś o tym wiedział, chciałam wierzyć, że mi pomożesz, kiedy będzie potrzeba, ale nie zostawiłeś mi żadnych złudzeń.

Marek znieruchomiał. O czym ona mówi? O jakiej ciąży? Boże, tylko nie to. Tylko nie teraz. Czuł, że serce wali mu tak, że nawet ona może je usłyszeć.

- Potem – kontynuowała – dowiedziałam się, że wyjechałeś z Pauliną na długie wakacje do Włoch.. Kochałam cię i nienawidziłam. Bałam się, byłam sama, beż pracy, pieniędzy. Na nikogo nie mogłam liczyć. Nie dam ci tej satysfakcji, nie będę opowiadała o szczegółach tego, co się ze mną działo. Powiem tyle – straciłam to dziecko, a razem z nim – szansę na posiadanie dzieci w ogóle. To twoja wina – tak uważałam i uważam i nie potrafię ci tego wybaczyć.
Wyjechałam za granicę. Tam mi się w końcu powiodło. Zrobiłam wszystko, żeby zmienić w sobie to, co przypominało tamtą głupią, zakochaną i wzgardzoną Joaśkę, której szczerze nienawidziłam. Jak widzisz- udało mi się, bo nawet mnie nie poznałeś. Postanowiłam, że nikt nigdy mnie nie skrzywdzi i to też mi się udało. Teraz ja rozdaję karty. Miałam wystarczająco dużo czasu, żeby nie zachować po tobie nawet jednego dobrego wspomnienia i nauczyć się życzyć ci jak najgorzej.. Nie przyjeżdżałam tutaj, dopiero teraz tak się złożyło, że pojawiłam się na pewien czas. Postanowiłam sprawdzić, jak zareagujesz na mój widok i uświadomić ci, kim jesteś, a na pewno byłeś, że, czy chcesz tego, czy nie jesteś odpowiedzialny za śmierć swojego dziecka. Chcę, żeby ta świadomość, choć trochę zakłóciła twoje, szczęśliwe, jak widzę życie tak, jak zniszczyła moje.
Wiesz co, przez chwilę pomyślałam, że twoja żona, która właśnie stała się szczęśliwą matką, może powinna się dowiedzieć o tym, ale…. Gdyby to była Paulina, zrobiłabym to bez wahania.
Zamilkła na chwilę. Marek siedział, jak sparaliżowany. Czuł szum w uszach i walenie własnego serca. Z trudem wydobył z siebie głos.
- O niczym nie wiedziałem.
- Bo nie chciałeś. Znaczyłam dla ciebie tyle, że nawet telefonu ode mnie nie odbierałeś. Nie wysilaj się. Nie znajdziesz tłumaczenia, które by mnie przekonało.
- Możesz mi powiedzieć, co się stało, że to dziecko… no wiesz?
- Nie. Nie zasłużyłeś na to. Myśl, co chcesz, zastanawiaj się. Nigdy się tego nie dowiesz.
- Wiesz, na dobrą sprawę, mógłbym zapytać, skąd mam mieć pewność, że mówisz prawdę.
- Spodziewałam się, że to powiesz.
Zaczęła szukać czegoś w torebce. Wyjęła wyniki badań USG z informacją, że jest to koniec drugiego miesiąca ciąży. Z dat wynikało, że pochodzą z okresu, kiedy się spotykali.
Siedział ze spuszczoną głową i kompletnie nie wiedział, co zrobić, powiedzieć, myśleć…
Joaśka nagle wstała.
- To wszystko, co chciałam ci powiedzieć.
Wstał pospiesznie. Podszedł do niej.
- Przepraszam. Naprawdę. Wiem, że to niczego nie zmieni, ale… masz rację. Byłem świnią. Teraz już taki nie jestem.
Spojrzał na nią. Jej twarz była bez wyrazu, tylko oczy… Nie były już takie lodowate, nie było już w nich tej ogromnej nienawiści, z którą tu przyszła.
Może odeszła z chwilą, wyrzucenia z siebie tego całego bólu, gniewu, wściekłości, które przez tyle lat w sobie dusiła…?
