Po wyjściu od Pshemko, Marek wszedł do swojego gabinetu, rzucił rzeczy na kanapę, usiadł na fotelu, potarł czoło dłonią, a następnie ukrył twarz w dłoniach. Potrzebował chwili skupienia, zanim zacznie działać. Do tej pory wiedział jedynie, że zawaliła się nowa kolekcja i to totalnie. Tak, że już nic nie ma do zrobienia. Ale jednak “coś” trzeba zrobić. Ale co? “Przecież się tak łatwo nie poddam. Nie mogę. Na pewno jest jakieś wyjście z tej sytuacji i ja muszę je znaleźć. Chociaż raz samodzielnie. Od początku do końca. Muszę to zrobić, inaczej nigdy się od tego nie uwolnię, już zawsze będę przywiązany… Zadzwonię do tej szwalni. Może w końcu się z kimś dogadam”. Wyszukiwał numer na komórce, kiedy ta zadzwoniła. Ze zdziwieniem stwierdził, że to dyrektor szwalni.
- Dzień dobry, panie prezesie, dzwonię do pana, bo telefon w sekretariacie ciągle zajęty…
- Bardzo dobrze, że pan dzwoni. Musimy porozmawiać.
- Właśnie, też tak uważam. Prototypy kolekcji dotarły?
- Dotarły, ale…
- Panie prezesie, terminy napięte, kiedy dostaniemy pozostałe materiały, bo inaczej nie ręczę, że wyrobimy się z kolekcją na czas.
- Nie rozumiem. Z tego, co wiem, dostaliście wszystkie potrzebne materiały, tylko…
- Panie prezesie. Materiały były pomylone. Nie wiem, czyja to wina, wasza, czy dostawcy, ale to nie moja sprawa. Ja tylko panu mówię, że brakuje nam materiałów na skończenie szycia, ale za to sporo innych nam zostało. Widocznie miały pójść gdzieś indziej, a przysłaliście do nas. Możecie je odebrać, albo ja wyślę, jak mi pan powie, gdzie.
- Przyznam, że nie bardzo rozumiem…
- Nie dziwię się. Jak się człowiek pomyli, to na ogół o tym nie wie. Oczywiście, nie twierdzę, że pan osobiście, ale ktoś z pańskiej firmy lub jakiś kooperant. W każdym razie, trzeba to wyjaśnić, bo inaczej nie wywiążę się z umowy i nie będzie to moja wina.
- Panie dyrektorze… kiedy zorientowaliście się, że dostaliście nie te materiały?
- Jak już uszyliśmy mniej więcej połowę kolekcji, czyli gdzieś przedwczoraj. Wczoraj upewniliśmy się, że materiałów faktycznie nie wystarczy i dzisiaj dzwonię.
- Więc chce pan powiedzieć, że jeszcze macie do uszycia połowę zamówienia?
- Około. Tak, można powiedzieć, że połowę.
- To jak pan zamierzał wyrobić się z tym w ciągu pięciu dni?
- Panie prezesie, to moja sprawa, czy bym się wyrobił, czy też nie. Ale i tak nie mogę, mimo szczerych chęci, bo nie ma takich materiałów, jakie są potrzebne.
- Panie dyrektorze, niech pan przestanie robić ze mnie idiotę. Dostał pan właściwe ilości materiałów…
- Ilości może i były właściwe, ale mówię panu, że rodzaje były nie te…
- Byłyby te, gdyby uszył pan kolekcję zgodnie z wzorami.
- Ale ja szyłem zgodnie z wzorami.
- Ubiegłorocznymi.
- A co mnie obchodzi, jakimi? Ja szyję zgodnie z zamówieniem. Nie jestem od tego, żeby zastanawiać się, co klient zamawia.
- Ale właśnie o to chodzi, że uszył pan niezgodnie z zamówieniem.
- O nie, wypraszam sobie. Całkowicie zgodnie.
- Ale tłumaczę panu, że to było ubiegłoroczne zamówienie. Też je realizowaliście. Pewnie zostały wam stare wzory i coś się komuś pomyliło.
- Panie prezesie. Stare wzory odesłaliśmy wam po zakończeniu szycia. Dobrze pan wie, że taka jest procedura.
- Ale mogło coś zostać, jakieś kopie na przykład.
- Nie przechowuję wzorów ani kopii. Odesłaliśmy wam, a gdyby jakaś kopia przez przypadek została, to kazałbym ją zniszczyć.
- Takie są zasady, ale w praktyce różnie bywa.
- Dobrze, nie kłóćmy się. Ja jestem czysty. Uszyliśmy według wzorów, które dostaliśmy w tym roku i mogę to panu udowodnić.
- Czyli chce pan powiedzieć, że takie wzory dostał pan w tym roku?
- Właśnie tak.
- I nie zwrócił pan uwagi?
- Ja nie oglądam wszystkiego osobiście.
- Ale ktoś z personelu?
- Mam dużą rotację. Wie pan, teraz trudno o dobrych rzemieślników.
- Tak, tak, wiem, wyjechali do Anglii.
- Właśnie, sam pan rozumie. Z tych, którzy szyli w ubiegłym roku, praktycznie nikt już nie został. Dobrze, że jakoś firma mi się kręci, mimo wszystko.
- Tak. Rozumiem. I co? Kiedy się zorientowaliście?
- Właśnie tłumaczę panu. Zaczęliśmy szyć, materiały się powtarzały, kolory też, więc szyliśmy, dopóki starczyło. Dopiero, jak zabrakło wzorów, kierownik przyszedł do mnie z tą sprawą. I co ja mam teraz zrobić?
- Proszę mi dać trochę czasu. Zadzwonię do pana.
- Ale będziemy dalej szyć?
- Tak. Proszę się nastawić na skończenie kolekcji.
- Dobrze. Ale nie mogę długo czekać. Wie pan, przestojowe.
- Dobra, dobra. Też pan do końca nie jest taki czysty, więc niech mi pan nie mówi o przestojowym.
- Panie prezesie, przecież tyle lat współpracujemy, to jakoś dogadamy się, żeby wszyscy byli zadowoleni, nie?
- Tak. Oddzwonię do pana.
“Więc to my? Ale kto? Jak to możliwe? Jakim cudem? Muszę się dowiedzieć, czy to prawda” – Marek wpadł jak burza do pracowni. Pshemko siedział na fotelu, z wzrokiem utkwionym w przestrzeń. Iza i Wojtek siedzieli na stole kreślarskim. Nikt się nie odzywał.
- Rozmawiałem z dyrektorem szwalni.
- I co? Uderzył się w piersi? – zainteresował się Pshemko.
- Z lekka. Ale on twierdzi, że takie projekty dostał od nas.
- Owszem. W zeszłym roku.
- Twierdzi, że w tym.
- Bezczelny typ. My nie potrafimy odróżnić własnych projektów…
- Pshemko, może sprawdźcie, co?
- Marku, posądzasz nas…
- Nie, Pshemko, nie. Ale trzeba udowodnić temu “dyrektorowi”, że usiłuje nas w coś wrobić.
- Tato, ja sprawdzę – Wojtek zszedł ze stołu i poszedł w kierunku szafy z wzorami.
- Jak chcecie – Pshemko wzruszył ramionami – proszę bardzo. Chociaż nie wiem, na co tracimy czas.
Marek podszedł do szafy i wspólnie z Wojtkiem wyjęli stertę tek z wzorami. Jako druga z kolei leżała ta z ubiegłoroczną kolekcją.
- Zobaczmy, co tam jest – Marek wziął tekę, położył na stole i zajrzał do środka – Wojtek, chodź, zobacz.
Wojtek przez chwilę patrzył w osłupieniu. W tece opisanej jako zeszłoroczna, znajdowały się wzory aktualnej kolekcji. Podniósł wzrok, spojrzał na Marka, przez chwilę patrzyli na siebie. Marek obiema rękami dotknął skroni i stał jak wmurowany w podłogę.
- No, to ładnie. Super.
- Co się stało? – zapytał Pshemko.
- Sam zobacz – Wojtek wskazał ręką na wzory.
Pshemko podszedł, spojrzał i również zaniemówił. Iza także podeszła.
- Panie Przemysławie, to się zdarza.
- Niech mnie Izabela nie pociesza. To się nie zdarza. To MNIE się zdarzyło. Ja jestem za to odpowiedzialny.
- Pshemko, ty?
- Tak, Marku. Ja osobiście dałem kurierowi wzory do wysłania.
- Ale ktoś inny mógł je podmienić… to znaczy pomylić teczki – cicho wtrąciła Iza.
- Kto? Izabela?
- Nie pamiętam.
- Wojtek?
- Też nie pamiętam.
- Albo ja. Też nie pamiętam. Nikt inny nie mógł tego zrobić. Przecież nikt poza nami do tego nie zagląda. A nie będę mówił, że ktoś to specjalnie zrobił.
- Nie, Pshemko, nikt specjalnie by tego nie zrobił. Dajmy już spokój. Pomyłka i tyle. Przecież nie dojdziemy, kto. Zresztą, to i tak nie ma znaczenia, bo nawet gdybym wiedział, kto, to i tak nikogo nie obciążę takimi kosztami.
- Tak, Marku. Wszyscy wiemy, jaki jesteś szlachetny. Ale to ja odpowiadam za pracownię, ja dałem wzory do wysłania i to jest moja wina. Powinienem był zobaczyć, co jest w teczce.
- Pshemko, to już teraz nie jest ważne. Musimy pomyśleć, jak z tego wybrnąć. Nie jest aż tak źle. Na szczęście uszyli tylko połowę tej ubiegłorocznej kolekcji, bo dalej materiały im się nie zgadzały.
- No tak, to moje zamiłowanie do wypróbowanych materiałów wysokiej jakości i do klasycznych wzorów…
- Właśnie. Dlatego część materiałów ocalała i powinno wystarczyć przynajmniej na pokaz i być może pierwszy rzut do sklepów. Więc tak – Marek chodził po pracowni – trzeba tam natychmiast pojechać, zawieźć im te wzory, odebrać stare i zobaczyć, co się da uszyć z tego, co im zostało.
- Ja pojadę – Wojtek sięgnął po kurtkę.
- Już?
- Przecież nie ma czasu do stracenia.
- Więc jedź. I natychmiast dzwoń do mnie, jak będziesz na miejscu. Tu masz numer do dyrektora, po drodze umów się z nim.
- Dobra, lecę – Wojtek wziął wzory i szybko wybiegł z pracowni.
- Tak. Więc to już wiemy. Ale co dalej? Tak, czy siak, musimy dokupić materiałów. Nie wiemy jeszcze ile, ale dokupić musimy. Pshemko – spojrzał na mistrza – ale ja nie gwarantuję ci, że to będzie dokładnie to, czego chcesz.
- W tej sytuacji, to mnie jest już wszystko jedno. Byle trzymało jakieś normy.
- Nie będziesz się sprzeciwiał?
- Masz mnie za wariata?
- Nie. Ale teraz muszę się zastanowić, skąd wziąć pieniądze.
- Ja dam.
- Daj spokój.
- To moja wina, więc nie kłóć się ze mną.
- Masz takie zasoby?
- Nie mam. Wezmę kredyt na hipotekę domu.
- A mistrz ma ustanowioną hipotekę? – spytała Iza.
- Nie mam.
- A wie mistrz, ile to może potrwać? Ustanowienie hipoteki, a potem wzięcie kredytu?
- Nie wiem. Ale zaczynam domyślać się, że chyba za długo?
- Za długo. Zdecydowanie za długo. Prawda? – Iza spojrzała na Marka.
- Tak. To nie jest dobry pomysł w tym momencie.
- To ja już nie wiem.
- Dobrze. Wy tutaj próbujcie coś zdziałać, a ja idę rozejrzeć się na pieniędzmi.
- Ale co my tutaj mamy do roboty? Nic.
- Oj, mistrzu. Jest praca. Modelki zaraz przychodzą. Ubierzemy je w to, co mamy i przynajmniej jakąś próbę zrobimy.
