Get your own Digital Clock

wtorek, 5 stycznia 2010

Po ślubie... wg Miśki3

Po ślubie.

Ceremonia – jak każda inna zakończyła się spektakularnym wyjściem nowożeńców z Kościoła. Boczny obserwator nie zauważyłby różnicy pomiędzy tym ślubem, a tysiącem innych. Jednak wystarczyłoby przypatrzeć się łzom na twarzy mężczyzny i wtulonej w jego silne ramiona, kobiety. Wystarczyłoby usłyszeć jedno słowo ‘’Tak’’ wypowiedziane przed dwojgiem świadków, księdzem małego Rysiowa i rodziną. Wtedy zdanie o niniejszej ceremonii byłoby inne, wyjątkowe. Tych dwoje ludzi jak owieczki zagubione błądziły przez długi czas w poszukiwaniu wspólnej ścieżki. Pokonywali problemy, przeszkody, samych siebie… Walczyli z rozsądkiem by dopomóc sercu. A nagrodą w tak usilnej bitwie stała się miłość wypełniająca wnętrze świątyni i serce każdego z zaproszonych gości. Kiedy wyszli na zewnątrz biały ryż jak śnieg przyozdabiał ich zarumienione, roześmiane twarze. On patrzył na nią swymi szarymi wręcz czarnymi z euforii oczami tak jakby nigdy wcześniej nie widział czegoś równie wspaniałego, jedynego i nie powtarzalnego. A ona… Ona miała zamknięte powieki. Widać było tylko pojedyncze strużki łez, które tuż przy szyi łączyły się w jeden szlak słonego płynu. Wiwatom nie było końca.
- Gorzko! – krzyknął rozczochrany, tulący wysoką, zgrabną brunetkę, Maciek.
Po chwili całe towarzystwo zamiast sypać ryż, żądało namiętnego pocałunku. Co zyskali w zamian? Najpiękniejsze połączenie pary ust dwojga zatraconych w sobie bez pamięci ludzi. Delikatnie, rytmicznie ruchy połówek idealnie zlepionych warg dodawały emocji każdemu z nich. Po wielkim zamieszaniu, składaniu życzeń, nadeszła pora na… Stop! Wróć, składaniu życzeń. A z tymi serdecznymi słowami było tak ; długa kolejka zawijała się w kierunku nowożeńców z metą tuż przed ogromnym bukietem Uli. Każdy czekał na swoją kolej, ale rzecz jasna od wszelkiej reguły jest wyjątek. Violetta Kubasińska przeciskała się przez tłum uradowanych gości w stronę Uli i Marka, oczywiście ciągnąc za sobą Sebulka.
- Ulcia! – wykrzyknęła gdy znalazła się tuż przy dziewczynie. – Moja ty – dała całusa –moja – kolejnego – perełko ty! – i jeszcze jednego. – Poczwarko co z larwy w motyla się przemieniłaś – tak, te cudowne porównania byłyby idealne gdyby ich poprawność nawiązywała do realnych kryteriów. Larwa w motyla? Niedorzeczne.
- Violuś- zaczął Olszański – Skarbie, z poczwarki w motyla.
Urażona panterkowa panienka odparła:
- Co ty nie powiesz? – grymas wystąpił na jej twarz, jednakże błyskawicznie przemienił się w uśmiech gdy spojrzała na Cieplak – Więc kochana, z poczwarki czy larwy w motyla się zmieniłaś i jak pszczółka Marka zapyliłaś – kłopotliwa cisza – W sensie, że znalazłaś jedynego wśród miliona kwiatków.
Cała trójka wybuchła śmiechem co spowodowało irytację Violi:
- A co wy myśleliście?
Sebastian spojrzał na przyjaciela, ten zaś na ukochaną.
- Nic nie myśleliśmy. Po prostu – zastanowiła się by znaleźć odpowiednie wytłumaczenie – zrymowałaś słowa! Nasza poetko.
- No wiesz, Homara zaszczytem jest znać.
Marek prawą dłonią podrapał się w tył głowy, udając zniechęcenie.
- Więc – rozłożył ręce – macie coś jeszcze do powiedzenia przyjaciele?
W tej chwili wkroczył Sebastian na pomoc kumplowi.
- Szczęścia na nowej drodze życia, czy coś. Stary – Violetta stuknęła Olszańskiego by zmienił ton głosu na bardziej oficjalny – To znaczy, Marku – spojrzał na swą wybrankę sprawdzając czy tym razem dobrze dobrał słowa, ta zaś pokiwała głową. – Chciałbym ci życzyć byście nie mieli już tylu niedomówień.
- Oby! – natychmiastowo odkrzyknęła Viola- Ja już nie zamierzam latać ‘’w te i we w te ‘’ załatwiając tą waszą niezgrabną miłość skowroneczki.
- Dziękujemy wam – Ula nie mogła przestać się podśmiewać- za miłe słowa.
Odeszli, a kolejka posunęła się naprzód. Z resztą poszło gładko, bez zbędnych przeszkód. Po tonie niemalże takich samych życzeń, młoda para wsiadła w samochód i ruszyła w kierunku mieszkania… Marka.
- Nareszcie- odetchnął z ulgą – Mam cię tylko dla siebie – spojrzał na nią tak stęsknionym wzrokiem, że Ula aż się speszyła i odwróciła głowę.
- Nie uważasz, że powinniśmy jeszcze zostać z rodziną?