- Mam nadzieję, że nie do zobaczenia
Odeszła.. Chciała jak najszybciej opuścić to miejsce. Jego widok… Wróciły dawne wspomnienia. Nie miała siły przyspieszyć kroku. Nareszcie wyrzuciła mu w twarz to, co ją doprowadziło przez te lata na skraj rozpaczy, co kazało jej znienawidzić jego, a innych facetów traktować przedmiotowo. Widziała, jak poszarzał, jak był bezradny, jak do żywego zraniły go jej słowa. Czy musiała to zrobić? Nie miała siły dłużej dźwigać tego ciężaru sama. Uznała, że tylko w taki sposób uda się jej zamknąć w końcu ten rozdział swojego życia.

Marek nie mógł się ruszyć. W głowie miał mętlik. To, co przed chwilą usłyszał, było rodem chyba z jakiegoś “ciężkiego” dramatu psychologicznego Jak to wszystko jest możliwe? Próbował jeszcze raz odtworzyć przebieg tamtej znajomości i jej dość gwałtowne zakończenie. To prawda, wiedział, że go kochała i prawdą jest, że on ani nie odwzajemniał tego uczucia, ani nie dawał jej do zrozumienia, że jest inaczej. Fakt – podobała mu się, choć przy Paulinie i modelkach, które ciągle go otaczały, była raczej przeciętna. Miała jednak w sobie ciepło, wyrozumiałość, naturalność. Nie oczekiwała niczego, oprócz tego, żeby był. Nie potrafiła ukrywać swojego uczucia. Czasem złościło go, jak wodziła za nim wzrokiem, co naturalnie szybko zostało zauważone i w firmie coraz głośniej było od plotek. Paulina wpadła w szał. Jeszcze nigdy nie była tak wściekła. Wymusiła na nim, wywrzeszczała natychmiastowe zwolnienie Joaśki. Nie była dla niego tak ważna, żeby miał się przeciwstawić Pauli, choć jednak trochę głupio mu było i trochę żałował. W pracy zawsze mógł na niej polegać, ufać, a prywatnie… było miło. Kiedy już nie pracowała, dzwoniła, nalegała na spotkania. Choć nie zawsze, ale zgadzał się.
Z czasem jednak zaczęło go to męczyć. Paula coś podejrzewała. Nie miał ochoty na kolejne awantury. Powiedział jej, że to koniec. Ostateczny. Nie chciała tego słuchać. Spotkali się jeszcze raz, czy dwa. Była coraz bardziej zaborcza, zazdrosna, nieobliczalna. Wydzwaniała o każdej porze dnia i nocy. . W końcu kupił nową komórkę i dopiero wtedy odzyskał spokój. “Ja tak, a ona? Dla niej właśnie wtedy zaczęło się piekło”.
Wszystko, co się przed chwilą wydarzyło, o czym myślał, tak dalece wytrąciło go z równowagi, że zapomniał o realnym świecie. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że przecież Ulka, Jasio… Przecież on musi do szpitala. Oni czekają. Trzeba wziąć się w garść. Ula niczego nie może poznać.
Kiedy dotarł, rodziców już nie było, Ulka natomiast, usiłowała nakarmić małego piersią. Uśmiechnęła się na jego widok. Było widać, jak bardzo jest szczęśliwa. Wyszeptała do Jaśka :
- Popatrz, syneczku, twój tatuś sobie o nas przypomniał
I do niego :
- Marek, dlaczego tak długo kazałeś na siebie czekać. Coś się stało? Przecież miałeś być już dawno?
Było mu strasznie głupio. Przysiadł na łóżku, pocałował w czoło i czule gładził jej włosy.
- Kochanie, przepraszam. Nic się nie stało W firmie wiadomość o narodzinach Jaśka wywołała trochę zamieszania. Zagadałem się też z Sebą. Potem jeszcze rozmawiałem z Pshemko o tych nieszczęsnych próbkach, no i tak zeszło. Wiesz, jak to jest. Ale i tak, cały czas myślałem o tym, żeby dotrzeć do was jak najprędzej i teraz już się mnie tak szybko nie pozbędziecie.