Pozostało czekać na telefon od Wojtka z informacją, ile materiałów potrzeba. Od tego zależy, ile kasy musi znaleźć. Ale ta informacja przyjdzie dopiero za parę godzin. Do tego czasu musi się zastanowić, skąd ją wziąć. Marek wiedział, że i tak będzie to kwota zbyt wysoka, aby mógł ją całkowicie zabezpieczyć z posiadanych przez firmę zasobów finansowych. W firmie, jak zwykle, nie było rezerw. Zawsze funkcjonowali praktycznie “na styk” lub na niewielkim plusie. Ostatnio trochę się poprawiło, jednak nie na tyle, żeby można było mówić o odkładaniu pieniędzy na “czarną godzinę”. Z kredytami też raczej nie wyjdzie – ciągle jeszcze spłacali te zaciągnięte przez Ulę parę lat temu. “Może Aleks coś ma? W końcu, sprzedał firmę we Włoszech, więc może mu coś zostało? Że też akurat teraz musiał wyjechać. Miałbym brać pieniądze od Aleksa? Dlaczego nie? W końcu, to też w połowie jego firma, a tym razem nie chodzi jednak o moje błędy, więc mogę spytać. Tyle tylko, że on wróci wtedy, gdy już będzie za późno. Dobra. Muszę coś zrobić. Pieniędzy i tak na razie nie skombinuję, więc trzeba czekać na informację od Wojtka, a później wziąć materiały i wynegocjować możliwie najdłuższy czas zapłaty. W ten sposób zyskam czas na zgromadzenie pieniędzy. W każdym razie, jest szansa, że znowu się uda. Muszę tylko zaryzykować, ale to już przecież całkiem nieźle mi wychodzi”. Zastanawiał się przez moment, a potem zadzwonił do Maćka.
- Cześć. Gdzie się teraz obijasz?
- Jestem we Wrocławiu.
- Tobie, to dobrze. Jeździsz sobie po Polsce i nie tylko.
- Nie narzekam. Ale, jak to się mówi, co za dużo…
- Tak. Maciek, jest sprawa. Będziemy potrzebować dokupić materiałów, tych, z których szyją kolekcję. Chciałbym, żebyś skontaktował się z dostawcą, najlepiej osobiście i wynegocjował szybką dostawę z możliwie długim okresem zapłaty.
- Jak szybką?
- Natychmiastową.
- No, no, podnosisz poprzeczkę.
- Nie ja. To mnie ciągle ktoś podnosi poprzeczkę. Więc co?
- Rozumiem, że to pilne.
- Dobrze rozumiesz. Brakuje nam materiałów na skończenie kolekcji.
- Jak to?
- Proszę cię, nie mam już siły o tym mówić. Chodzi o to, że Pshemko wysłał przez pomyłkę ubiegłoroczne wzory i oni według nich uszyli ciuchy, zużywając mniej więcej połowę materiałów.
- Więc jesteśmy w plecy za połowę materiałów? Nieźle.
- Prawdę mówiąc, to liczę na ciebie, że uda ci się odzyskać możliwie najwięcej, jak się da.
- No tak. Mam sprzedawać starą kolekcję.
- W końcu jesteś tym dyrektorem od marketingu, nie? To co masz robić, jak nie sprzedawać?
- Dyrektor, to powinien siedzieć w gabinecie i podpisywać papierki. A ja włóczę się po Polsce.
- Możemy się zamienić.
- Chciałbyś…
- A żebyś wiedział, że chciałbym.
- Dobra. Tu już właściwie skończyłem, to zajmę się tą dostawą. Ale kiedy się dowiem, ile czego trzeba?
- Za parę godzin. Czekam na informację od Wojtka. Już jest w drodze do szwalni. Ty się zorientuj, co i jak. Aha, Maciek. Daję ci wolną rękę. Jeśli nie będzie tego, co chcemy, weź kup coś zbliżone. Najważniejszy jest czas. Ale, oczywiście, musi trzymać normy, jak powiedział Pshemko.
- No, no. To teraz mam szansę poczuć się jak sam mistrz. Ja decyduję, w czym będą chodzić elegantki.
- Każdemu raz w życiu może coś się przytrafić. Nie szalej za bardzo.
- Pshemko się zgodził na to?
- Co miał się nie zgodzić? Siedzi cichutko i jest mu już wszystko jedno. Zawalił, to się nie odzywa. Zadzwoń, jak się skontaktujesz z dostawcą. Cześć.
- Cześć.
“Dobra. Kolejna sprawa rozkręcona. Co dalej? Co mogę dalej zrobić? Czekać na informacje? Nie wytrzymam. Czas. To jest problem. Co zrobić z tym czasem, który w każdej sekundzie ucieka. Przenieść się do Honolulu. Zyskam dobę.”
- I jak? Pshemko się uspokoił? – Ula weszła do gabinetu i wyrwała go z zamyślenia.
- Tak… tak. Uspokoił – Marek podniósł głowę i spojrzał na nią trochę nieprzytomnym wzrokiem.
- Więc co masz taką minę? – podeszła bliżej do biurka.
- Bo jest gorzej, niż myślałem.
- Bardzo źle?
- Dosyć źle. Ale spokojnie, Ula, tylko się nie denerwuj. Jest źle, ale nie beznadziejnie.
Widząc napięcie na twarzy i w oczach Uli, podniósł się z fotela, podszedł do niej i wziął za rękę. Stała lekko spięta, więc objął ją delikatnie, przytulił i pocałował w czoło.
- Jeszcze nie koniec FD. Nie tym razem. Jeszcze trochę przetrwamy.
- Marek, przecież Iza mówiła, że uszyli starą kolekcję.
- Ulka, a ty wszystko załatwiłaś?
- Nie. To znaczy, przeciągnęłam sprawę do jutra. Facet był niezadowolony, ale udało mi się go przekonać.
- Ula, po co? Przecież nie ma powodów.
- Marek, co ty mówisz. Jeśli nie będzie kolekcji, to co chcesz reklamować?
- Będzie. Załatwimy, że będzie. Nie jest tak źle. Tylko połowę materiałów zmarnowali, reszta została. Wojtek już tam jedzie, Maciek ma skontaktować się z dostawcą. Kupimy brakujące materiały i uzupełni się. Najważniejsze, że zrobimy pokaz i powinno wystarczyć na pierwszy rzut do sklepów. Potem sukcesywnie będziemy dostarczać.
- Za co chcesz kupić? Z tego, co się orientuję, to nie bardzo jest za co.
- Wynegocjujemy u dostawcy dłuższy termin zapłaty, coś się w międzyczasie sprzeda…
- A jeśli się nie zgodzi?
- Zobaczymy. Wtedy będziemy się martwić. Jakoś damy radę.
- “Jakoś”. Jak zwykle. Dlaczego mnie to nie dziwi?
- Zawsze się udawało.
- Tak. Ale zawsze może być ten pierwszy raz.
- Ulka, przestań martwić się na zapas. Póki co – nie jest tak źle. Coś się wymyśli.
- Jasne. Idziesz na lunch?
- Nie. Czekam na telefon.
- Nie musisz przy biurku.
- Ale trzeba szybko działać, więc wolę być w firmie.
- Może ci przynieść?
- Nie, pójdę do bufetu.
- To ja idę. A później wpadnę na chwilę na Violetty i wracam do domu.
- Dobrze.
- Aha. Pshemko spokojny, pomimo takiej afery?
- To on zawalił. Sam się przyznał. To znaczy, w pewnym sensie. Wysłał stare wzory, nie sprawdzając. Nie wiadomo, skąd się wzięły w teczce.
- Marek. Może powinnam iść z nim porozmawiać? Albo może jestem ci tu potrzebna?
- Nie. Tu w tej chwili nie ma nic do zrobienia. Muszę czekać.
Ula spojrzała na niego przeciągle i ze smutkiem w oczach.
- Myślałam, że chociaż jako podpora w ciężkich chwilach.
- Ulka. Wystarczy mi, że jesteś ze mną, nawet, jeśli nie przy mnie. Idź, nie ma sensu, żebyś tu siedziała. Dziękuję, kochanie – dodał.
Wyszła. Oczywiście, nie powiedział jej całej prawdy, że też się boi, że dostawca nie zgodzi się na przedłużenie terminu, a właściwie, to w ogóle nie wiadomo, czy będzie mógł zorganizować dostawę w tak krótkim czasie.
“Jakie szczęście, że nie pojechałem do tych Włoch. Gdyby Ula została sama z tym na głowie. Nie chcę nawet myśleć. Tyle razy wyciągała firmę z kłopotów, że teraz czas na mnie. Nie będę jej tym obciążał. Poza tym, potrzebna jest dziecku. Praca to jedno, a obciążenie problemami firmy, to coś zupełnie innego. Biorę to na siebie”.
W końcu doczekał się telefonu od Wojtka. Okazało się, że po dopasowaniu wzorów do zachowanych materiałów, można uszyć około 1/4 kolekcji. Oczywiście, zażądał natychmiastowego wznowienia szycia i dotrzymanie w tym wypadku zgodności wykonania z terminem pokazu. Wojtek przekazał w imieniu dyrektora, że wywiąże się z tego i nawet zapłatę za nadgodziny bierze na siebie – “w ramach dobrej współpracy” – jak nie omieszkał podkreślić.
Teraz Maciek. “Czekam na najważniejszy telefon od wielu lat” – pomyślał, spoglądając na zegarek. Ale nie wytrzymał i sam zadzwonił.
- Maciek? I co?
- Umówiłem się z gościem. Za pół godziny.
- Dobra. Do tego czasu dostaniesz mailem specyfikację zamówienia. Wojtek ci prześle bezpośrednio. Ja też dostanę, tak, że będziemy mogli rozmawiać. Dzwoń do mnie, kiedy będziesz na spotkaniu, gdyby były jakieś problemy.
- OK.
Znowu czekanie. Pół godziny. Chyba, że wcześniej dostanie specyfikację. Wtedy będzie wiedział mniej więcej, ile pieniędzy potrzeba. Później jeszcze ten dostawca. Znowu spojrzał na zegarek. Wziął laptopa i wyniósł do sekretariatu.
- Aniu, idę do bufetu. Obserwuj moją pocztę. Jeśli przyjdzie coś od Wojtka, albo od Maćka, to dzwoń do mnie natychmiast..
- Może ci przynieść coś z bufetu?
- Nie. Muszę się ruszyć.
Po drodze skręcił do Sebastiana.
- Cześć. Nie pokazujesz się przez cały dzień.
- Cześć. Dużo roboty. Jak zwykle, przed pokazem. Ale słyszałem, że ty też raczej nie miałeś spokojnego dnia?
- Chodź do bufetu. Mam pół godziny, nie będę tu stał, bo jestem głodny.
- No, dobra.
- Co nic nie mówisz – spytał Marek, gdy już znaleźli się przy drzwiach bufetu.
- Tak jakoś. Nie bardzo mi się chce.
- Viola?
- Tak.
- Świruje?
- Nawet mniej, niż myślałem, przynajmniej na razie. Ula dobrze wymyśliła z tą pracą.
- Więc?
- Żal mi jej, jak na nią patrzę. Smutno po prostu.
- Rozumiem.
- Nie mogę jej pomóc.
- Możesz. Jesteś przy niej, rozumiesz, że jest jej ciężko.
- Myślisz, że to wystarczy?
- A co możesz więcej?
- No, fakt. Nic.
W dość posępnym nastroju usiedli przy stoliku. Kiedy Ela podeszła, zamówili danie dnia i nadal się nie odzywając, czekali na posiłek.
- Co to za nowe kłopoty? Słyszałem, że sprawa jest poważna.
- Jest poważna. Ale nie mam już siły po raz dziesiąty mówić tego samego.
- Nie musisz. Alka dowiedziała się wszystkiego od Izy.
- No, to wiesz, jak jest.
- Wiem. Pakujemy się?
- Jeszcze nie. Powiem ci, jak będzie trzeba.
- No, bo potem mogę się nie dostać do windy.
- To pójdziesz schodami. Dobrze ci to zrobi.
Znowu milczeli. Ela przyniosła w końcu obiad i mogli czymś się zająć.
- To ile będziesz potrzebował?
- Jeszcze nie wiem dokładnie, ale dużo.
- ???
- Jakieś 3/4 wartości materiałów. Pod warunkiem, że szwalnia daruje mi zapłatę za szycie tej starej kolekcji. Ale pewny nie jestem.
- O, cholera. Nieźle.
- Nieźle.
- Co zrobisz?
- Jak się dowiem, to ci powiem.
- Jak zwykle.
- Jak zwykle.
Kolejna dłuższa chwila milczenia. Prawie skończyli obiad.
- Marek. Jak nie będzie nowej kolekcji, to wypadniemy z rynku i ciężko będzie wrócić. Zostanie wyprzedaż.
- Dziękuję za przypomnienie.
- Nie złość się. Chcę tylko wiedzieć, na czym stoimy.