- Ula – dotknął jej dłoni, w tym momencie ponownie przypatrywała się jego oczom, te magnetyczne spojrzenie przeszywało jej dusze na wskroś – Jest już późno. Mamy jeszcze wiele czasu by pobyć z najbliższymi, uwierz mi. Ja nie zamierzam odcinać cię od świata i pozostawić jedynie dla siebie, chociaż to wyjście by mi pasowało – uśmiechnął się ukazując przecudne dołeczki.
- Marek – pobłażliwie odparła – jestem Twoją żoną, pamiętaj jeszcze ci się znudze i będę zrzędliwą babą.
Zatrzymał samochód ponieważ dotarli na miejsce.
- Ty? Mi? Się? Znudzisz? – dukał – A w życiu. Ula- rozmarzył się – Kocham Cię, kocham cię najbardziej na świecie, kocham cię i nie zamierzam przestawać.
Pochylił się nad ukochaną i złożył długi, namiętny pocałunek na jej ustach.
- Ja ciebie też. – widać było łzy na jej zarumienionych policzkach.
Wyszli z samochodu. Marek pomógł Uli wysiąść i pochwycił ją w ramiona.
- To teraz przez próg małżonkę trzeba przeprowadzić. – uśmiechnął się jak May urwis co przed chwilą dostał czekoladę.
- Głupek – spojrzała mu w oczy – mój głupek.
Tak jak powiedział, tak też uczynił. Zaraz potem opuścił ją na ziemie i delikatnie przygryzł jej wargę. Chwilę potem mała pieszczota przerodziła się w pocałunek spragnionych siebie ust.
- Ula – oderwali się od siebie – porywam cię !
- Gdzie? – zapytała zaskoczona.
- Do naszego raju!
Chwycił ją za rękę i z powrotem pobiegli do samochodu.
- Marek, o co chodzi? – zapytała zdezorientowana.
- Zobaczysz. – jego szaro – ciemne oczy lśniły z podekscytowania.
Posłusznie wsiadła do samochodu. Całą drogę milczeli.
Za szybą auta widniały rozmaite widoki. Najpierw mijali wielkie, nowoczesne budynki. Pełne przepychu i luksusu. Potem małe, ceglane domki pojawiające się co jakiś czas na szczerym polu. Małe lampy, stodoły. Pomału krajobraz zaczął się przeradzać w nieregularne ubocza, pagórki. Coraz więcej zieleni, drzew, kwiatów wyłaniało swą dorodność. I nagle u podnóża jednej z małych dolin, Ula dostrzegła przepiękny drewniany dom. Zachęcający dzikim pnączem, na którym białe różyczki rosły wzdłuż pionowej kolumny kończąc pięknym skręceniem po obu stronach domu tuż przy płocie werandy. Dach był o ton ciemniejszy niż cała reszta. Okna przyozdobione seledynowymi i błękitnymi doniczkami podkreślały frezje. Tak, na pewno były to frezje. Cieplak nigdy by nie zapomniała tak wyjątkowych kwiatów. Ich zapach pochłaniał rzeczywistość i przenosił w świat marzeń. Słońce oblewało promieniami małe schodki prowadzące ku drzwiom. Wielkie kolumny podpierające zadaszenie przyozdobione były wyrzeźbionymi spiralnymi wzorami. Każdy szczegół zapierał dech w piersiach.
- Cudowne… -westchnęła.
- Nasza. – sformułował.
Początkowo to do niej nie dotarło, dopiero gdy znalazła się w środku, w małym pokoju z wielkim łożem, do którego prowadził różany szlak zrozumiała że to ich gniazdo. Dom najszczęśliwszych zakochanych, gołąbków na świecie. Podczas burzy zagubionych, które cudem wpadły w swe skrzydlate, bezpieczne ramiona. Największe wzruszenie jednak budziły, małe, kwadratowe karteczki w całym pomieszczeniu. Słońce odbijało od nich światło tocząc niesamowitą grę kolorów. Różowy zmieniał się w fiolet, pomarańcz, czerwień, zieleń, żółć i nagle w niebieski. Wszystko mieniło się od różnorodnych barw. A na każdym odbiciu widniały słowa ‘’Kocham Cię’’.
- Maaareek, to Ty? – wskazała karteczki.
- Kocham Cię, w tylu kolorach ile dostrzeżesz w tym małym pokoiku, tak małym jak me serce i przepełnionym kolorami jak ja miłością.
- Marek! – rzuciła mu się na szyję, po czym obydwoje stoczyli się na wielkie łoże – Kocham Cię!
- Czy obiecasz mi, że miłość przetrwa wszystko? – zapytał poważnie.
- Nie. Obiecam Ci, że NASZA miłość przetrwa wszystko.
Po czym zatopili się w swych ciepłych objęciach. Za oknem słońca gasiło swe promienie, zapraszając księżyc na swe miejsce.
Ich spocone twarze oplatała teraz srebrzysta mgiełka księżycowego puchu szczęścia. Ich ciała dryfowały w sobie tylko znanej melodii. Syciły się bliskością i darem bycia jednością.
A po tym wszystkim nastał dzień…
- Dzień dobry. – powiedział, całując swój skarb w czółko.
- Najlepszy. – poprawiła go szukając jego ust, stęsknionymi wargami.
‘’ Kochaj tak, jakby jutra miało nie być’’