Widok malutkiego, bezbronnego dziecka, jego dziecka, które Ula delikatnie układała w łóżeczku, rozczulił go tak bardzo, że pozwolił zapomnieć o tym wszystkim, co jeszcze kilkadziesiąt minut temu zupełnie zwaliło go z nóg.
Jasiek zasnął, a Ula opowiadała o wizycie rodziców, o tym, jak bardzo się wzruszyli widokiem swojego pierwszego wnuka. Mówiła o odwiedzinach Ali, Józefa i Beatki, jak ojciec nie mógł opanować łez, widząc wnuczka, ale i ją w dobrej kondycji.
- Wiesz, myślę, że tata bardzo się bał, żeby mnie nie przytrafiło się nic złego, jak mamie., chociaż nigdy mi o tym nie mówił.
- Pewnie tak było. Zresztą, trudno się dziwić. Wszyscy baliśmy się, ale wierzyłem, że to wszystko musi skończyć się dobrze, bo … No, po prostu musiało i koniec.
Marek przypadkiem włożył rękę do kieszeni marynarki i natrafi na małe pudełeczko. No tak, zapomniał o nim. Sięgnął po dłoń Uli i położył je na niej. Popatrzyła zdziwiona.
- Co to?
- Zobacz.
Otworzyła. Mnóstwo maleńkich serduszek, spiętych w skromną, ale bardzo piękną bransoletkę, niepostrzeżenie wysypało się z pudełka.
- Podoba ci się?
- Jest śliczna, ale dlaczego…?
- Kochanie, chciałem, żeby ten drobiazg, kiedykolwiek na niego spojrzysz, przypominał ci ten szczęśliwy dzień, kiedy urodził się Jasiek. To była dla mnie najpiękniejsza chwila. Nawet nie miałem pojęcia, że można przeżyć coś aż tak pięknego.
Widział, że się wzruszyła, ale dodała tylko:
- Dziękuję. Kiedyś pokażę ją Jaśkowi i opowiem, jak bardzo cieszyłeś się z jego narodzin, a ja… z tego, że zemdlałeś dopiero po wszystkim.
Roześmieli się oboje na wspomnienie tego pamiętnego upadku.
Ula widziała, że jest bardzo zmęczony. Nawet nie pytając domyślała się, że pewnie po powrocie ze szpitala nie zmrużył oka, potem był jeszcze w firmie, teraz przyjechał do nich…
- Marek, jedź do domu i odpocznij. My tu spokojnie poczekamy na ciebie do jutra.
Przypomniała mu, że rzeczywiście jest zmęczony. W ciągu minionej doby wydarzyło się tyle, że ledwie już nad tym wszystkim panował.
- Wiesz co, nie lubię pustego domu. Nie lubię, kiedy ciebie tam nie ma, ale chyba faktycznie powinienem chociaż się wyspać.
- Nie martw się. Rozmawiałam z lekarzem i jeśli nic się nie zmieni, to pojutrze będziesz miał w domu nie tylko mnie, ale nas.
Po wyjściu ze szpitala dotarło do niego, że kiedy był tam z nimi udało mu się, choć na trochę zapomnieć, nie tylko o zmęczeniu, ale także o spotkaniu z Joaśką i o wszystkim tym, co od niej usłyszał. Teraz, niestety wróciło, jak najkoszmarniejszy sen.
Podjeżdżał pod dom, kiedy zadzwonił telefon. Seba.
- Gdzie ty jesteś, świeżo upieczony tatuśku, że nie mogłem się do ciebie dodzwonić.
- Właśnie dojechałem do domu. Miałem wyłączoną komórkę, bo byłem w szpitalu. Coś pilnego?
- Nawet bardzo. Mam nadzieję, że zaprosisz starego kumpla na jakąś wódkę. W końcu syn ci się urodził, nie?
Może i dobrze byłoby zapić kłopoty, ale jakoś nie maił na to ochoty, pomijając fakt, że miał nadzieję chociaż na krótki sen.