- Będzie nowa kolekcja. Może część dostarczymy do sklepów z opóźnieniem, ale będzie.
- Skąd weźmiesz kasę?
- Wezmę.
- Czyli, jeszcze nie wiesz?
- Seba, odczep się.
- No. Kiedyś to były dobre czasy. Ulka kredyty brała. Popatrz, a nam się wtedy zdawało, że jest źle. Ale byliśmy głupi…
- Amerykę odkryłeś. Pewnie, że byliśmy głupi, a ja najbardziej.
- No. Przydałaby się teraz taka Ulka.
- Teraz, to nie dadzą jej kredytu. Zabezpieczenia nie ma.
- Też fajnie. Na jakąś jednoosobową firmę, która nie miała nic, dali jej miliony kredytu, a teraz, jako właścicielka 1/4 FD, nic nie dostanie.
- Podobnie, jak ja.
- Jednak trzeba było trzymać to ProS.
- Teraz, to i ja tak myślę. Ale wiesz, byliśmy tacy szczęśliwi, że możemy wszystko razem, wspólnie…
- No. I Maćka przygarnęliście na dyrektora.
- I jeden kredyt dzięki temu udało się FD spłacić…
- A teraz kryzys.
- A teraz kryzys.
- Przydałaby się jakaś Ula.
- Seba, co ty z tą Ulą ciągle. Sam dam radę.
- Nie wątpię.
Zjedzony obiad wcale nie poprawił im nastroju. Nie odzywając się do siebie, wrócili na piąte piętro.
- To ja idę do siebie. Powiedz, jak coś wymyślisz.
- Powiem.
“Tak, przydałaby się druga Ula. Nawet Seba nie wierzy, że sam Marek wystarczy. Tyle, że musi wystarczyć, bo drugiej Uli nie ma i nie będzie, a ta pierwsza w tej sytuacji też nic nie poradzi. Cała nadzieja w przedłużeniu terminu płatności”. Kiedy wszedł do sekretariatu, Ania podała mu wydrukowaną specyfikację od Wojtka.
- Aniu, oszczędzaj materiały biurowe. Niedługo możemy nie mieć za co je kupić.
- Mówisz poważnie?
- Mam nadzieję, że nie. Maciek nie dzwonił?
- Nie.
- To ja do niego zadzwonię.
Ale zanim doszedł do biurka, Maciek zdążył zadzwonić.
- Marek, przekazuję ci dyrektora.
- OK.
- Dzień dobry, panie Marku. Zaskoczyliście mnie.
- Nas też zaskoczono. Dzień dobry.
- No cóż. Powiem wprost: nie dam rady.
- Czego pan nie da rady? Dostarczyć materiałów?
- Częściowo mogę. W ciągu dwóch dni jakąś połowę zamówienia, resztę do tygodnia.
- Super. Zgoda. Może być.
- Ale płatne od razu. To znaczy od ręki, czyli w ciągu dwóch dni przynajmniej jakieś 40 %, a reszta, no, powiedzmy może mi się uda załatwić, że do miesiąca.
- Tylko tyle?
- Panie Marku, ja też muszę płacić.
- Ale coś wynegocjujemy, mam nadzieję.
- Jeśli zagwarantuje mi pan dostawę do następnej kolekcji…
- Panie Andrzeju. Jeśli nie zrealizuje pan tej dostawy, to następnego zamówienia już nie złożę. Nikomu.
- Dobrze. 25 % w ciągu dwóch dni, a reszta… – po chwili zastanowienia Andrzej był gotów na ustępstwa.
- …do trzech miesięcy – Marek wszedł mu w słowo.
- Do dwóch. Dłużej nie mogę.
- Na pewno.
- Na pewno. Ale gwarantuje mi pan następną dostawę?
- Gwarantuję. Zejdzie pan do 20 %? Ale niech się pan pospieszy. Szwalnia czeka.
- Zrobię wszystko, żeby panu pomóc. Dobra, jak dla pana, niech będzie 20 %.
- Dziękuję. Odwdzięczę się. Resztę niech pan załatwi z Maćkiem.
- Dobrze. Do widzenia.
- Do widzenia.
- Chwileczkę. Nie uzgodniliśmy ceny z tego wszystkiego.
- Po tych samych cenach panu policzę. Zaraz narzucę na specyfikację.
- Proszę powiedzieć Maćkowi, żeby natychmiast mi to przysłał. Cześć.
- Cześć.
“To już wszystko jasne. Mam dwa miesiące na uzbieranie całej sumy, a dwa dni na 20 %. Chciałem wiedzieć, to wiem. Ale nadal nie wiem, skąd wziąć kasę. Mam dość na dzisiaj. Idę do domu”.
Cicho otworzył drzwi i wszedł do wewnątrz. Z kuchni dochodziły odgłosy mytych naczyń. Powiesił płaszcz i bezszelestnie stanął w drzwiach. Ula faktycznie myła naczynia i nawet nie usłyszała, jak wszedł. Krzyś siedział na blacie stołu i bawił się rozsypanym cukrem. Zajęty zabawą, również nie zauważył jego wejścia. Przyglądał im się przez chwilę. “Moja rodzina. Najbliższe mi osoby. Ula i Krzyś. Nie mogę im tego zrobić” – poczuł dziwny ucisk w żołądku, który następnie powoli przenosił się w okolice gardła.
- Marek! Co tak się zakradasz? – Ula w końcu zauważyła jego obecność.
- Chciałem… – przełknął ślinę, która nagle zablokowała mu gardło – chciałem popatrzeć na was.
- Co takiego? – Ula spojrzała na Marka, potem wyłączyła wodę i ze ścierką w ręku podeszła bliżej – Stało się coś? – spytała cicho.
- Nie, nie.
- Marek, przestań – powiedziała jeszcze ciszej, patrząc mu prosto w oczy.
- Tak. Jest bardzo źle – przyznał i westchnął głęboko – idę do łazienki.
- Zaczekaj…
- Zaraz wrócę.
- Zrobię ci kawy.
- Lepiej drinka.
Jeszcze raz spojrzał na Ulę, ale widok jej smutnych oczu był w tej chwili nie do wytrzymania.
- Ula. Zaraz porozmawiamy. Za chwilę. Muszę tylko trochę ochłonąć. Łeb mi pęka i nie mogę zebrać myśli – wychodził, ale zatrzymał się na chwilę i nie patrząc na Ulę rzucił – potrzebuję 20 % ze specyfikacji w ciągu dwóch dni, resztę do dwóch miesięcy. W teczce mam specyfikację, zobacz, jeśli chcesz.
Wszedł do łazienki. Potrzebował pobyć przez chwilę sam. Miał poczucie, jakby wszystko się rozpadało. Wszystko, co budował przez parę lat i co stanowiło sens jego życia. “To, co razem z Ulą budowaliśmy, nie ja sam”. Kiedy w końcu wyszedł, Ula przygotowywała kolację, a Krzyś tym razem chodził na czworakach po kuchni, robiąc tor wyścigowy dla swoich samochodów.
- Masz kolację.
- Nie, nie mam ochoty.
- Musisz.
- Wiem, że muszę, ale nie dam rady. Proszę, nie teraz.
- Więc nie dostaniesz drinka na pusty żołądek.
- Jadłem.
- Nie wierzę. Nie dostaniesz i już.
- Sam sobie wezmę.
- Nie weźmiesz, bo ja ci nie dam.
- Jak mi nie dasz?
- Schowałam i nie ma.
- Ulka, proszę cię.
- Nie ma mowy.
- Ulka. Miałem ciężki dzień.
- Wiem, ale nie dam.
- Przestań.
- Ani mi się śni. Powiedziałam: kolacja.
- Nie mogę.
- No, to nie.
- A jak cię ładnie poproszę? – postanowił spróbować innej metody perswazji.
- A, to zależy, jak ładnie.
- Wiesz, że potrafię bardzo ładnie poprosić.
- Spróbuj, może dam się przekonać.
- Proszę… – zrobił proszącą minę.
- U-u.
- Nie? – podszedł bliżej, uśmiechając się przymilnie.
- Nie…
- A teraz? – oczywiście wiedział, że pocałunek może być najlepszą formą prośby.
- Jeszcze nie…
- Już?
- Prawie…ale jeszcze…nie…
W końcu doczekał się swojego drinka. Okazało się, że alkohol nigdzie nie został schowany, ale stał tam, gdzie powinien. Ula nalała również sobie.
- Pięknie. Pijemy przy dziecku.
- Daj spokój, to tylko mały drink.
- Wiem. Lepiej ci? – spytała.
- O wiele lepiej. Dziękuję. Pomogłaś mi.
- Cieszę się. Spokojnie, Marek. Jutro przejrzę finanse i zobaczymy, czy gdzieś nie ma jakichś rezerw.
- Dobrze, przejrzyj. Ale, moim zdaniem, to nie ma.
Stali oparci o blat kuchennego stołu i o siebie nawzajem, trzymając w rękach drinki. Nic już nie mówili. Patrzyli tylko na bawiącego się w najlepsze synka, który, nieświadom sytuacji, coraz głośniejszymi dźwiękami dawał do zrozumienia, że silniki jego samochodzików nabierają mocy.
- Dasz radę – odezwała się Ula.
- Dziękuję, że we mnie wierzysz. Zawsze wierzyłaś, chociaż nie bardzo zasługiwałem.
- Zasługiwałeś. Przecież w końcu zawsze wychodziłeś na swoje.
- Głównie przy twojej pomocy.
- Nie. To nie tak.
- A jak? Nie pocieszaj mnie. Powiedz prawdę, że zawsze tak było.
- Dobrze. Pomagałam ci. Ale sama bez ciebie też nie dawałam sobie rady, pamiętasz?
- To było dawno. Od tamtego czasu wiele się nauczyłaś.
- Tak, wiele. Zwłaszcza, że przez ostatnie trzy lata siedziałam głównie w domu, a wcześniej, zdaje się, przez pewien czas byłam w ciąży i też nie bardzo miałam głowę do firmy. Tak naprawdę, to tylko ze dwa lata pracowałam.
- Trzy.
- Dobrze, trzy. Przez ostatnie lata sam to ciągnąłeś i nie próbuj mi wmawiać, że było inaczej.
- Z różnym skutkiem.
- Z dobrym skutkiem. Wiele problemów zlikwidowałeś, wszystko wyszło na prostą.
- Aż do teraz.
- To nie twoja wina.
- Moja. Powinienem zmienić szwalnię na lepszą. Wiedziałem, że są z nimi kłopoty. Ale mi się nie chciało – pociągnął łyk ze szklaneczki.
- Mówiłeś, że to Pshemko.
- Tak, ale szwalnia powinna to wykryć, a nie szyć, dopóki materiały były powtarzalne.
- Wszystko chcesz brać na siebie?
- A nie powinienem? Ta szwalnia była dla mnie jak wrzód na tyłku, czułem, że coś z tego wyniknie, ale mi się nie chciało – następny łyk.
- Może miałeś za dużo na głowie?
- Nie. Rutyna i marazm. To jest powód – jednym haustem skończył drinka i nalał sobie następnego – chcesz? – spojrzał w kierunku Uli.
- Nie. Może później, jak Krzyś pójdzie spać.
- To ja sam.
Wypił nalany alkohol na raz. Ula w zamyśleniu patrzyła w podłogę.
- Muszę zająć się dzieckiem.
- To ja wyjdę przed dom.
- Jesteś pewny, że to dobry pomysł? Może zostań z nami?
- Nie, nie dzisiaj. Czuję, że mnie roznosi, nawet drinki nie pomogły. Wiesz co, pójdę lepiej dokopać workowi treningowemu.
- To chyba dobry pomysł, powinno ci pomóc.
W domowej siłowni spędził prawie dwie następne godziny. W przerwach między podnoszeniem ciężarów i dokładaniem workowi, słuchał muzyki. Rzeczywiście, to było to, czego dzisiaj potrzebował. Wprawdzie ćwiczył w miarę regularnie, ale ostatnio nawet na to nie miał ochoty. “Tak, wpadłem w marazm i rutynę i teraz zbieram skutki – pomyślał – ale dobrze, że w końcu przyznałem się sam przed sobą i powiedziałem głośno. Do Uli. W końcu wie. Niby nic takiego, więc dlaczego tak długo ukrywałem to przed sobą i nią? Bo bałem się zawieść – wymierzył cios workowi. Bo ojcu chyba takie myśli nigdy by do głowy nie przyszły, jakie mnie przychodzą – następny cios. Bo Ula wierzyła, że jestem najlepszym prezesem, jakiego zna – znowu cios. Bo nie chciałem się przyznać, że … – wymierzony cios źle trafił w worek i worek oddał Markowi w czoło. Złapał się za głowę, z trudem utrzymując równowagę – cholera, jeszcze mi guz na głowie potrzebny do kompletu. Idę stąd”.