poniedziałek, 4 stycznia 2010

W miejsce Jaska...wprowadza się SWB :) cz.3

Niezbyt odważnie (bo co za dużo, to nie zdrowo) dopisuję trzecią część mojej “opowieści”. Może ją także strawicie.


Sprawę Aleksa i Pauliny, a przede wszystkim firmy, na szczęście mieli już za sobą. Nie było łatwo. Krzysztof z wielkim niedowierzaniem przyglądał się dokumentacji Adama. Niestety, zestawiając z nią wspomnienia z różnych zachowań Aleksa, także w rozmowach z nim oraz to, co powiedzieli mu Ula i Marek, wszystko układało się w logiczną całość.. Krzysztof nie mógł sobie darować, że niejednokrotnie tak źle i niesprawiedliwie oceniał własnego syna, za to dawał się wciągać Aleksowi w jego niecne plany. Teraz postanowił uczestniczyć w rozmowie z Paulą i pomóc Markowi. Nikt nie wiedział, czy i jaką wiedzę posiada o matactwach brata, ale nadeszła pora wyłożenia kart na stół. Corpus delicji, jakie przedstawili, zupełnie wtrąciło ją z równowagi. Nagle straciła całą butę i pewność siebie. Warunki przedstawione przez Krzysztofa znacznie odbiegały od tego z czym tu przyjechała.
Cena obniżona o ponad ¼, w zamian za potencjalne straty, na które narażona byłaby firma, gdyby nie desperackie działania Uli i Marka, zaciągnięte kredyty, które nie byłyby konieczne, gdyby nie jego sabotażowa działalność. Działanie na niekorzyść firmy, w dodatku z tak niskich pobudek, jak chęć zemsty, nienawiść, czy zdobycie upragnionego stanowiska, to ciężkie przewinienie.
Paula była wściekła na Aleksa. To dlatego ją wysłał z tą misją. Dostrzegła to zbyt późno. Kiedy przedstawiła mu propozycje Dobrzańskich i powiedziała, jakimi dowodami przeciw niemu dysponują, po raz kolejny poczuł się przegrany. Był wściekły, ale wolał przystać na ich warunki, bo wiedział, że jeśli nagłośnią sprawę i wkroczą na drogę sądową, to będzie skończony. Do tego Paulina i tak nie daruje mu, że naraził na szwank dobre imię i dorobek rodziców.
W wykupie udziałów pomógł Krzysztof oraz kredyt wzięty pod hipotekę domu. Marek nie chciał słyszeć o pomocy ojca.
- Synu, po pierwsze, ja także przyczyniłem się do twoich kłopotów, kiedy namawiałem cię na kontrakt z reprezentacją i nie chciałem słuchać żadnych twoich argumentów, chociaż to ty miałeś rację, a Aleks, jak się okazuje, interes w tym, żeby ci się nie udało. Poza tym widzę, że dobrze zarządzacie firmą, macie nowe pomysły, wasze kolekcje dobrze się sprzedają, zyski są większe, niż się spodziewałem. Dlatego uważam, że będą to dobrze zainwestowane pieniądze. I nie mówmy o tym więcej.
W taki oto sposób z logo firmy na zawsze zniknęło Febo i pozostało tylko “Dobrzańscy”.
To były trudne chwile dla wszystkich. Na szczęście, są już za nimi.