- Seba, wybacz, ale nie dzisiaj. Jestem wykończony. Najpierw nerwy, potem noc na porodówce. Jak wróciłem, nie mogłem zasnąć. Dzień w firmie, potem w szpitalu. Zwyczajnie padam na pysk. Może jutro się skrzykniemy, co?
- No dobra. Rozumiem, ale jutro ci nie odpuszczę..
- Ok.. Tylko jakoś wieczorem, bo najpierw będę musiał przygotować łóżeczko, no i trochę tu ogarnąć, bo Ulka pojutrze wraca do domu. Zresztą, umówimy się w pracy.

Wszedł do pustego domu. Panująca cisza, akurat dzisiaj powinna go ucieszyć, ale okazała się nie do zniesienia. Po prostu, sprzyjała temu, żeby wszystkie upiorne myśli zaczęły wypełzać z zakamarków pamięci. Wiedział, że od tego nie ucieknie, ale w tym momencie, było to chyba ponad jego siły. Potwornie bolała go głowa. Uświadomił sobie, że od rana, praktycznie nic nie jadł. Miał iść na lunch, ale po rozmowie z Joaśką, stracił ochotę na wszystko, a na jedzenie przede wszystkim. Potem był u Uli…
Przygotował sobie kolację, włączył telewizor, ale szybko zorientował się, że i tak niewiele do niego dociera, z tego, co mówią. Właściwie, najchętniej , wyjąłby z barku jakąś butelkę, opróżnił ją w samotności i w ten sposób, jeszcze na trochę zapomniał o tym, co od kilku godzin nie dawało mu spokoju. Jakieś resztki rozsądku jednak nie pozwoliły mu tego zrobić. Rano musiał być w szpitalu, potem w firmie…. Nie, musi być wypoczęty, a nie skacowany..
Wziął prysznic i postanowił się położyć. Puste łóżko też okazało się nieprzyjazne. Sen, mimo całego zmęczenia, nie przychodził. Tysiące pytań przelatywały mu przez głowę. Co właściwie stało się z dzieckiem, o którym mówiła Joaśka? Usunęła je, czy poroniła? Dlaczego nie chciała mu tego powiedzieć? Co on ma teraz zrobić? Powiedzieć Uli, czy zachować tę tajemnicę dla siebie i nauczyć się z nią żyć? Czy będzie potrafił, tak, żeby Ula niczego nie zauważyła? A jeśli ona jednak się dowie, teraz, czy kiedyś tam? Joaśka, co prawda chyba nie zamierzała jej tego uświadomić, ale czy mógł być tego pewien. Przecież obiecał, że nigdy już jej nie okłamie. Obiecał to jej, a sobie poprzysiągł, kiedy przeczytał jej pamiętnik. Tylko, jak ona to przyjmie, jeśli jej powie? .Poza tym, kiedy miałby to zrobić, bo przecież nie teraz, kiedy ona jeszcze słaba, kiedy dopiero urodziło się ich dziecko? Pytania, pytania, pytania… Na żadne z nich nie znał odpowiedzi. Wstał, bo miał wrażenie, że zaraz zwariuje.. Dobrzański, ty idioto – myślałeś naiwnie, że rozliczyłeś się już z przeszłością, że Aleks był jedynym, którego skrzywdziłeś przez własną głupotę, bezmyślność, ale okazuje się, że nie.
Zrobił sobie jednak drinka i wyszedł z nim do ogrodu. Była piękna, ciepła noc, ale chyba nawet tego nie zauważył. Kiedy wrócił do domu, w końcu udało mu się zasnąć.
Zmęczenie, widać, wzięło górę nad wszystkim innym, bo kiedy się obudził, stwierdził, że… zaspał.” Witaj piękny dniu – pomyślał ze złością”. Szpital musiał “wziąć w przelocie”. Na szczęście, Ula okazała zrozumienie. Obiecał zresztą, że przyjedzie po załatwieniu spraw w firmie i będzie to wcześniej, niż wczoraj.