Kiedy wrócił do domu, Ula siedziała w salonie na kanapie ze specyfikacją w ręku.
- Ulka, zostaw to. Wymyślisz coś dzisiaj?
- Raczej nie.
- To zostaw. Po co sobie będziesz nastrój psuć.
- Lepiej się czuję, kiedy na to patrzę. Mam wrażenie, że jestem bliżej rozwiązania tego problemu.
- Oszukujesz się?
- Nie, to taka terapia dla mnie. Co ci się stało? – w końcu dostrzegła wygląd Marka.
- Oberwałem od worka. On też mi dokopał, a miałem ja jemu.
- Ale ty jemu chyba też oddałeś? – Ulka parsknęła śmiechem.
- Owszem. Idę pod prysznic.
Kiedy wyszedł, z zaskoczeniem zobaczył, że na stoliku stoją dwie lampki wina, palą się świece, a Ula założyła jakąś powiewną sukienkę, której nawet nie kojarzył.
- Ula, co to jest?
- A jak myślisz?
- Jeszcze tylko jakiejś nastrojowej muzyki brakuje.
- To twoja działka. Też musisz mieć jakiś wkład w organizację wieczoru.
- Akurat dzisiaj?
- Najlepszy moment.
- Zaskakujesz mnie. Znam cię i wiem, że teraz powinnaś się martwić, a nie stawiać wino i świece.
- To przez tego drinka. Zresztą, martwić będę się później, jak ty już pójdziesz spać. Teraz muszę pomóc ci wyjść z tego dołka.
- Włączyć coś?
- Może jednak lepiej nie. Jeszcze Krzyś się obudzi i będzie po wieczorze.
- Fakt. Nasze wieczory często ktoś przerywał i tak już zostało.
- To może lepiej wyłączmy telefony.
- Dobry pomysł – Marek skierował się w stronę drzwi.
- Nie, bez przesady, żartowałam. Chodź tutaj – pociągnęła go za rękę.
- Wyobrazimy sobie muzykę? – spytał.
- Spróbujmy. Każdy swoją.
Przytulili się do siebie i zrobili kilka taktów tanecznych. Po chwili Ula usiadła na kanapie, podciągając nogi.
- Mogę się do ciebie przytulić?
- Zawsze – odpowiedziała.
- Ula, ja naprawdę zawaliłem z tą szwalnią.
- Wiem. Później o tym porozmawiamy.
- Więc jednak reprymenda mnie nie minie.
- Jasne, że nie. Myślałeś, że co?
- Że mnie lubisz – Marek położył się na kanapie, z głową na kolanach Uli.
- Źle myślałeś. W ogóle cię nie lubię. Wkurzasz mnie. I nie mam pojęcia, dlaczego za ciebie wyszłam – zaczęła delikatnie gładzić włosy Marka – chyba dlatego, że lubię bawić się twoimi włosami, a ty mi na to pozwalasz.
- Zawsze to jest jakiś powód – zaczął się śmiać – wypijemy za to?
- Czemu nie? A ty? Dlaczego się ze mną ożeniłeś?
- Bo wszyscy chcieli. Nie mogłem im na to pozwolić.
- Aha. Dlatego…
- A co myślałaś? Tylu kandydatów, a ty wybrałaś mnie. Zdajesz sobie sprawę, jak to podnosi samopoczucie?
- Zmyślasz. Kiedy mnie wybrałeś, nie było żadnych kandydatów.
- Jesteś pewna?
- Że nie było kandydatów? Jestem.
- Że już wtedy cię wybrałem.
- A nie?
- Całkiem możliwe. Chodź tutaj – pociągnął ją do siebie, tak, że znalazła się w pozycji leżącej. Pochylił się nad nią i patrząc jej prosto w oczy, powiedział najpoważniejszym tonem, na jaki go było stać – To była jedyna mądra decyzja w moim życiu. Innych nie pamiętam. Przypadki albo zbiegi okoliczności. Ewentualnie głupie pomysły. Tylko to było mądre.
- Dziękuję ci za te słowa – odezwała się po chwili Ula stłumionym głosem – w końcu mogę ci uwierzyć. Nareszcie. Tak bez wątpliwości.
Po chwili leżeli mocno objęci i przytuleni. “Jest tak bardzo źle, a jednocześnie tak nieziemsko dobrze. Jutro mogę dowiedzieć się, że spadam na dno, ale jednocześnie czuję się tak bardzo szczęśliwy. Jak to możliwe? Widocznie musi być bardzo źle, żeby poczuć, jak bardzo jest dobrze. Jeśli ma z kim być źle”.
- Ula, kocham cię.
- Ja też. Też cię kocham. Podasz to wino?
- Już.
Siedzieli przytuleni do siebie, patrząc w płomyki świeczek.
- Ale jutro awantura cię nie minie.
- Mnie? Za co? Sama mówiłaś, że to nie moja wina.
- A, tak. Na wszelki wypadek. Coś się znajdzie, żebyś sobie nie myślał.
- Jutro, to jest mi wszystko jedno. Teraz jest dzisiaj.
- Wypijmy za to. Za tę chwilę.
- Za szczęście.
- Za nas.
“Chwila szczęścia w tym chaosie. Ciekawe, co będzie jutro? Wszystko jedno. Najważniejsze, że nie jestem sam. Chociaż, gdybym był sam, to miałbym w nosie, co będzie jutro. W ogóle by mnie to nie interesowało. Muszę wyjść na prostą. W każdym znaczeniu”.
- Ula, kiedy to się skończy, to znaczy, jakoś z tego wyjdę… wyjdziemy… to trzeba będzie parę rzeczy zmienić.
- Najpierw z tego wyjdźmy. Potem porozmawiamy o reszcie.
piątek, 5 lutego 2010
czwartek, 4 lutego 2010
Ula i Marek Dobrzańscy? cz.8 wg pod wiatr
- Marek, pospiesz się – głos Uli dotarł do Marka przez szum wody.
- Już idę.
- Spóźnimy się.
- Idę.
No tak, Ula idzie do pracy, więc trzeba wyjść wcześniej, a on już się odzwyczaił od przychodzenia do firmy o właściwej porze. Cóż, trzeba się będzie przestawić i wstawać ponad godzinę wcześniej. Dzisiaj jeszcze nie jest źle, bo Dorota przychodzi do Krzysia, ale od jutra codziennie czeka go poranna jazda do rodziców, ponieważ Ula zgodziła się na prośbę matki, która bardzo chciała opiekować się wnukiem. Na szczęście, dzisiaj wszystko poszło dość gładko i obyło się bez żadnych niespodziewanych przeszkód, czy też wypadków. Dorota przyszła na czas, Krzyś nie protestował przed zostaniem z nią w domu, korki były nawet trochę mniejsze, niż zwykle. “Coś za dobrze idzie, ciekawe, jaki będzie dzień” – pomyślał, kiedy zbliżali się do biurowca, jednak nic nie powiedział, żeby nie psuć Uli nastroju. W końcu, to był jej powrót po paru latach. Po odchowaniu Krzysia, Ula przychodziła wprawdzie do firmy, ale raczej nie na cały dzień i nie codziennie. Marek zdawał sobie sprawę, że to nie będzie dla niej łatwe, dla nich obojga nie będzie łatwe, ale kiedyś musiało nastąpić. Jednakże po cichu liczył również na to, że może będą z tego powodu także jakieś korzyści, mając na myśli jej samopoczucie oraz ich wzajemne relacje.
W firmie dzień jak co dzień. Nic specjalnego. Ula postanowiła zająć miejsce w konferencyjnej, tam, gdzie urzędowała Viola, ale Marek nagle wystąpił z pomysłem, że w końcu najwyższy czas zagospodarować dawny gabinet jego ojca. Sam nie miał zamiaru tam się przenosić, ale dla Uli powinien być w sam raz. Ula lekko się zdziwiła, ale wyraźnie spodobała jej się ta propozycja. Postanowiła wziąć się do zorganizowania sobie miejsca pracy, ale przed wyjściem znalazła moment, żeby przytulić się do Marka, spojrzeć mu czule w oczy, pocałować i powiedzieć niskim głosem “dziękuję”. To było coś. Niby zwykłe “dziękuję”, ale jak powiedziane. “Będę miał dobry dzień. A jak coś będzie źle, to przypomnę sobie “dziękuję” Uli i humor musi mi się poprawić” – pomyślał, uśmiechając się i wodząc za nią czułym spojrzeniem, gdy podchodziła do drzwi. Następnie rozłożył rzeczy na biurku i wyszedł do sekretariatu. Poprosił Anię o kawę, ale kiedy rzucił okiem na korytarz, zobaczył stojących tam Ulę i Aleksa. Oboje pochylali głowy nad jakimiś papierami, które Aleks trzymał w rękach. Tym razem podszedł do nich bez namysłu i zdecydowanym krokiem.
- Jakiś problem?
- Nie, właściwie nie – odpowiedział Aleks. W każdym razie nic, w czym mógłbyś mi pomóc.
- To jest prognoza na przyszły kwartał – uzupełniła Ula.
- Aha. Aldony?
- Tak. Ale poprosiłem Ulę, żeby to przejrzała. Nie było mnie parę lat i wolę poradzić się fachowca, zanim zaakceptuję.
- Aldona też jest fachowcem.
- Ale ja powinienem wiedzieć, co podpisuję, nie uważasz?
- Ula też parę lat nie pracowała.
- Ale była tutaj, a ja byłem we Włoszech. Tam są inne przepisy.
- A co to ma do rzeczy?
- Przestańcie! Marek, o co ci chodzi? Aleks poprosił mnie o pomoc, to chyba mogę to przejrzeć, nie? Mnie samej się przyda. Powinnam wiedzieć, jakie są prognozy na przyszły kwartał, nie sądzisz?
- Ale miałaś coś innego robić. Obiecałaś Violetcie pomoc, zapomniałaś? Zresztą, ona jest na zwolnieniu i w ogóle nic nie musi robić.
- Dam radę. Przecież to mi zajmie najwyżej pół godziny.
- Dobra.
Odwrócił się i poszedł do sekretariatu, ale jeszcze się obejrzał i zobaczył, jak Ula z Aleksem idą w kierunku jego gabinetu.
“Co ja wyprawiam. Przecież teraz to będzie raczej norma. Powinienem się przyzwyczaić, a nie robić awantury. Wychodzę na kretyna, nic więcej. Ale co ja poradzę, że wkurza mnie widok Uli i Aleksa w komitywie. Właściwie, powinienem się cieszyć, że się dogadują, może coś dobrego z tego wyniknie. Ciekawe co i dla kogo. Bo nie wierzę, że dla mnie. Aż taki naiwny nie jestem. Wolę być kretynem, niż patrzeć, jak Aleks podrywa Ulę. Marek, jesteś kretynem. Nie podrywa, tylko rozmawia o prognozach. Jeśli zamierzasz tak reagować za każdym razem, to ześwirujesz”.
Jednak przemawianie sobie do rozsądku nie uspokoiło go, ale przecież musiał pogodzić się z tym, czego nie mógł zmienić. W dość ponurym nastroju zabrał się do codziennej pracy biurowej, zapominając o tym, co miało mu poprawić nastrój. Usiłował skoncentrować się na dokumentach, ale pokusa sprawdzenia, co robi Ula, była tak silna, że w końcu wyszedł i pod pretekstem odniesienia filiżanki po kawie do socjalu, zajrzał “po drodze” do Aleksa. No, może nie całkiem “po drodze”, ale prawie. Uspokoił się, bo Uli już tam nie było.
- Ula wyszła?
- Wyszła. Ja też wychodzę.
- Gdzie?
- Mam spotkanie z dyrektorem banku. To może potrwać i raczej nie wrócę.
- No, to cześć.
- Cześć. Aha, jakby co, to wyłączam komórkę, jak to na spotkaniu.