Ula od rana krzątała się po domu. Przed nimi miły wieczór – firmowy bal karnawałowy. Swoją obecność zapowiedzieli, z małymi wyjątkami, wszyscy pracownicy. To pierwszy taki bal. Ula wpadła na ten pomysł, podzieliła się nim z Anią, a ta, z kolei zrobiła rekonesans wśród załogi. Ludzie byli zachwyceni, powstał “komitet organizacyjny”, no i dzisiaj spotykają się wszyscy, odświętni, jak w jednej wielkiej rodzinie, żeby nie tylko razem pracować, ale również się bawić.. Pokochała tę firmę, tych ludzi, tak samo mocno, jak kiedyś bała się ich, gdy pierwszego dnia pracy przekraczała jej progi, nie wiedząc, co ją tam spotka. Teraz mogła powiedzieć, że jest to miłość z wzajemnością, bo na co dzień doświadczała sympatii pracowników.. Odkąd z horyzontu zniknęli Febo, a oni z Markiem się pobrali, chyba jeszcze większej.
Weszła do sypialni, żeby obudzić marka, ale kiedy zobaczyła, jak słodko uśmiecha się przez sen, trzymając w objęciach jej poduszkę, zrezygnowała.. Ciekawe, co tak miłego mu się śni? Może sylwestrowa noc? Tak, ona też chętnie by o niej śniła.
Ten ostatni wieczór i noc w roku postanowili spędzić z Anią i Maćkiem oraz Violą i Sebulkiem na balu organizowanym w klubie 69. Najpierw miała dość sceptyczne podejście do samego miejsca. To zdecydowanie nie były jej klimaty. Jeszcze miała w pamięci niefortunny wieczór, tam właśnie spędzony z Piotrem. Kiedy jednak wszyscy zaczęli ją przekonywać, że będzie fajnie, a ona po prostu wydziwia, zgodziła się. Zresztą, z Markiem mogła być wszędzie. Nad kreacją, od dawna pracował Pshemko i musiała go bardzo pilnować, żeby nie nazbyt popuścił wodze swojej fantazji. Miało być stylowo i elegancko. Kiedy, w końcu, tuż przed wyjściem pokazała się Markowi w pięknej, prostej kreacji w kolorze śliwki, był tak zachwycony, że natychmiast zarezerwował sobie wszystkie tańce na tę szampańską zabawę..
Reszta towarzystwa już na nich czekała. Swoją drogą, na salę wchodziły właśnie trzy pary, które połączyła praca i jedna firma. Wszyscy roześmiani, szczęśliwi, eleganccy. Jednak Ula z Markiem prezentowali się wyjątkowo. Zwracali na siebie uwagę, lecz chyba nie tylko ze względu na strój, czy urodę. Biło od nich niezwykłe szczęście, wyrażające się w spojrzeniach, uśmiechu, w każdym geście.
Bawili się naprawdę wspaniale, zapatrzeni w siebie, wtuleni. Północ nadeszła szybko. Wszyscy odliczali głośno ostatnie minuty starego roku i gromkimi okrzykami powitali Nowy. .Spontaniczne życzenia, uściski, radość, szampan…
Wkrótce po całym tym zamieszaniu, Marek szepnął Uli, żeby poszła z nim do szatni po płaszcz, bo czeka już na nich taksówka.
- Marek, dopiero minęła północ, a ty chcesz, żebyśmy już wracali? Stało się coś?
- Kochanie, wrócimy tu jeszcze za jakąś godzinę, ale teraz mam dla ciebie niespodziankę.
Taksówka czekała przed klubem. Kierowca widać wiedział, dokąd ma jechać, bo nawet o nic nie zapytał, tyko od razu ruszył. Może i jemu wydawało się dziwne, dlaczego tych dwoje, którzy siedzą teraz z tyłu, przytuleni do siebie, zamiast bawić się w najlepsze, każą się wieźć… Ech, ludzie to mają pomysły.
Ula spoglądała na mijane ulice i nic z tego nie rozumiała.
- Marek, dokąd my jedziemy?
Dobrzański uśmiechnął się tylko tajemniczo.
- Zaraz zobaczysz. Za chwilę będziemy na miejscu.
Kiedy taksówka skręciła pod znajomy most, wszystko stało się jasne. Przyjechali nad Wisłę. Pomógł jej wysiąść i dokładnie otulił szyję szalikiem. Szli w milczeniu do tego “swojego miejsca”. Drogę rozświetlały im kolorowe fajerwerki, puszczane w niebo z drugiej strony rzeki. Tworzyły cudowne kształty, rozpryskiwały w powietrzu tysiącem maleńkich gwiazdek, które odbijały się w wodzie. Zatrzymali się w końcu. Marek wziął jej twarz w swoje dłonie i najpierw delikatnie, a potem coraz bardziej namiętnie całował ją, tulił, potem znów całował…
- Przywiozłem cię tutaj, bo dla mnie to miejsce już na zawsze pozostanie najpiękniejsze, magiczne i tylko tu mogłem z tobą tak naprawdę powitać ten Nowy Rok. Szczególnie dlatego, że będzie dla nas taki ważny. Przyjdzie na świat nasze dziecko. Kochanie, nie umiem wyrazić, jak bardzo jestem szczęśliwy. W tym miejscu zrozumiałem, że cię kocham i tu chcę ci przysiąc, że to się nigdy nie zmieni. Że zrobię wszystko, żeby tobie, ani naszemu dziecku nigdy niczego nie brakowało, żebyście byli bezpieczni i szczęśliwi.
Nagle wyjął coś z kieszeni płaszcza i trzymał w zaciśniętej dłoni.
- Wiesz, kiedy tu czekałem na ciebie, nie wiedząc, że wyjechałaś na Mazury, miałem przy sobie dwie krówki – jedną dla ciebie, drugą dla mnie. Taki znak miłości, że my oboje… Symbol pojednania, na które liczyłem.. Może jestem sentymentalnym głupcem, ale jeśli nawet, to miłość do ciebie mnie nim uczyniła.
Wziął jej dłoń i położył na niej trzy krówki…
- Jak widzisz, dzisiaj też je mam, tylko o jedną więcej, bo przecież nas już jest troje.
Ula nie mogła już dłużej panować nad wzruszeniem. Łzy cicho, bezkarnie spływały po jej policzkach. Przylgnęła do niego całą sobą, a on objął ją mocno i całował jej włosy. Stali tak przez dłuższą chwilę. W końcu zapytał:
- Wracamy?
- Zaraz, też muszę ci coś powiedzieć. Marek, dla mnie też to miejsce jest najpiękniejsze na świecie i chcę, żebyś wiedział, że też zrobię wszystko, żeby, skoro już udało się nam znaleźć tę miłość, nigdy jej nie stracić, nie zgubić ,nie wystawić na niepotrzebne próby. A krówki są najpiękniejszym prezentem, jaki mogłeś mi dać.
Taksówkarz cierpliwie czekał. Wrócili na salę ci sami, a jednak jakby trochę inni – trochę rozmarzeni, jeszcze bardzie w siebie zapatrzeni….