To, co zastał w sekretariacie, szybko przywróciło go do rzeczywistości. Panował tu istny Sajgon, czy jak wolała Viola – Taiwan. Wszędzie, nie wyłączając podłogi, walały się porozrzucane segregatory, z niektórych nawet powypadały jakieś dokumenty, a kiedy wszedł, pod nogi upadły mu ostatnie teczki z dokumentami, które jeszcze pozostawały na biurku Ani. Pośród tego całego bałaganu tkwiły dwie rozwrzeszczane i wymachujące na siebie rękoma kobiety. Viola i Ania – obie rozgrzane do czerwoności, nawet nie zauważyły jego wejścia. Wiedział, był pewien, że inicjatorką całego zajścia z całą pewnością była Viola, bo jakoś tak miała, że od czasu do czasu przypominała sobie, że nie powinna zbyt długo żyć w zgodzie z Anią, która swego czasu ośmieliła się wejść jej w drogę.
Marek już nie raz zastanawiał się, jak Ula sobie z nimi radzi w takich sytuacjach, bo jego cierpliwość wyczerpała się już dawno.
Nawet nie wiedział, jak ma przejść do gabinetu, bo cała podłoga pokryta była dokumentami.. Już miał je obie przywołać do porządku, ale akurat Viola spojrzała w stronę drzwi i zauważyła go. Natychmiast obciągnęła sukienkę, poprawiła włosy i przywołała na usta słodki uśmiech. Wszystko to miało zapewnić go, że nic takiego się nie stało.
- O, cześć Marek. Dobrze, że jesteś. A co tam u naszej pani prezes, kochanej?
- Możesz mi powiedzieć, co się tutaj dzieje?
- Aaaa… To widzisz. No wzięłam te segregatory tak wszystkie na raz i mi wypadły. Dasz wiarę?
- Wypadły, powiadasz? I doszłaś do wniosku, że skoro one leżą na podłodze, to można im jeszcze dorzucić teczki z biurka Ani, tak?
- Tak. Nie, no Marek. Co ty opowiadasz?
- To ja się pytam, co ty za bzdury opowiadasz? – Marek czuł, że za chwilę naprawdę wybuchnie. Akurat dzisiaj, z całą pewnością nie miał ochoty na jakieś głupie dyskusje z Violą.
- Bzdury, tak? Bzdury? To wszystko przez tą czarną wdowę sycylijską. Najpierw sama zgubiła dokumenty, które dał jej Adam, a kiedy po nie przyszedł, to zwaliła to na mnie.
- Tylko nie wdowę, dobrze? Tylko nie wdowę. – Ani już nawet nie przeszkadzała, ani “czarna”, ani “sycylijska”, ale za wdowę najwyraźniej była skłonna rzucić się Violi do gardła.
Marek miał wyraźnie dość. Nie miał najmniejszej ochoty ustalać, kto jest winien, bo i tak, jakoś nie wierzył, że mogłaby to być Ania, która skrupulatnie pilnowała wszelkiej dokumentacji jej powierzonej.
- Słuchajcie. Idę do Pshemko. Wracam za kwadrans i chcę zobaczyć wszystkie segregatory na swoich miejscach, dokumenty, o które prosił Adam, mają się u niego znaleźć, a wy, obie, miłe i uśmiechnięte będziecie wykonywały swoją pracę. Jasne? Myślę, że tak.
Wyszedł, na wypadek, gdyby Viola miała zamiar coś jeszcze mu tłumaczyć.
Pozałatwiał najpilniejsze sprawy, umówił się z Sebą na wieczór i postanowił pojechać do szpitala.
Kiedy wszedł, Jasio smacznie spał, leżąc obok wpatrzonej w niego Uli. Ten, jakiś taki ciepły widok, pozwolił mu zapomnieć o wszystkich problemach, które jeszcze chwilę temu tłukły mu sie po głowie .Przysiadł na łóżku, obok nich, delikatnie pocałował zaciśniętą piąstkę swojego synka i pomyślał nagle, że zrobi wszystko, absolutnie wszystko, żeby nigdy nic złego się im nie przytrafiło, żeby to było naprawdę szczęśliwe dziecko, żeby Ula nigdy się na nim nie zawiodła. Nie wiedział, nie rozumiał, jak to się dzieje, że ten maleńki człowieczek daje mu jakąś dziwną siłę, ale to właśnie poczuł.