Marek spojrzał na Aleksa dość nieżyczliwie, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Na szczęście, w holu zobaczył Ulę, nadzorującą przenoszenie jakichś rzeczy. Uspokojony trochę, wrócił do siebie i zajął się pozostałymi dokumentami, korespondencją i telefonami. Nic nowego, wszystko jak codziennie. Nawet przygotowania do pokazu nie wzbudzały takich emocji, jak kiedyś. Co to znaczy rutyna i utarte schematy. Wszystko idzie dobrze, bez niespodzianek. Jednak niespodzianka przyszła z innej strony. Pod koniec dnia zadzwoniła matka. Odebrał.
- Dzień dobry, mamo. Co słychać? Jutro rano aktualne? Bierzesz Krzysia?
- Dzień dobry, synku. Ja właśnie również w tej sprawie. Chociaż nie tylko.
- Stało się coś?
- Tak.
- Z ojcem?
- Nie, nie. Spokojnie. To coś innego.
- Co?
- Paulinka dzwoniła. Była strasznie rozbita. Płakała. Nie wiem, jak ona sobie z tym poradzi…
- Ale co się stało?
- Jej babcia zmarła.
- Ooo. Kiedy?
- Dopiero co. Do Aleksa nie mogła się dodzwonić, ja też nie. Możesz mu powiedzieć?
- Aleks wyszedł na spotkanie i ma wyłączony telefon.
- Będę próbować. Zadzwonię do Paulinki, niech się nie denerwuje. Tak mi jej żal.
- Mamo, babcia Pauliny miała swoje lata.
- Jak możesz tak mówić. To zawsze tragedia, zwłaszcza dla Paulinki. Ona tak bardzo była zżyta z babcią. Teraz będzie zupełnie sama.
- Niezupełnie. Ma jeszcze Aleksa.
- Aleks jest tutaj. Mareczku, ja muszę jechać na pogrzeb, więc nie będę mogła zająć się Krzysiem. Sam rozumiesz.
- Tak, oczywiście. Pojedziesz z Aleksem?
- Raczej tak. Spróbuję się z nim umówić. Marku, a ty nie uważasz, że też powinieneś jechać?
- Nie uważam. Z jakiej racji?
- Jak to? Znałeś ją od dziecka.
- Bałem się jej od dziecka.
- Nie mów tak. To była kobieta z zasadami. Teraz to już rzadkość. Poza tym, to babcia Pauliny i Aleksa.
- Paulina i Aleks to nie jest moja rodzina. Ani przyjaciele.
- Jednak w jakiś sposób są nam bliscy, nie sądzisz? Spotkała ich tragedia, więc powinieneś być ponad urazy. Chyba potrafisz?
- Mamo, ale ja nie mam czasu. W firmie młyn przed pokazem, kupa roboty, nie mogę tego zostawić i urządzać sobie wycieczki.
- Ja ciebie zupełnie nie rozumiem. Jakiej wycieczki? Wyjazd na pogrzeb nazywasz wycieczką? Marku, dziwię się, że w ten sposób do tego podchodzisz.
- Mamo. Nie mogę. Mam dużo pracy, nie mogę zostawić firmy.
- Przecież Ula wróciła do pracy.
- I mam ją zostawić z tym wszystkim samą? Zwłaszcza, że podjęła się pracować za Violettę. Aleksa nie będzie, mnie nie będzie. Krzyś jeszcze. Nie, mamo, nie mogę.
- Wspomniałeś o pani Violetcie. Co z nią?
- Jest w ciąży i na zwolnieniu. Ula przejmuje jej obowiązki, przynajmniej na jakiś czas.
- No cóż, trudno. Skoro zdecydowanie twierdzisz, że nie możesz. Ale ja uważam, że jednak powinieneś jechać. Do widzenia, synku.
Jednak coś się wydarzyło. Przez chwilę chodził po gabinecie, zastanawiając się, czy dobrze zrobił, tak zdecydowanie odmawiając wyjazdu. Czuł, że chyba powinien, ale nie miał ochoty spotykać się z Pauliną, nawet w takich okolicznościach. Nie, nie zrobi tego Uli. Z tej sytuacji nie było dobrego wyjścia, więc musiał zdecydować się, co dla niego ważniejsze. A najważniejsza jest Ula i tego musi się trzymać. Spróbował zadzwonić do Uli, ale nie odbierała.
Po pół godzinie zadzwonił Aleks. Wiedział już o śmierci babci. Był trochę zdenerwowany. Powiedział, że za trzy godziny ma samolot i musi zdążyć. Dodał jeszcze, że w banku załatwił sprawę, a dokumenty przyśle do firmy kurierem. Marek złożył mu kondolencje i po zakończeniu rozmowy ponownie zastanowił się, czy nie powinien jednak pojechać, chociaż Aleks nie pytał go o to. Zanim zdążył odpowiedzieć sobie na to pytanie, ponownie zadzwoniła matka. Tym razem prawie z płaczem w głosie powiedziała, że nie może jechać z Aleksem, bo nie zdąży się tak szybko przygotować.
- Marku, ja nie wiem, jak sobie poradzę. Taka podróż, najpierw samolotem, później jeszcze kawał drogi. Nie dam rady, nie w moim wieku.
- Mamo…
- Marku. Liczę na ciebie. Jesteś moim jedynym synem. Kto mi pomoże, jeśli nie ty.
- Mamo, czego ode mnie oczekujesz?
- Jak to, czego? Proszę cię, żebyś ze mną poleciał na pogrzeb.
- Mamo, mówiłem ci…
- Tak, wiem. Mówiłeś. Ale jeśli mi nie pomożesz, to nie pojadę. Nie wiem, jak ja sobie później dam z tym radę. Nie być na pogrzebie przyjaciółki. To straszne.
- No, nie wiem…
- A rozmawiałeś już z Ulą na ten temat?
- Jeszcze nie.
- Więc proszę cię, zadzwoń do niej i przedstaw sprawę. Jestem pewna, że wykaże zrozumienie.
- Dobrze, mamo, zadzwonię.
Po zakończeniu rozmowy z matką, przez chwilę siedział opierając głowę na dłoniach. Czuł, że nie da rady wykręcić się od wyjazdu. Zupełnie nie miał ochoty, ale matka miałaby do niego pretensję do końca życia. Na tyle ją znał. Westchnął i zadzwonił do Uli. Tym razem odebrała.
- Ula. Jest wiadomość.
- Co znowu? Stało się coś?
- Moja mama chce jechać na pogrzeb babci Febo.
- Zmarła?
- Tak, dzisiaj. Paulina dzwoniła do mamy, Aleks już pewnie jedzie na lotnisko.
- Rozumiem. Mam załatwić Dorotę na jutro. OK.
- Nie tylko o to chodzi. Wiesz… mama chce, żebym z nią jechał.
- Ty?
- Tak. Nie zdążyła z Aleksem i mówi, że sama sobie nie poradzi…
- Zgodziłeś się?
- Nie. Powiedziałem, że nie dam rady.
- Może powinieneś? W końcu, samej jej może być trudno.
- A tobie nie będzie samej trudno?
- Będzie, ale dam radę.
- Ula, ale ja nie chcę jechać, to mama się uparła.
- To w końcu jak?
- Powiedziała, żebym porozmawiał z tobą.
- Aha. I po rozmowie ze mną powiesz mamie, że nie jedziesz, tak? A ona uzna, że to moja wina. Dziękuję ci bardzo. Ona i tak za mną nie przepada.
- To nie tak…
- A jak? Myślisz, że jak ona to zrozumie?
- Mówiłem jej, że nie mogę.
- Ale ostateczną decyzję masz podjąć po rozmowie ze mną?
- No tak…
- Więc jedź. Mną się nie przejmuj. Pozdrów Paulinę.
- Ulka, przed chwilą mówiłaś, że powinienem jechać, żeby pomóc mamie, a teraz masz pretensję? Nie rozumiem…
- Nie mam pretensji. Ale uważam, że Aleks mógł na nią trochę zaczekać, albo ona się pospieszyć.
- Ulka, ja też tak uważam. Przecież mówiłem.
- Dobrze, nie ma już o czym mówić. Nie potrafiłeś załatwić tej sprawy tak, jak trzeba, więc jedź.
- A co powinienem, twoim zdaniem, zrobić?
- Pomóc jej zdążyć na samolot z Aleksem, albo jego namówić, żeby poczekał. Widocznie nie bardzo ci zależało.
- Ja już nic nie rozumiem…
- Nieważne. Kiedy lecisz i na jak długo?
- Nie wiem.
- To się dowiedz i zadzwoń. Bo muszę to uwzględnić w swoich planach.
“No, to super. Nie dość, że muszę zrobić to, na co nie mam ochoty, to jeszcze Ulka ma o coś pretensję, a ja nie wiem, o co. Raz mówi, że powinienem, a za chwilę daje do zrozumienia, że nie podoba jej się to. Cokolwiek bym nie zrobił, zawsze jest nie tak. No, może nie zawsze, ale często. No nic, muszę przygotować się do wyjazdu. Idę. Jednak nie rozumiem kobiet, mimo wszystko”.
- Aniu, wychodzę. Od jutra Ula rządzi. Ja wybieram się na pogrzeb babci Febo.
- Tak? Czyli zostajemy same. Ciężko będzie.
- Wiem, ale muszę.
- Jakoś sobie poradzimy.
- Aniu, jak sądzisz, może powinienem zostać?
- Marek, mnie nie pytaj. Ale sam wiesz, jak jest. Ciebie nie będzie, Aleksa nie będzie, Aldona wzięła zaległy urlop i wyjechała, Viola na zwolnieniu.
- Wiesz co, masz rację. Nie mogę was zostawić. Trudno. Do jutra.
- Marek… ale przeze mnie…
- Nie przez ciebie. Po prostu, pomogłaś mi podjąć decyzję.
Pewny siebie i swojego postanowienia, pojechał do rodziców. Matkę zastał w ferworze pakowania. Wyglądało, jakby zamierzała się przeprowadzić gdzieś na dłużej, tyle rzeczy planowała zabrać.
- O, dobrze, że już jesteś, synku. Samolot mamy rano o 7.15. Zarezerwowałam bilety. Rozumiem, że przyjedziesz po mnie? Nie będę musiała tłuc się taksówką?
- Mamo…
- Tak, czyli przyjedziesz.
- Mamo. Mogę cię zawieźć, jeśli chcesz, ale ja nie jadę.
- Jak to? Przecież obiecałeś.
- Powiedziałem, że się zastanowię.
- Miałeś porozmawiać z Ulą. Rozmawiałeś?
- Tak.
- I co? Ona się nie zgodziła?
- Zgodziła się. To ja uważam, że teraz nie jest właściwy czas dla mojej nieobecności.
- Jednak się nie zgodziła. Tłumaczysz ją, jak zwykle.
- Mamo, to nie tak.
- Proszę cię, nic mi nie wyjaśniaj. Ja swoje wiem. Trudno, będę się męczyć sama.
- Możesz nie jechać. Przecież nie musisz.
- Muszę. Nie zostawię Paulinki samej w tak ciężkiej chwili.
- Mamo, nie przesadzaj. Zresztą, Aleks tam będzie i wszystko załatwi.
- Ale Aleks nie da jej wsparcia psychicznego, jak to mężczyzna, nie potrafi.
- No tak. Wiedziałem. Paulina zawsze ci była bliższa niż ja, nie mówiąc o Uli.
- Nie możesz tak mówić. Ale nie dziw się, że Paulina jest mi tak bardzo bliska.
- Nie dziwię się. To moja wina, prawda? Gdybym się z nią ożenił, tak, jak chciałaś, wszystko by było prostsze. Dla ciebie, oczywiście.
- Przecież zaakceptowałam Ulę.
- Z konieczności.
- To był twój wybór i ja go zaakceptowałam. Ale nie możesz wymagać ode mnie…
- Nie wymagam. Nic od ciebie nie wymagam. Ale to nie jest wina Uli, że nie mogę jechać.
- Niech ci będzie.
- Ale taka jest prawda.
- Proszę cię, nie męcz mnie już. Wystarczająco jestem zdenerwowana.
- To co, mam cię zawieźć jutro na to lotnisko?
- Nie. W tej sytuacji nigdzie nie lecę. Przecież nie dam rady z bagażem i jeszcze później…
- I będziesz miała do mnie pretensję?
- Nie, nie będę miała. Rozumiem, masz swoje życie i swoje sprawy.
- Mamo…
- Daj już spokój, nie, to nie. Pozwól, że zadzwonię do Paulinki i uprzedzę ją, że nie może na mnie liczyć.
- To ja już pójdę. Dobranoc.