Zadumę Uli i wspomnienia przerwało ciche mruknięcie Marka. Obudził się.
- Co ty robisz, kochanie?
- Patrzyłam na ciebie, jak smacznie spałeś.
- Chodź tu do mnie. Proszę.
- O nie, nie, nie. Znowu wstaniemy w południe, a ja mam niedługo umówionego fryzjera. Zapomniałeś, że dzisiaj idziemy na bal?
Marek nagle zerwał się, przyciągnął ją do siebie.
- Chodź. Nie wolno odmawiać mężowi swemu, bo zaraz sprawdzi, czy masz łaskotki.
Śmiech i wygłupy skończyły się chwilą czułości, namiętności, cudownego zapomnienia.
Wizyta u fryzjera stanęła pod znakiem zapytania, ale jednak udało się zdążyć.
Kiedy zjawili się w klubie, okazało się, że prawie wszyscy już są i czekają na państwo prezesostwo., by dali sygnał do rozpoczęcia zabawy.. Ula, wchodząc na salę, dostrzegła stojących opodal Helenę z Krzysztofem i Alę z ojcem..
Zebrani, przywiali ich wejście gromkimi brawami. Pani prezes życzyła wszystkim szampańskiej zabawy, którą zapoczątkowali z Markiem pięknym walcem. Muzyka pochłonęła ich od razu. Marek prowadził ją cudownie. Lekko. Płynęli po parkiecie, zapatrzeni w siebie, zasłuchani w piękne dźwięki. Nie zauważyli nawet, że pomału wszyscy się odsunęli, stawali z boku, patrzyli na nich z zachwytem. Dopiero, kiedy muzyka ucichła i usłyszeli wielkie brawa, jakby obudzili się z głębokiego snu. Ulę speszyło to trochę. Podeszli do stolika Heleny i Krzysztofa. Przywitali się i wtedy Helena szepnęła jej do ucha :” dziękuję ci, dziecko. Nigdy nie widziałam, żeby mój syn był bardziej szczęśliwy”
Zabawa trwała w najlepsze. Odpoczywali właśnie przy stoliku z Anią i Maćkiem, kiedy podeszła wystraszona Ala.
- Ulka, możesz podejść do naszego stolika? Tata chyba źle się poczuł.
Ula zerwała się z miejsca, a za nią Marek. Józef rzeczywiście nie wyglądał najlepiej. Był blady a grymas na jego twarzy świadczył o odczuwanym bólu.. Widać zbyt dużo emocji oraz nadmierny wysiłek sprawiły, że schorowane serce przypomniało o swoim istnieniu.. Marek zdecydował, że trzeba wezwać pogotowie. Ula koniecznie chciała pojechać z nim do szpitala, mimo, że Alicja obiecała o wszystko zadbać. Zanim dotarli na miejsce, Józefowi już przeprowadzano badania. Okazało się, na szczęście, że to nic groźnego, ale przez kilka dni będzie musiał zostać na obserwacji.
No właśnie -”dobrze, jak nie za dobrze” – pomyślała Ula Wtedy zawsze coś nieoczekiwanego się zdarzy.
Musieli jeszcze wrócić na salę. Zniknęli przecież tak niespodziewanie, ale na zabawę już nie mieli ochoty.
Do domu wracali nad ranem. Postanowili, że Ala przenocuje u nich, a kiedy wypoczną, ona pojedzie do szpitala, a oni po Beatkę do Szymczyków.
Józef spędził w szpitalu na szczęście tylko cztery dni, ale wszyscy zgodnie orzekli, że musi pojechać do sanatorium, żeby się trochę podkurować. Nawet słyszeć o tym nie chciał.
- Co wy macie za pomysły. Przecież ja się dobrze czuję, a wtedy, to sobie po prostu za dużo poskakałem. Zapomniałem przy Alicji, że nie dla mnie takie harce.. Ja do sanatorium? A co z Beatką? Ala do późna w pracy. Przecież dziecko nie może cały czas siedzieć u Szymczyków.
- Beatkę zabierzemy do siebie – niespodziewanie odezwał się Marek
- Jak to, przecież wy też pracujecie..
- Poradzimy sobie. Na pewno nie zostawimy jej bez opieki. Zresztą, Ala, w tym czasie też może u nas zamieszkać. Miejsca jest dużo, a w trójkę będzie nam jeszcze łatwiej zająć się Beatką.
Późnym wieczorem, Ula weszła do gabinetu, gdzie Marek jeszcze pracował. Położyła głowę na jego ramieniu.
- Dziękuję ci, kochanie.
- Tak? A za co?
- Za tatę, za Beatkę, za Alę. Przecież nie musiałeś.
- Ale chciałem. Przecież to moja rodzina, prawda?
- Jestem bardzo szczęśliwa.
- Wiem. – roześmiał się.
- I kocham cię.
- Wiem
- Wiem, że wiesz. Ale nie wiesz, że idę teraz do sypialni i będę na ciebie czekała, bo…
- Bo?
- Dowiesz się, jak przyjdziesz.
Już przy drzwiach posłała mu jeszcze całusa. To było tak uwodzicielskie, że dalsze skupienie na pracy okazało się zbyt trudne…


( ciąg dalszy, to chyba nie jest już dobry pomysł…)