Wracając do domu, zrobił jeszcze zakupy, na jutrzejszy powrót Uli z Jaśkiem ze szpitala. Nie myślał o niczym, tylko o nich. Posprzątał, złożył łóżeczko, przygotował je tak, jak mu powiedziała Ula i kiedy, niespodziewanie wpadła Ala, żeby mu pomóc, wszystko było już gotowe.
Właściwie, nie miał już ochoty na żadne alkoholowe spotkanie z Sebą, ale nie wypadało teraz odwoływać tego, skoro już się z nim umówił. Przez chwilę zastanawiał się, czy powiedzieć kumplowi o tym, co od wczoraj spędzało mu sen z powiek, ale stwierdził, że nie dzisiaj, nie teraz. Nie miał siły, ochoty, po raz kolejny w ciągu tak krótkiego czasu rozdrapywać tego, odpowiadać na pytania, przytaczać szczegóły. Powie mu, pogada z nim o tym, ale nie dzisiaj. Dzisiaj mają uczcić narodziny jego syna, a nie grzebać w mrocznej przeszłości.
Siedzieli do późna, chociaż Marek jakoś nie dorównywał kroku przyjacielowi. Za to Seba, przechylając kolejne szklaneczki, coraz bardziej się rozrzewniał, a to wspominając małego Jaśka,, to znowu powracając do swoich niedawnych obaw, związanych z nieudanymi próbami starania się o własnego potomka. W końcu Marek stwierdził, że wysyłanie go do domu w takim stanie nie jest dobrym pomysłem, ułożył go więc na kanapie i sam też poszedł spać. Swoją drogą – pomyślał, uśmiechając się do siebie – Seba tyle razy pił za zdrowie małego, że Jasiek powinien być chyba najzdrowszym dzieckiem na świecie.
Ranek okazał się trochę nerwowy. Po pierwsze, nie mógł dobudzić Sebastiana, a kiedy już mu się to udało, zadzwoniła Ula, że może ich odebrać w południe., a nie, jak wcześniej mówiła, około 14-tej. Musiał więc się spieszyć, żeby załatwić, co potrzeba w firmie, kupić kwiaty i przywieźć je do domu, żeby tu na nią czekały, no i jeszcze zdążyć do szpitala. Jednak dobrze, że wczoraj nie pił na równi z Sebą, bo teraz byłby nieprzytomny, jak on, a na to nie mógł sobie pozwolić.
Zwijał się, jak w ukropie. Kupił dwa ogromne bukiety pąsowych róż. Zawsze je lubiła. Jeden ustawił w sypialni, drugi w holu, żeby ładnie wyglądały ,kiedy tylko wejdzie. Był tak podekscytowany, że jeszcze tylko brakowało by, żeby jakieś płatki rozsypał na podłodze. Nawet sam siebie nie podejrzewał, że tak bardzo będzie przeżywał ich powrót do domu. Powrót, który oznaczał , że odtąd będą tu we trójkę, że rozpoczyna się nowy rozdział w ich życiu.
Wyjeżdżał pospiesznie z bramy, kiedy zadzwonił telefon. Moment nieuwagi, kiedy usiłował wyjąć komórkę z kieszeni i ofiarą jego zdenerwowania padłby kot sąsiadów, majestatycznie przemierzający jezdnię. Czarny, “Tylko tego by mi brakowało – pomyślał”.
Na wyświetlaczu aparatu mama. Coś się stało, że akurat teraz dzwoni?
- Mamo, jadę właśnie po Ulę i Jasia. Coś pilnego?
- Synku, jak wrócicie, to przyjedziemy z tatą. Pani Zosia ugotowała dla was obiad.
Obiad? No tak, zupełnie o tym nie pomyślał. Przecież Ula powinna jeszcze leżeć, no a jeść przecież musi. Na samą myśl o tym, co on, ewentualnie mógłby jej zaserwować, po prostu musiał się uśmiechnąć. Gotowanie, zdecydowanie nie jest jego mocną stroną. W ogóle, nie jest żadną stroną. Nie potrafi i już. Śniadanie, kolację, proszę bardzo. Ale obiad?