- Dobranoc. Pozdrów Ulę. Powiedz jej, że może jutro przywieźć Krzysia. W tej sytuacji zajmę się nim.
- Zadzwonimy do ciebie. Dobranoc.
Wyszedł przed dom, złapał głęboki oddech, przez chwilę stał oparty o samochód, zanim wsiadł i odjechał. Więc nie leci do Włoch, zostaje. Ale czy odniósł zwycięstwo, stawiając na swoim, czy poniósł porażkę? To się jeszcze okaże.
Po powrocie do domu, zrelacjonował Uli przebieg rozmowy z matką. Jak się spodziewał, Ula również nie była pewna, jak powinien się był zachować.
- W każdym razie, znowu podpadłam u twojej matki. Teraz, to już nie mam żadnych szans u niej.
- Daj spokój, nie jest tak źle. Powiedziała, że rozumie i kazała cię pozdrowić. I jeszcze powiedziała, że możemy jutro zawieźć do niej Krzysia.
- Marek, przecież wiesz, jak jest. Tak powiedziała, ale myśli pewnie inaczej. A do Krzysia przyjdzie Dorota. Nie będę już tego zmieniać.
- Dobrze, ale nie masz do mnie pretensji?
- No cóż… wyszło, jak wyszło. I tak będzie na mnie. Ale trudno. W końcu i tak wolałaby Paulinę za synową niż mnie.
- I co z tego? Ale ja wolę ciebie.
- Wiem. Całe szczęście.
- No. Nigdy nie zapominaj tego, co teraz powiedziałaś.
- Już zapomniałam. Co ja takiego mówiłam? To było coś ważnego?
- Ja ci pokażę… – spróbował ją złapać za rękę i przyciągnąć do siebie, ale Ula wyśliznęła się i zaczęła uciekać.
- Co wy robicie? Bawicie się w berka? – Krzyś przyszedł ze swojego pokoju, zdziwiony głośnym zachowaniem rodziców.
- Tak, bawimy się w berka – potwierdziła Ula.
- To ja pobawię się z wami.
- Dobrze. Uciekaj, tata goni.
- Ula, nie poznaję cię. Nie boisz się, że Krzyś się uderzy? Ma biegać w domu?
- Dobrze, że mi przypomniałeś. Nie, Krzysiu, jednak nie będziemy bawić się w berka.
- Ula, no co ty? Żartowałem.
- Ale ja nie żartuję. Zapomniałam się na chwilę. Każdemu się zdarza.
- Ale ja chciałem podkreślić, że się zmieniłaś na lepsze.
- Że stałam się mniej odpowiedzialna? To chyba na gorsze.
- No to po zabawie. Co mnie podkusiło…
- To już nie bawimy się w berka? A ja chcę. Mamo, bawmy się…
- Później synku przeczytam ci bajeczkę. Teraz myjemy rączki i siadamy do kolacji.
- Nie chcę…
- Chodź kochanie. Chodź, chodź, chodź…
“A mogła być taka fajna zabawa. Na drugi raz muszę się ugryźć w język, zanim coś powiem. Z Ulką to nigdy nie wiadomo. Znam ją tyle lat, a ciągle jeszcze nie potrafię przewidzieć jej reakcji. No nic. Najważniejsze, że nigdzie nie lecę i Ula nie ma o to do mnie pretensji. Ale matka się obraziła. W końcu ją znam. Nie będę martwił Uli, ale ona nam tego nie zapomni. Trudno. Musiałem coś wybrać. Mam nadzieję, że dobrze”.
Nie musiał długo czekać, żeby się przekonać. Nazajutrz, zaraz po wejściu do firmy, zastali taki młyn, jakiego tu dawno już nie było. Po korytarzu biegały modelki, krawcowe, różni pomocnicy Pshemko. Marek patrzył na nich ze zdziwieniem. Spojrzał na Ulę, ale ta również nie wiedziała, co się stało. Po chwili zaskoczenia, usiłowała przedostać się do recepcji, ale było to jednak dość skomplikowane. Marek ruszył za nią.
- Co tu się dzieje? – spytała Ula.
- Mistrz się strasznie zdenerwował i wszyscy się boją.
- Ale dlaczego tak tu biegają?
- Udają, że coś robią, żeby nie wracać do pracowni.
- Nie wiesz, o co chodzi? – spróbował doinformować się Marek.
- Nie. Próbowałam się dowiedzieć, ale to nie jest takie proste.
Marek odwrócił się do Uli. Przez chwilę patrzyli na siebie, wytrzymując nawzajem swój wzrok.
- To które z nas? Czy losujemy?
- O nie. Ja muszę wziąć dokumenty i jechać do Telewizji. Mówiłam ci, że jeszcze zostało coś do uzgodnienia. Dzisiaj muszę sfinalizować sprawę.
- Ulka – westchnął. – Ale on ciebie bardziej lubi niż mnie.
- Nie bądź taki skromny. Ciebie też lubi.
- Ale ty go lepiej rozumiesz.
- Wiesz co, niech ci będzie. Chodźmy razem. Ale ja mogę tylko parę minut.
- Dobra. Może wystarczy.
W pracowni panowała grobowa cisza. Marek wszedł pierwszy, spodziewając się latających wieszaków lub czegoś w tym stylu, jednak nic takiego się nie działo. Cisza była porażająca.
- Jest tu ktoś? – spytał półgłosem, rozglądając się i na wszelki wypadek trzymając otwarte drzwi.
- Ciii – usłyszał szept Izy i ona sama wyszła zza wiszących ubrań.
Marek cofnął się z pracowni, Iza również wyszła.
- Co się dzieje? – spytał.
- Szwalnia przysłała prototypy kolekcji, przeznaczone na pokaz.
- I?
- To jest kolekcja z zeszłego sezonu.
- Co takiego? – Ula otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
- Tak. Coś im się pomyliło i uszyli starą kolekcję.
- Dzisiaj przysłali? – spytał Marek.
- Nie, wczoraj już po piątej. Mistrz chciał otworzyć, ale wytłumaczyliśmy mu, aby poczekać do dzisiaj. No i od rana mamy aferę.
- Co robi Pshemko? – zapytała Ula.
- Nie wiem. Zamknął się w pomieszczeniu za pracownią i nikogo tam nie wpuszcza. Nawet Wojtka.
- W pomieszczeniu za pracownią? – zdziwił się Marek – przecież on tam nigdy nie wchodzi.
- No właśnie. Dlatego się martwię.
- A gdzie jest Wojtek? – zainteresowała się Ula.
- Wojtek dzwoni do szwalni. Usiłuje się coś dowiedzieć, ale tam nie ma z kim rozmawiać. Kierownik gdzieś wyszedł, a pracownicy nic nie wiedzą.
- To co robimy? – Ula spojrzała na Marka – musimy uzgodnić jakiś plan.
- Daj spokój, żaden plan, trzeba dostosować się do sytuacji. Ty musisz jechać do Telewizji.
- Marek, jeśli z tą kolekcją nie wyjdzie, to nie ma potrzeby zawierać żadnych umów z Telewizją.
- Wyjdzie, Ula, wyjdzie. Zawsze wychodziło, to i tym razem wyjdzie. Jedź i rób swoje, a ja zajmę się tym bajzlem tutaj.
- Postaram się szybko wrócić. Będziemy w kontakcie.
- Dobra. Powodzenia.
Poszła. Marek, jak zwykle w trudnych sytuacjach, nabrał głęboko powietrza w płuca, powoli je wypuścił i wszedł do pracowni. Wojtek stał przy biurku z telefonem przy uchu.
- Cześć. Jak sytuacja?
- Cześć, szefie. Iza mówiła?
- Tak.
- Więc nic się nie zmieniło. Nie udało mi się z nikim dogadać.
- Kiedy to się skończy, to przypomnij mi, że musimy zmienić wykonawcę. Mam już tego dosyć. Ciągle z nimi jakieś problemy. Dawno powinienem to zrobić.
- No. Ale tym razem przeszli sami siebie.
- Co z Pshemko?
- Zamknął się na klucz – Wojtek wzruszył ramionami – i z nikim nie chce gadać.
- Co mówił?
- Że to już koniec i pora umierać.
- No, fakt. Tego, to jeszcze nie było. Spróbuję się do niego dostać.
- Spróbuj, ale nie ręczę za skutek.
Marek podszedł do zamkniętych drzwi, prowadzących na zaplecze pracowni. Nacisnął klamkę, ale napotkał opór zamka. Zapukał.
- Pshemko, to ja. Otwórz, porozmawiamy.
Odpowiedziała mu cisza zza drzwi. Odczekał chwilę i ponownie zapukał, tym razem trochę mocniej.
- Pshemko, otwórz. Musimy porozmawiać.
Znowu cisza. Marek ponownie kilkakrotnie nacisnął na klamkę.
- Pshemko! Jak nie otworzysz, to dzwonię po ślusarza. Albo po ekipę, która wyważy drzwi – odczekał jeszcze chwilę – Pshemko! Nie wygłupiaj się! Otwieraj natychmiast! Ja nie żartuję! Przecież mnie znasz! Pshemko!!! – odczekał jeszcze moment – Jak chcesz. Idę i dzwonię.
Oczywiście, po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich Pshemko. Był biały jak ściana i miał śmiertelnie poważną minę. Patrzył na Marka i Wojtka, nic nie mówiąc.
- Dziękuję ci, że otworzyłeś.
- Szantażujesz mnie, więc otworzyłem.
- Pshemko, ja ciebie nie szantażuję. martwiliśmy się o ciebie i tyle.
- Niepotrzebnie. Człowiek już nie może trochę pobyć w samotności, w towarzystwie jedynie swojego cierpienia, bo zaraz próbuje się go uszczęśliwiać na siłę.
- Pshemko. Proszę cię.
- Marku, to już koniec.
- Koniec czego?
- Jak to czego? Wszystkiego. Koniec kolekcji, koniec pokazu, koniec firmy i w końcu koniec mojej długoletniej kariery, chociaż w tym całym nieszczęściu to akurat najmniej istotne jest.
- Ojciec, nie przesadzasz czasem?
- Synu, ty młody jesteś, życie i kariera przed tobą. Otrząśniesz się. Zwłaszcza, że ja to wszystko firmuję własnym nazwiskiem. Ale dla mnie to już koniec.
- Ojciec, przestań.
- Synu. Ja to biorę wszystko na siebie. Ten cały wstyd i sromotę. Ja się już ludziom z branży na oczy nie pokażę. Wytykać palcami mnie będą. Tobie zrobię miejsce. Nie będziemy twojego nazwiska łączyć z tym… tym… tym nieszczęściem, nie będziemy. Ocalimy chociaż twój honor. Rodzina najważniejsza. Dla mnie to już koniec. Żegnać się będziemy. Dlatego chciałem trochę samotności doświadczyć, pogodzić się z nieuniknionym, z losem się pogodzić… Ale nie. Wy musieliście mi przeszkodzić w tym. Tak, Marku. Ciężko mi to mówić, ale po tylu latach znajomości, po tylu rozmowach, które razem przeprowadziliśmy, ty nadal mnie nie rozumiesz. Ale cóż. Trzeba mieć duszę artysty, żeby zrozumieć cierpienie drugiego artysty. A ty…
- Pshemko. Nie będziemy rozmawiać o mnie i o mojej duszy. To nie jest ważne. Jak ci pomóc?
- Właśnie mówię. Nie rozumiesz artysty. Mnie nie da się już pomóc. To koniec. Nie przypuszczałem, że na taki koniec mi przyjdzie…
- Tato, uspokój się!
- Nie widzisz, że jestem całkowicie spokojny? Pozwólcie mi odejść.
- Pshemko! – Marek gwałtownym ruchem wstawił stopę między drzwi a futrynę – co ty wyprawiasz? Jak długo zamierzasz tam siedzieć?
- Czyżby obchodził cię mój los?
- Ojciec, wszystkich obchodzi twój los. Tylko ty zdajesz się tego nie zauważać. Albo nie chcesz.
- Ale tu nie da się już nic zrobić. Marku, możesz cofnąć nogę z drzwi?
- Nie, nie mogę. Wojtek ma rację. Chodź, siądziemy i porozmawiamy, jakie jest wyjście.
- Przecież mówię, że nie ma wyjścia. Nic już się nie da zrobić.
- Jak to się nie da? Pshemko i ty to mówisz? Mało razy wychodziliśmy z różnych kłopotów? Pamiętasz? Potem śmialiśmy się z tego.
- Nie tym razem. Mężczyzna powinien wiedzieć, kiedy nadszedł jego koniec.