Marek Dobrzański cz. I - analiza wg Kaput

Marek Dobrzański po raz pierwszy pojawia się w serialu pewnego wczesnego rana, wychodząc z windy. Uprzejmie wita się ze sprzątaczką i ze spokojem można by było założyć, że spędził tę noc na uczciwej pracy. Mimo to, każda z nas obserwująca ten pierwszy odcinek dobrze wie, że to co odbywało się w jego gabinecie tej nocy dalekie było od pracy. Skąd ta pewność. Cóż, może to ten diablik w oczach, ale widok atrakcyjnej blondynki nie jest dla nas zaskoczeniem. Nie dziwi nas też fakt, że ten przystojny i zadziorny mężczyzna ma również narzeczoną. Dobrzański junior już od samego początku czarował żeńską część widowni swoim wdziękiem, jednak czy ten chłopięcy czar wystarczył abyśmy przymknęły oko na jego bezczelne i chamskie wybryki? Nie. Dlaczego więc tak bardzo polubiłyśmy tą postać od samego początku? Ponieważ oprócz cech, które wyżej wymieniłam posiadał on jeszcze jedną, najważniejszą: dobre serducho. Pokazał nam je stosunkowo wcześnie, bo już w odcinku w którym przyjechał do Uli, przeprosić ją za swoje zachowanie i każda kolejna jego konfrontacja z nieurodziwą asystentką tylko potwierdzała nasze przypuszczenia. Marek Dobrzański, zawodowy Casanova i bezbłędny kłamca, był w rzeczywistości całkiem sympatycznym człowiekiem. Oczywiście minęło troszkę czasu zanim nastąpiły w nim pierwsze zmiany, jednak niewątpliwie miał na to wpływ dobry wzorzec, który ukazała mu właśnie Cieplakówna. Trudno jest wskazać moment przełomowy, uważam, że Marek zmieniał się bardzo powoli. Małymi kroczkami przemierzał ogromne dystanse i niespodziewanie osiągnął coś, czego się nie spodziewał, dojrzałość. Sama nie wiem, kiedy dokładnie pojawiła się miłość. Co było tym momentem przełomowym. Marek sam powiedział, że zdał sobie sprawę z tego co łączyło go z Ulą dopiero nad Wisłą, ale nie zaprzeczał, że to istniało pomiędzy nimi wcześniej. Dlaczego nie zdał sobie sprawy, że to miłość? Najwyraźniej dlatego, że nigdy nie znał tego uczucia w żadnej formie. Jego wcześniejsze spotkania z płcią piękną, były zawsze burzliwe i niespodziewane. Szybko pojawiały się, ale równie niespodziewanie przemijały. To były zwykłe namiętności, nigdy nie było w nich zaangażowania emocjonalnego. Prawdopodobnie dlatego też, pomylił to co łączyło go z Pauliną z miłością. Ona była dla niego zawsze czymś więcej niż tylko kolejną dziewczyną. Znali się od małego, żyli jak rodzina. Na pewno między nimi pojawiła się pewnego rodzaju zażyłość, czułość. Kochał ją, ale nie jak kobietę, ale jak członka rodziny. Troszczył się o nią, lubił, była mu bliska a do tego jeszcze pociągała go fizycznie. Czuł do niej więcej, niż do jakiejkolwiek innej kobiety, dlaczego więc w jego mniemaniu nie miało to być miłością? Potem dopiero zjawiła się Ula i przewróciła cały jego świat do góry nogami. Sprawiła, że całkowicie przewartościował swoje życie i zaczął dostrzegać co jest naprawdę ważne. Dlatego przestał zdradzać Paulinę, dlatego w trakcie zaręczyn wspomniał o wspólnym podejmowaniu ważnych decyzji. Być może podświadomie chciał upodobnić ich relacje do tej, której dzielił z Ulą. Ale to może już być nadinterpretacja z mojej strony ;p. Nagle jego życie zaczęło układać się wspaniale. Był prezesem wielkiej firmy, jego związek z narzeczoną zaczął wyglądać tak jak powinien i miał wspaniałą przyjaciółkę dzięki której, czuł że znalazł swoje miejsce. Łatwiej było mu wytrzymać otaczający go fałsz, gdy towarzyszyło mu to małe światełko, które pozwalało odetchnąć. Wielokrotnie zastanawiałam się, co by było gdyby Ula wtedy go nie pocałowała? Jak długo jego uczucia leżałyby skrywane pod dywanem? Może dopiero definitywne postanowienie Uli o porzuceniu pracy przekonałoby go o tym co czuje, a może jakiś mężczyzna, którego często widywałby u jej boku. Jednak twórcy poszli w tą stronę i poukładane życie Marka bardzo szybko zmieniło się w totalny chaos. Zagubił się po raz kolejny w swoim życiu i sam tak naprawdę nie wiedział w którą stronę miał pójść. Tylko jednego był pewien, nie chciał aby Ula zniknęła z jego życia. Ani przez chwilę nie zastanowił się nad tym, dlaczego jej obecność była dla niego taka ważna, a szkoda, bo może udałoby się im uniknąć tego całego cyrku. Jego oszustwa były wynikiem niezdecydowania, ale również niemożności zrozumienia pewnych rzeczy. Kontynuował więc swój „romans” z brzydulą, licząc że sprawy same się jakoś rozwiążą. Ale te coraz bardziej się gmatwały, a on sam sobie pod nogami wykopał dół. Ich relacje już od samego początku były czymś więcej niż przyjaźnią, niewystarczająco niewinne aby być uznane za rodzaj braterskiej miłości. Marek zaczął postrzegać Ulę jako kobietę, dbał o nią i chronił przed całym światem. Nigdy o nikogo nie walczył tak jak o nią, co miało miejsce w trakcie trwania całego serialu. Wtedy przyszedł ten moment na Wisłą, to spojrzenie w oczy i już coś zaczęło mu świtać. Potem było już tylko lepiej, oboje fruwali nad ziemią, do tego stopnia, że Marek zapomniał o tej całej intrydze. Oczywiście dalej chciał aby zafałszowała raport, ale nie było mowy o ślubie z Pauliną. Ta decyzja nie była dla niego łatwa, jednak dyskomfort jaki odczuwał przy Paulinie wyraźnie mówił, że on tego ślubu nie chce. Wtedy jednak Ula utraciła do niego zaufanie, a on nie potrafił o nią zawalczyć. Przy innych kłamał doskonale, popisywał się elokwencją i tanimi sztuczkami, jednak przy niej tracił głowę. Tak było zawsze, nawet zanim coś na dobre zaczęło się między nimi dziać. Jej opinia była ważna, chciał być z nią szczery, ale nerwy zawsze plątały mu język. Wyjechała, zostawiając go samego. Prawdopodobnie wtedy zdał sobie sprawę z tego jak wiele znaczy dla niego ta nieurodziwa, naiwna dziewczyna. Jego życie było jak kolorowanka, którą wypełniła Ula. Dopóki jej nie było radził sobie, był szczęśliwy, bo nie wiedział co go omija. Ale ona dała mu poczucie spełnienia. Radość, której nie uświadczył niegdzie indziej i z nikim innym. To co ich łączyło nie miało szans już się powtórzyć. To była miłość, taka, która zdarza się raz na milion przypadków. A kiedy już się trafi, nie sposób już wyobrazić sobie bycia z kimkolwiek innym. Nie miał niczego, a potem dostał wszystko i zaprzepaścił to przez własną głupotę. Czy może być coś gorszego od tej świadomości? Chyba nie.