Kochana mama, że o tym pomyślała. Trzeba będzie się zastanowić, jak rozwiązać ten problem w ciągu najbliższych dni, dopóki Ula całkiem nie stanie na nogi. Zdał sobie sprawę, że to kolejna rzecz, która zmieni się w ich życiu. Dotąd bywało różnie, w zależności od ilości pracy. Czasem jadali na mieście, czasem Ula coś przygotowała. Teraz będzie inaczej.
Ula, już prawie gotowa czekała na niego. Jasiek, otulony w cieplutki kocyk też czekał już na swoją pierwszą podróż. Do domu.
Kiedy maluszek, już nakarmiony i przebrany został ułożony w łóżeczku, Ula dopiero spokojnie rozejrzała się po domu.
- Jestem pod wrażeniem, kochanie. Kiedy zdążyłeś z tym wszystkim – wysprzątane, dla Jaśka wszystko przygotowana. I te kwiaty… Są piękne. Dziękuję ci,. Jestem bardzo szczęśliwa i czasem aż się tego boję.
Marek przytulił ją mocno, bardzo mocno. Pierwszy raz od kilku miesięcy mógł ją mieć aż tak blisko siebie. Czuł jej zapach, oddech, gładził włosy… Wtuliła się w niego. Też tego potrzebowała. Nie musieli nic mówić, żeby wiedzieć, czym jest dla nich ta chwila i dopiero , najpierw cichy, a potem coraz głośniejszy płacz dziecka, przypomniał im, że nie są już sami.

Piękne, tegoroczne lato było dla nich, jakby dodatkowym prezentem. Jasiek mógł dużo czasu spędzać na spacerach, Ula też doceniła dobrodziejstwo dużego ogrodu, gdzie mogła bez obaw zostawić synka, gdy spał, a sama zająć się innymi obowiązkami. Opieka nad dzieckiem pochłaniała ją bez reszty, choć musiała uczciwie stwierdzić, że Marek, kiedy tylko mógł , bardzo chętnie ją w tym wyręczał. Czasem zastanawiała się, skąd bierze siły i cierpliwość, bo niejednokrotnie widać było, że wracał z pracy bardzo zmęczony. Przejął przecież także jej obowiązki, a firma się rozrastała, przybywało problemów, trzeba było szukać nowych rozwiązań… Zawsze jednak, kiedy wracał, pierwsze kroki kierował do łóżeczka małego. Często, późny posiłek i krótka chwila relaksu wystarczyły, żeby resztę dnia chciał poświęcić synkowi, który już potrafił okazywać swoją radość na jego widok.
Ula jednak tęskniła za pracą i wiedziała, że będzie musiała o tym z Markiem porozmawiać, tylko nie była pewna jego reakcji. Prawda, że czasem miała wyrzuty, że nie chce tak do końca poświęcić się tylko dziecku, ale czuła, że można to wszystko jakoś pogodzić, a praca zawsze była dla niej czymś bardzo ważnym. W takich chwilach, jakby na swoje usprawiedliwienie, przypominała sobie mamę, która też przecież cały czas pracowała, a przecież wcale nie kochała ich mniej. Ula nie miała poczucia, że jakoś ucierpieli na takiej decyzji mamy.
Był niedzielny wieczór. Wrócili z Rysiowa. Marek wykąpał Jaśka i przygotował do snu. Za każdym razem, kiedy on go kąpał, łazienka wymagała totalnego sprzątania, a Marek przebierał się od stóp do głów. Mały uwielbia kąpiele, ale szczególnie te z tatą. Chlapanie jest najmilszym zajęciem dla obydwu i świetnie się przy tym bawią.
Na dworze pachniało już jesienią. Liście pomału zaczęły zmieniać barwę. Był to może jeden z ostatnich tak ciepłych jeszcze wieczorów. Usiedli w ogrodzie.
- Marek, musimy porozmawiać . Musimy porozmawiać o mojej pracy.
- Nie rozumiem. Jak to? Ty chcesz wracać do pracy? A co z Jaśkiem?