- Tato, przestań bredzić, bo już się tego słuchać nie da!
- Ty tego nie zrozumiesz. Za młody jesteś.
- Ja nie jestem chyba za młody, ale też nie rozumiem. Pshemko, wyjdź, porozmawiamy.
- Wojtku, przypomnij mi, za ile dni mamy pokaz?
- Za pięć.
- Właśnie. A my nic nie mamy.
- Już tak kiedyś było.
- Nie tak. Pamiętam, o czym mówisz. Ale wtedy materiały mieliśmy. Teraz nie mamy. Bo uszyli z nich te zeszłoroczne ciuchy!!!
- Nie ciuchy, ale kreacje sygnowane przez mistrza Pshemko, tyle, że z zeszłego sezonu.
- Wojtku, nie kpij ze mnie.
- Sam mnie tego uczyłeś.
- Ale teraz to nie konweniuje z sytuacją.
- Dajcie spokój! Pshemko, przestań tak czarno to wszystko widzieć. Fakt, jest być może gorzej niż kiedykolwiek, ale…
- “Być może”? Marku!
- OK. Jest gorzej niż kiedykolwiek, ale to oznacza, że nie mamy czasu do stracenia. Pshemko, chodź tu, bo musimy się naradzić.
- To się naradzajcie. Ja nie mam żadnego pomysłu, więc naradzajcie się beze mnie. Ja już nie widzę nadziei. Dlatego pozwólcie mi odejść.
- Nie! – krzyknęli obaj jednocześnie.
- Jesteś nam potrzebny. Pshemko, do cholery, nigdy nie byłeś aż tak bardzo potrzebny, jak teraz. To twoja wielka chwila, bo możesz dokonać wielkich rzeczy, a nie czas klęski. Z tym zawsze zdążymy. Wyłaź z tej kanciapy i bierzemy się do roboty.
- Mogę wyjść – wzruszył ramionami – ulegam pod siłą nacisku. Przecież nie będę się kopał z twoją nogą. Ale na mnie nie liczcie. Powiedziałem, że nie mam żadnych pomysłów, jak wybrnąć z tej sytuacji.
Pshemko ostentacyjnie wyszedł, przemaszerował przez pracownię i zasiadł w swoim fotelu.
- Słucham. Co proponujecie.
- Po pierwsze: trzeba skontaktować się z kierownikiem tej cholernej szwalni. W końcu, jeśli oni zawalili, to niech teraz to naprawią – jako pierwszy zabrał głos Wojtek.
- Tak, skontaktować się musimy, żeby dowiedzieć się, co oni o tym myślą.
- A co oni mogą myśleć? Marku! Tyle lat siedzisz w tym biznesie, że powinieneś wiedzieć, że będą się bronić.
- Fakt. Jak się uprą, to nic nie zrobimy.
- Właśnie.
- Co wy? Zawalili i mają się wymigać?
- Nie no, jeśli zawalili, to zapłacą – Marek wyjaśnił Wojtkowi – problem w tym, że mamy tylko pięć dni. Potem, to już będzie za późno.
- Jak nie zdążymy, to ewentualne odszkodowanie od szwalni możesz przeznaczyć na odprawy dla zwalnianych pracowników – Pshemko ział pesymizmem.
- Dobra. Nie ma co debatować. Od czegoś trzeba zacząć.
“Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać – pomyślał Marek – co można zrobić w ciągu pięciu dni? zwłaszcza, gdy się nie ma nic. Kompletnie nic. Jedyne szczęście w nieszczęściu to, że nie poleciałem na ten pogrzeb. Miałem przeczucie, żeby zostać. Gdyby się nie udało, Ulka do końca życia przeżywałaby traumę, że nie uratowała firmy, chociaż już tyle razy wyciągała nas z kłopotów. Dobrze, że tym razem jesteśmy z tym oboje. A co będzie, jeśli się nie uda? Uda się. Zawsze się udawało. Ale kiedyś może być ten pierwszy raz. Jak to Ula powiedziała przed laty? Kurczę, nie pamiętam dobrze, ale mnie więcej chodziło o to, że bankructwo to taka rana odniesiona na polu bitwy. Chyba tak to było… albo podobnie. Może coś pokręciłem, ale chodziło o jakieś militarne porównanie. Śmiałem się wtedy, że ona też używa militarnych przenośni. Podobnie, jak ja. Wtedy mieliśmy problemy… takie, z których teraz mogę się śmiać. Czy z dzisiejszych problemów będę się także śmiał za kilka lat? To się okaże. Ula jeszcze wtedy powiedziała, że bankructwo świadczy o tym, że człowiek nie boi się ryzyka i podejmowania odważnych decyzji. No i miała rację. W końcu chyba uda mi się zbankrutować, ale nawet nie będę mógł przypisać sobie tej zasługi – przecież to akurat nie moja wina, że uszyli zeszłoroczną kolekcję. Moja. Wiedziałem, że od paru lat są problemy z tą szwalnią, nie nadążali z terminami, czasem partaczyli robotę, aż Pshemko piany dostawał, ale ja nie rozwiązałem z nimi umowy. Bo nie miałem ochoty na problemy z zerwaną umową i szukaniem innego wykonawcy. Więc teraz mam za swoje. Muszę zrobić wszystko, żeby z tego wyjść. Tyle wiem. Ale nie bardzo wiem, jak. Czasu mało. Tik-tak, tik-tak, tik-tak – jak mawia Pshemko. Muszę coś wymyślić. Dam radę. Bo nie mogę zawieść”.
- Już idę.
- Spóźnimy się.
- Idę.
No tak, Ula idzie do pracy, więc trzeba wyjść wcześniej, a on już się odzwyczaił od przychodzenia do firmy o właściwej porze. Cóż, trzeba się będzie przestawić i wstawać ponad godzinę wcześniej. Dzisiaj jeszcze nie jest źle, bo Dorota przychodzi do Krzysia, ale od jutra codziennie czeka go poranna jazda do rodziców, ponieważ Ula zgodziła się na prośbę matki, która bardzo chciała opiekować się wnukiem. Na szczęście, dzisiaj wszystko poszło dość gładko i obyło się bez żadnych niespodziewanych przeszkód, czy też wypadków. Dorota przyszła na czas, Krzyś nie protestował przed zostaniem z nią w domu, korki były nawet trochę mniejsze, niż zwykle. “Coś za dobrze idzie, ciekawe, jaki będzie dzień” – pomyślał, kiedy zbliżali się do biurowca, jednak nic nie powiedział, żeby nie psuć Uli nastroju. W końcu, to był jej powrót po paru latach. Po odchowaniu Krzysia, Ula przychodziła wprawdzie do firmy, ale raczej nie na cały dzień i nie codziennie. Marek zdawał sobie sprawę, że to nie będzie dla niej łatwe, dla nich obojga nie będzie łatwe, ale kiedyś musiało nastąpić. Jednakże po cichu liczył również na to, że może będą z tego powodu także jakieś korzyści, mając na myśli jej samopoczucie oraz ich wzajemne relacje.
W firmie dzień jak co dzień. Nic specjalnego. Ula postanowiła zająć miejsce w konferencyjnej, tam, gdzie urzędowała Viola, ale Marek nagle wystąpił z pomysłem, że w końcu najwyższy czas zagospodarować dawny gabinet jego ojca. Sam nie miał zamiaru tam się przenosić, ale dla Uli powinien być w sam raz. Ula lekko się zdziwiła, ale wyraźnie spodobała jej się ta propozycja. Postanowiła wziąć się do zorganizowania sobie miejsca pracy, ale przed wyjściem znalazła moment, żeby przytulić się do Marka, spojrzeć mu czule w oczy, pocałować i powiedzieć niskim głosem “dziękuję”. To było coś. Niby zwykłe “dziękuję”, ale jak powiedziane. “Będę miał dobry dzień. A jak coś będzie źle, to przypomnę sobie “dziękuję” Uli i humor musi mi się poprawić” – pomyślał, uśmiechając się i wodząc za nią czułym spojrzeniem, gdy podchodziła do drzwi. Następnie rozłożył rzeczy na biurku i wyszedł do sekretariatu. Poprosił Anię o kawę, ale kiedy rzucił okiem na korytarz, zobaczył stojących tam Ulę i Aleksa. Oboje pochylali głowy nad jakimiś papierami, które Aleks trzymał w rękach. Tym razem podszedł do nich bez namysłu i zdecydowanym krokiem.
- Jakiś problem?
- Nie, właściwie nie – odpowiedział Aleks. W każdym razie nic, w czym mógłbyś mi pomóc.
- To jest prognoza na przyszły kwartał – uzupełniła Ula.
- Aha. Aldony?
- Tak. Ale poprosiłem Ulę, żeby to przejrzała. Nie było mnie parę lat i wolę poradzić się fachowca, zanim zaakceptuję.
- Aldona też jest fachowcem.
- Ale ja powinienem wiedzieć, co podpisuję, nie uważasz?
- Ula też parę lat nie pracowała.
- Ale była tutaj, a ja byłem we Włoszech. Tam są inne przepisy.
- A co to ma do rzeczy?
- Przestańcie! Marek, o co ci chodzi? Aleks poprosił mnie o pomoc, to chyba mogę to przejrzeć, nie? Mnie samej się przyda. Powinnam wiedzieć, jakie są prognozy na przyszły kwartał, nie sądzisz?
- Ale miałaś coś innego robić. Obiecałaś Violetcie pomoc, zapomniałaś? Zresztą, ona jest na zwolnieniu i w ogóle nic nie musi robić.
- Dam radę. Przecież to mi zajmie najwyżej pół godziny.
- Dobra.
Odwrócił się i poszedł do sekretariatu, ale jeszcze się obejrzał i zobaczył, jak Ula z Aleksem idą w kierunku jego gabinetu.
“Co ja wyprawiam. Przecież teraz to będzie raczej norma. Powinienem się przyzwyczaić, a nie robić awantury. Wychodzę na kretyna, nic więcej. Ale co ja poradzę, że wkurza mnie widok Uli i Aleksa w komitywie. Właściwie, powinienem się cieszyć, że się dogadują, może coś dobrego z tego wyniknie. Ciekawe co i dla kogo. Bo nie wierzę, że dla mnie. Aż taki naiwny nie jestem. Wolę być kretynem, niż patrzeć, jak Aleks podrywa Ulę. Marek, jesteś kretynem. Nie podrywa, tylko rozmawia o prognozach. Jeśli zamierzasz tak reagować za każdym razem, to ześwirujesz”.
Jednak przemawianie sobie do rozsądku nie uspokoiło go, ale przecież musiał pogodzić się z tym, czego nie mógł zmienić. W dość ponurym nastroju zabrał się do codziennej pracy biurowej, zapominając o tym, co miało mu poprawić nastrój. Usiłował skoncentrować się na dokumentach, ale pokusa sprawdzenia, co robi Ula, była tak silna, że w końcu wyszedł i pod pretekstem odniesienia filiżanki po kawie do socjalu, zajrzał “po drodze” do Aleksa. No, może nie całkiem “po drodze”, ale prawie. Uspokoił się, bo Uli już tam nie było.
- Ula wyszła?
- Wyszła. Ja też wychodzę.
- Gdzie?
- Mam spotkanie z dyrektorem banku. To może potrwać i raczej nie wrócę.
- No, to cześć.
- Cześć. Aha, jakby co, to wyłączam komórkę, jak to na spotkaniu.
Marek spojrzał na Aleksa dość nieżyczliwie, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Na szczęście, w holu zobaczył Ulę, nadzorującą przenoszenie jakichś rzeczy. Uspokojony trochę, wrócił do siebie i zajął się pozostałymi dokumentami, korespondencją i telefonami. Nic nowego, wszystko jak codziennie. Nawet przygotowania do pokazu nie wzbudzały takich emocji, jak kiedyś. Co to znaczy rutyna i utarte schematy. Wszystko idzie dobrze, bez niespodzianek. Jednak niespodzianka przyszła z innej strony. Pod koniec dnia zadzwoniła matka. Odebrał.
- Dzień dobry, mamo. Co słychać? Jutro rano aktualne? Bierzesz Krzysia?
- Dzień dobry, synku. Ja właśnie również w tej sprawie. Chociaż nie tylko.
- Stało się coś?
- Tak.
- Z ojcem?
- Nie, nie. Spokojnie. To coś innego.
- Co?