niedziela, 3 stycznia 2010

„Piotr Sosnowski – ideał faceta czy zwykły psychopata?” wg Neni

Od pierwszego momentu, gdy spotykamy Piotra, możemy mieć wątpliwości co do jego osoby. Niby miły, poczciwy żartuje, kiedy trzeba, uratuje życie… Ale z drugiej strony jego żarty nie są śmieszne, pośladek po ratującym życie zastrzyku boli tak, że nie można usiąść, a doktorek ma czelność oceniać innych, zupełnie ich nie znając. To jaki w końcu on jest?
Kiedy poznaje Ulkę, ona ma świeżo złamane serce. Wyjechała zapomnieć o Marku, nie myśleć o sercowych problemach. Piotr zostaje jej powiernikiem, Ula uzewnętrznia się przed nim trochę z braku zajęcia – cóż innego można robić całymi dniami na mazurskim odludziu? A on wydaje się być, mimo wszystko sympatyczny i – co w tej chwili dla Uli najważniejsze – prawdomówny. Tylko czy tak naprawdę potem ta jego prawdomówność okazuje się być autentyczna? Niezupełnie.
Owszem, Piotr nie oszukuje Uli co do swoich uczuć. Nigdy nie robi jej nadziei na coś, czego sam nie jest pewien. W kwestii ich planowanego wyjazdu do Bostonu mówi prawie wprost, że po prostu chce Ulkę uwięzić w domu, jako swoją prywatną niewolnicę Isaurę. A w niedoszłym wyjeździe na żagle miała robić za obieraczkę do ziemniaków. Piękne perspektywy.
Ale spójrzmy też na te momenty, gdy w prawdomówność Piotra zwyczajnie nie da się nie wątpić. Słynny przypadek nieporozumienia w kwestii targów. Piotr, wiedząc dokładnie, co powiedział, widząc radość Uli, rozumie, że ona przypisuje mu coś, czego wcale nie zrobił. Wystarczy spojrzeć na jego wyraz twarzy w scenie po “spontanicznym przytulasie” w odcinku 204. Ale dopóki Ula sama nie porusza tematu, nie ma najmniejszego zamiaru niczego naprostowywać.
Idźmy dalej, kwestia bójki. Czy rzeczywiście Piotr słyszał, jak Marek i Seba dyskutują na temat klubów i podrywów? Nie sądzę. Na tym etapie obaj byli już przecież mocno skoncentrowani na zdobyciu serc swoich ukochanych. Twierdzi też, że to nie on zaczął bójkę, tylko kiedy przyjrzeć się tej sytuacji, to on wykonał pierwszy ruch.
Były także inne momenty, kiedy Piotr rozminął się z prawdą. W odcinku 199 okłamuje Ulę, twierdząc, że proponowana przez nią godzina spotkania idealnie
mu pasuje. Jednocześnie krzywi się, a zaraz potem dzwoni do kolegi, odwołując umówione wcześniej spotkanie. Rozumiem, że chciał się spotkać z Ulą, ale czy nie mógł powiedzieć szczerze, “Zobaczę, czy dam radę i oddzwonię”? I dopiero z czystym sumieniem powiedzieć, że może się z nią zobaczyć? Albo sytuacja z odcinka 206. Piotr mówi Ulce przez telefon, że się spieszy. Ale jakoś nie przeszkadza mu to w przejściu ze trzy razy tym samym fragmentem chodnika, w te i we wte.
Osobiście mam też pewne wątpliwości, czy Piotr potrafi w ogóle kochać, czy wie, co to jest miłość. Kwestia jego małżeństwa raczej nie jest czymś, za co należy mu się szacunek. Pokój w akademiku wydaje się być nawet gorszą wymówką do ślubu, niż wspólna firma, dla której chciała wyjść za mąż za Marka Paulina. Aż takie były z nich pączki nierozłączki, że musieli mieć wspólny pokój? Ludzie, bez przesady.
No i kim tak naprawdę jest dla Piotra Ula? Miłością życia? Dziewczyną do zaliczenia? Potencjalną kurą domową? Według mnie, opcja numer trzy jest najbliższa prawdzie. Ula jest niezłą partią, jest sympatyczna, dobra, wykształcona, mądra. Po metamorfozie dochodzi jeszcze epitet “piękna”, a później zostaje panią prezes. Czego chcieć więcej od przyszłej żony. No, może miłości, ale najwyraźniej, przez całkiem długi czas, brak tego drobiazgu Piotrowi za bardzo nie przeszkadza. Zakładam, że wychodzi z tego samego założenia, co sama Ula – że z czasem miłość przyjdzie. Tyle że kiedy u Ulki możemy to zrzucić na próby okłamania samej siebie, tak Piotr, jaką ma wymówkę, żeby w coś takiego wierzyć? Chyba tylko taką, że o miłości nie ma zielonego pojęcia.