- Kochanie, spokojnie. Nie chcę wracać za każdą cenę i oczywiście pamiętam o dziecku, ale mam pewien pomysł i, gdyby udało się go zrealizować, myślę, że mogłoby się to udać, bez straty dla niego.
- Widzę, że już wszystko sobie zaplanowałaś. No dobra. Słucham.
- Chciałabym wrócić, ale dopiero po nowym roku. Do tego czasu musielibyśmy postarać się znaleźć opiekunkę, ale…
- Nie, Ulka. Jak ty sobie to wyobrażasz? Skąd będziesz wiedziała, że to odpowiedzialna osoba i dobrze się nim zajmie?
- Marek, pozwól mi skończyć. Pomyślałam sobie, że dobrze byłoby znaleźć jakąś starszą osobę, która byłaby dla Jaśka kimś, jak babcia, no…
- Ale Jasiek ma dwie babcie. Chcesz mu zafundować trzecią?
- Marek, przestań. Ma dwie babcie, fakt. Nie chcesz chyba jednak zrzucić na swoją mamę codziennej, kilkugodzinnej opieki nad wnukiem, bo ona ma jeszcze swoje życie, swoje zobowiązania, zajęcia w fundacji. A Ala pracuje, więc też odpada.. Wiem, że są takie osoby, które bardzo chętnie podejmują taką pracę, bo wychowały już swoje dzieci, czy nawet wnuki, albo są samotne i odczuwają pustkę. Gdybyśmy kogoś takiego znaleźli, myślę, że byłoby to z korzyścią dla wszystkich, nie sądzisz.?
Pewnie miała rację. To nie byłoby złe rozwiązanie, tylko gdzie kogoś takiego znaleźć? Widział, że tęskni za pracą, mimo całej miłości do Jaśka. Jest jej potrzebna ta adrenalina, kolejne wyzwania, a to jest możliwe tylko tam.. Ta rozmowa jednak, uświadomiła mu coś jeszcze – chyba będzie musiał porozmawiać z nią o Joaśce. Kiedy wróci do pracy, wszystko może się zdarzyć, bo przecież nie miał stu procentowej pewności, że tamta znowu nie wpadnie na jakiś pomysł, albo nie zdarzy się jakiś przypadek, z którego Ula wyciągnie stosowne wnioski. Nie powinien tego dłużej odkładać. Zresztą, wspomnienie tamtej rozmowy powracało bardzo często. Widział wtedy jej lodowate oczy i za każdym razem czuł przebiegający po plecach dreszcz.. Nie zawsze udawało mu się ukryć przed Ulą, że trapią go jakieś złe myśli. Znała go bardzo dobrze i z wyrazu jego twarzy, oczu, czytała, jak z otwartej księgi.. Martwiła się, a on uciekając się do jakichś tandetnych tłumaczeń zaczynał się obawiać, że ona i tak mu nie wierzy.
- Kochanie, czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Naturalnie. Może masz rację, że nie było by to złe rozwiązanie, tylko teraz jeszcze trzeba kogoś takiego znaleźć. Masz jakiś pomysł?
- Nie, no najpierw chciałam usłyszeć twoje zdanie na ten temat. Poszukam jakichś ogłoszeń, porozmawiam z Alą. A. I może twoja mama, gdzieś słyszałaby o takiej osobie?. Mamy jeszcze trochę czasu. Mam nadzieję, że się uda. Dziękuję, Marek.
- Za co?
- Że mnie zrozumiałeś. Wiesz, nawet gdyby takie rozwiązanie jednak się nie sprawdzało, to przecież zawsze mogę zrezygnować z pracy, ale jednak chcę spróbować. Chłodno się zrobiło. Wracasz?
- Tak. Zaraz przyjdę.
Chciał jeszcze chwilę pomyśleć, czy, kiedy i jak powinien z nią porozmawiać .Już na samą myśl o tym, że sprawi jej tym przykrość, że będzie jej musiał powiedzieć, że był większą świnią, niż jej się kiedyś wydawało, ba – niż nawet jemu się wydawało, czuł strach, jakiś palący wstyd i suchość w gardle.