A z całą pewnością Piotr przez cały czas widzi, dla kogo bije Ulkowe serduszko. Nie olśniło go przecież pod sam koniec, kiedy powiedział to Markowi. Tamta rozmowa z Dobrzańskim była trochę jak ogłoszenie swojej klęski – “Nie udało mi się jej w sobie rozkochać, to ją sobie weź, bo ona kocha ciebie”. To znaczy, na pewno nie wyraził tego tymi słowami, ale uważam, że mniej więcej to wtedy chodziło doktorkowi po głowie. Tylko że nie mógł tego powiedzieć, bo on zawsze zachowuje się tak, jak należy.
Istnieje także jeszcze jedna kwestia – czy Piotr ma zdrowe podejście do Uli. Bo przejawia pewne zachowania, które można by uznać za obsesyjne. Od pewnego momentu ciągle ją przywozi i odwozi do pracy, a przecież nie musi. To raczej próba kontrolowania jej każdego ruchu, żeby ani na sekundę nie spuścić jej z oczu. A scena z odcinka 226, w której Piotr ewidentnie czeka pod firmą, by upewnić się, że Ula nie wychodzi na lunch z Markiem, że go nie okłamała? Kiedy Marek wychodzi z budynku z Sebą, na twarzy Piotra pojawia się chytry uśmieszek. Zdaje się, że Piotr ma problem z zaufaniem Cieplakównie.
Pozostaje jeszcze sprawa zrzucenia na Ulę odpowiedzialności za życiową decyzję. Piotr jest chyba po prostu zbyt niedojrzały nie tyle, żeby sam ją podjąć, ale żeby rozumieć, dlaczego powinien zrobić to sam. Bo jaki jest sens w oczekiwaniu, że dziewczyna, którą zna ledwie miesiąc, z którą niewiele go łączy, powinna zdecydować za niego w tak kluczowej dla jego życia sprawie? W podejmowaniu takich decyzji mogłaby mu pomagać żona, narzeczona, wieloletnia życiowa partnerka, ale nie dziewczyna, która nawet nie jest jego dziewczyną! Piotr nie dostrzega – albo nie chce dostrzec – że praktycznie jedynym tematem, który pojawia się w ich rozmowach jest Marek, ewentualnie firma. To na pewno nie wystarczyłoby im podczas rocznego pobytu we dwoje w obcym mieście.
Ośmielę się też stwierdzić, że zachowanie Piotra to w dużej mierze próba bycia jak najbardziej stosownym. Próbuje się przypodobać Józefowi, zyskać jego błogosławieństwo. Przy Violetcie zawsze jest miły i czarujący. Tylko kiedy nikt na niego nie patrzy, nie sprawia już tak sympatycznego wrażenia – spójrzcie na jego wzrok w kierunku Marka w odcinku 212, kiedy to widzi go razem z Ulą. Gdyby spojrzeniem dało się zabijać, musiałybyśmy opłakiwać Marka. Tak samo jak nie ma Uli, gdy chłopaki grają w kosza. Wtedy Piotr może sobie pozwolić na odrobinę brutalności – w końcu czego by jej Marek nie powiedział, Ula i tak w to nie uwierzy, prawda?
Nie jestem też w stanie ocenić pozytywnie jego zachowania w odcinku 235. Twierdzenie, że byli umówieni, było sporym niedopowiedzeniem. Zresztą, parokrotnie to, co mówił, mimo że brzmiało jak pozostawianie decyzji Uli, tak naprawdę nie zostawiało jej możliwości wyboru. Co to ma znaczyć “Zastanów się i przyjedź”? Bo gdyby naprawdę chciał, żeby się zastanowiła, czy nie powiedziałby “Zastanów się i zrób, jak uznasz za słuszne”? Nie wiem tylko, czy zadziałała tu jego głupota, ślepota, czy zwykły tupet.
Może Piotr miał być postacią pozytywną. Może Ula widziała w nim swego rodzaju ideał – bo cóż innego miała widzieć, skoro chciał, by takim go widziała, a ona chciała wyleczyć się z Marka za wszelką cenę? Ja nie widzę w nim praktycznie nic pozytywnego – jest hipokrytą i podejrzewam, że gdyby Ulka wybrała jego, szybko okazałoby się, że jest zwyczajnym męskim szowinistą, który zamknąłby ją w domu, jak w klatce, żeby mu prała, sprzątała i gotowała.

sobota, 2 stycznia 2010

Najpiękniejsze perełki....

....czyli ranking 10 wg Was najlepszych powiedzeń, tekstów i myśli bohaterów "BrzydUli"

1. "Dobrze jak nie za dobrze....a raczej niedobrze jak za dobrze..." - Ula
2. "Nie ma nic ważniejszego niż miłość." - Viola
3. "Starość nie radość, dropsy nie tik-taki..." - Pshemko
4. "Mężczyźni są po to, żeby zaskakiwać." - Adam
5. "Brzydule wszystkich krajów łączcie się." - Adam
6. "- Co ma fala?
- Fala ma czoło. Krzywiznę. Grzbiet z morskiej piany.
- Fala ma falować!" - Pshemko i Iza
7. "Lepsze jest wrogiem dobrego." - Aleks
8. "Z kobietami źle, ale bez nich jeszcze gorzej." - Sebastian
9. "Związki oparte na przyjaźni są trwalsze...i szczęśliwsze." - Paulina
10. "Czasami prawda nie jest najlepszym rozwiązaniem." - Marek

to według mnie 10 najlepszych...a jakie są Wasze?