- Paulinka dzwoniła. Była strasznie rozbita. Płakała. Nie wiem, jak ona sobie z tym poradzi…
- Ale co się stało?
- Jej babcia zmarła.
- Ooo. Kiedy?
- Dopiero co. Do Aleksa nie mogła się dodzwonić, ja też nie. Możesz mu powiedzieć?
- Aleks wyszedł na spotkanie i ma wyłączony telefon.
- Będę próbować. Zadzwonię do Paulinki, niech się nie denerwuje. Tak mi jej żal.
- Mamo, babcia Pauliny miała swoje lata.
- Jak możesz tak mówić. To zawsze tragedia, zwłaszcza dla Paulinki. Ona tak bardzo była zżyta z babcią. Teraz będzie zupełnie sama.
- Niezupełnie. Ma jeszcze Aleksa.
- Aleks jest tutaj. Mareczku, ja muszę jechać na pogrzeb, więc nie będę mogła zająć się Krzysiem. Sam rozumiesz.
- Tak, oczywiście. Pojedziesz z Aleksem?
- Raczej tak. Spróbuję się z nim umówić. Marku, a ty nie uważasz, że też powinieneś jechać?
- Nie uważam. Z jakiej racji?
- Jak to? Znałeś ją od dziecka.
- Bałem się jej od dziecka.
- Nie mów tak. To była kobieta z zasadami. Teraz to już rzadkość. Poza tym, to babcia Pauliny i Aleksa.
- Paulina i Aleks to nie jest moja rodzina. Ani przyjaciele.
- Jednak w jakiś sposób są nam bliscy, nie sądzisz? Spotkała ich tragedia, więc powinieneś być ponad urazy. Chyba potrafisz?
- Mamo, ale ja nie mam czasu. W firmie młyn przed pokazem, kupa roboty, nie mogę tego zostawić i urządzać sobie wycieczki.
- Ja ciebie zupełnie nie rozumiem. Jakiej wycieczki? Wyjazd na pogrzeb nazywasz wycieczką? Marku, dziwię się, że w ten sposób do tego podchodzisz.
- Mamo. Nie mogę. Mam dużo pracy, nie mogę zostawić firmy.
- Przecież Ula wróciła do pracy.
- I mam ją zostawić z tym wszystkim samą? Zwłaszcza, że podjęła się pracować za Violettę. Aleksa nie będzie, mnie nie będzie. Krzyś jeszcze. Nie, mamo, nie mogę.
- Wspomniałeś o pani Violetcie. Co z nią?
- Jest w ciąży i na zwolnieniu. Ula przejmuje jej obowiązki, przynajmniej na jakiś czas.
- No cóż, trudno. Skoro zdecydowanie twierdzisz, że nie możesz. Ale ja uważam, że jednak powinieneś jechać. Do widzenia, synku.
Jednak coś się wydarzyło. Przez chwilę chodził po gabinecie, zastanawiając się, czy dobrze zrobił, tak zdecydowanie odmawiając wyjazdu. Czuł, że chyba powinien, ale nie miał ochoty spotykać się z Pauliną, nawet w takich okolicznościach. Nie, nie zrobi tego Uli. Z tej sytuacji nie było dobrego wyjścia, więc musiał zdecydować się, co dla niego ważniejsze. A najważniejsza jest Ula i tego musi się trzymać. Spróbował zadzwonić do Uli, ale nie odbierała.
Po pół godzinie zadzwonił Aleks. Wiedział już o śmierci babci. Był trochę zdenerwowany. Powiedział, że za trzy godziny ma samolot i musi zdążyć. Dodał jeszcze, że w banku załatwił sprawę, a dokumenty przyśle do firmy kurierem. Marek złożył mu kondolencje i po zakończeniu rozmowy ponownie zastanowił się, czy nie powinien jednak pojechać, chociaż Aleks nie pytał go o to. Zanim zdążył odpowiedzieć sobie na to pytanie, ponownie zadzwoniła matka. Tym razem prawie z płaczem w głosie powiedziała, że nie może jechać z Aleksem, bo nie zdąży się tak szybko przygotować.
- Marku, ja nie wiem, jak sobie poradzę. Taka podróż, najpierw samolotem, później jeszcze kawał drogi. Nie dam rady, nie w moim wieku.
- Mamo…
- Marku. Liczę na ciebie. Jesteś moim jedynym synem. Kto mi pomoże, jeśli nie ty.
- Mamo, czego ode mnie oczekujesz?
- Jak to, czego? Proszę cię, żebyś ze mną poleciał na pogrzeb.
- Mamo, mówiłem ci…
- Tak, wiem. Mówiłeś. Ale jeśli mi nie pomożesz, to nie pojadę. Nie wiem, jak ja sobie później dam z tym radę. Nie być na pogrzebie przyjaciółki. To straszne.
- No, nie wiem…
- A rozmawiałeś już z Ulą na ten temat?
- Jeszcze nie.
- Więc proszę cię, zadzwoń do niej i przedstaw sprawę. Jestem pewna, że wykaże zrozumienie.
- Dobrze, mamo, zadzwonię.
Po zakończeniu rozmowy z matką, przez chwilę siedział opierając głowę na dłoniach. Czuł, że nie da rady wykręcić się od wyjazdu. Zupełnie nie miał ochoty, ale matka miałaby do niego pretensję do końca życia. Na tyle ją znał. Westchnął i zadzwonił do Uli. Tym razem odebrała.
- Ula. Jest wiadomość.
- Co znowu? Stało się coś?
- Moja mama chce jechać na pogrzeb babci Febo.
- Zmarła?
- Tak, dzisiaj. Paulina dzwoniła do mamy, Aleks już pewnie jedzie na lotnisko.
- Rozumiem. Mam załatwić Dorotę na jutro. OK.
- Nie tylko o to chodzi. Wiesz… mama chce, żebym z nią jechał.
- Ty?
- Tak. Nie zdążyła z Aleksem i mówi, że sama sobie nie poradzi…
- Zgodziłeś się?
- Nie. Powiedziałem, że nie dam rady.
- Może powinieneś? W końcu, samej jej może być trudno.
- A tobie nie będzie samej trudno?
- Będzie, ale dam radę.
- Ula, ale ja nie chcę jechać, to mama się uparła.
- To w końcu jak?
- Powiedziała, żebym porozmawiał z tobą.
- Aha. I po rozmowie ze mną powiesz mamie, że nie jedziesz, tak? A ona uzna, że to moja wina. Dziękuję ci bardzo. Ona i tak za mną nie przepada.
- To nie tak…
- A jak? Myślisz, że jak ona to zrozumie?
- Mówiłem jej, że nie mogę.
- Ale ostateczną decyzję masz podjąć po rozmowie ze mną?
- No tak…
- Więc jedź. Mną się nie przejmuj. Pozdrów Paulinę.
- Ulka, przed chwilą mówiłaś, że powinienem jechać, żeby pomóc mamie, a teraz masz pretensję? Nie rozumiem…
- Nie mam pretensji. Ale uważam, że Aleks mógł na nią trochę zaczekać, albo ona się pospieszyć.
- Ulka, ja też tak uważam. Przecież mówiłem.
- Dobrze, nie ma już o czym mówić. Nie potrafiłeś załatwić tej sprawy tak, jak trzeba, więc jedź.
- A co powinienem, twoim zdaniem, zrobić?
- Pomóc jej zdążyć na samolot z Aleksem, albo jego namówić, żeby poczekał. Widocznie nie bardzo ci zależało.
- Ja już nic nie rozumiem…
- Nieważne. Kiedy lecisz i na jak długo?
- Nie wiem.
- To się dowiedz i zadzwoń. Bo muszę to uwzględnić w swoich planach.
“No, to super. Nie dość, że muszę zrobić to, na co nie mam ochoty, to jeszcze Ulka ma o coś pretensję, a ja nie wiem, o co. Raz mówi, że powinienem, a za chwilę daje do zrozumienia, że nie podoba jej się to. Cokolwiek bym nie zrobił, zawsze jest nie tak. No, może nie zawsze, ale często. No nic, muszę przygotować się do wyjazdu. Idę. Jednak nie rozumiem kobiet, mimo wszystko”.
- Aniu, wychodzę. Od jutra Ula rządzi. Ja wybieram się na pogrzeb babci Febo.
- Tak? Czyli zostajemy same. Ciężko będzie.
- Wiem, ale muszę.
- Jakoś sobie poradzimy.
- Aniu, jak sądzisz, może powinienem zostać?
- Marek, mnie nie pytaj. Ale sam wiesz, jak jest. Ciebie nie będzie, Aleksa nie będzie, Aldona wzięła zaległy urlop i wyjechała, Viola na zwolnieniu.
- Wiesz co, masz rację. Nie mogę was zostawić. Trudno. Do jutra.
- Marek… ale przeze mnie…
- Nie przez ciebie. Po prostu, pomogłaś mi podjąć decyzję.
Pewny siebie i swojego postanowienia, pojechał do rodziców. Matkę zastał w ferworze pakowania. Wyglądało, jakby zamierzała się przeprowadzić gdzieś na dłużej, tyle rzeczy planowała zabrać.
- O, dobrze, że już jesteś, synku. Samolot mamy rano o 7.15. Zarezerwowałam bilety. Rozumiem, że przyjedziesz po mnie? Nie będę musiała tłuc się taksówką?
- Mamo…
- Tak, czyli przyjedziesz.
- Mamo. Mogę cię zawieźć, jeśli chcesz, ale ja nie jadę.
- Jak to? Przecież obiecałeś.
- Powiedziałem, że się zastanowię.
- Miałeś porozmawiać z Ulą. Rozmawiałeś?
- Tak.
- I co? Ona się nie zgodziła?
- Zgodziła się. To ja uważam, że teraz nie jest właściwy czas dla mojej nieobecności.
- Jednak się nie zgodziła. Tłumaczysz ją, jak zwykle.
- Mamo, to nie tak.
- Proszę cię, nic mi nie wyjaśniaj. Ja swoje wiem. Trudno, będę się męczyć sama.
- Możesz nie jechać. Przecież nie musisz.
- Muszę. Nie zostawię Paulinki samej w tak ciężkiej chwili.
- Mamo, nie przesadzaj. Zresztą, Aleks tam będzie i wszystko załatwi.
- Ale Aleks nie da jej wsparcia psychicznego, jak to mężczyzna, nie potrafi.
- No tak. Wiedziałem. Paulina zawsze ci była bliższa niż ja, nie mówiąc o Uli.
- Nie możesz tak mówić. Ale nie dziw się, że Paulina jest mi tak bardzo bliska.
- Nie dziwię się. To moja wina, prawda? Gdybym się z nią ożenił, tak, jak chciałaś, wszystko by było prostsze. Dla ciebie, oczywiście.
- Przecież zaakceptowałam Ulę.
- Z konieczności.
- To był twój wybór i ja go zaakceptowałam. Ale nie możesz wymagać ode mnie…
- Nie wymagam. Nic od ciebie nie wymagam. Ale to nie jest wina Uli, że nie mogę jechać.
- Niech ci będzie.
- Ale taka jest prawda.
- Proszę cię, nie męcz mnie już. Wystarczająco jestem zdenerwowana.
- To co, mam cię zawieźć jutro na to lotnisko?
- Nie. W tej sytuacji nigdzie nie lecę. Przecież nie dam rady z bagażem i jeszcze później…
- I będziesz miała do mnie pretensję?
- Nie, nie będę miała. Rozumiem, masz swoje życie i swoje sprawy.
- Mamo…
- Daj już spokój, nie, to nie. Pozwól, że zadzwonię do Paulinki i uprzedzę ją, że nie może na mnie liczyć.
- To ja już pójdę. Dobranoc.
- Dobranoc. Pozdrów Ulę. Powiedz jej, że może jutro przywieźć Krzysia. W tej sytuacji zajmę się nim.
- Zadzwonimy do ciebie. Dobranoc.
Wyszedł przed dom, złapał głęboki oddech, przez chwilę stał oparty o samochód, zanim wsiadł i odjechał. Więc nie leci do Włoch, zostaje. Ale czy odniósł zwycięstwo, stawiając na swoim, czy poniósł porażkę? To się jeszcze okaże.
Po powrocie do domu, zrelacjonował Uli przebieg rozmowy z matką. Jak się spodziewał, Ula również nie była pewna, jak powinien się był zachować.
- W każdym razie, znowu podpadłam u twojej matki. Teraz, to już nie mam żadnych szans u niej.
- Daj spokój, nie jest tak źle. Powiedziała, że rozumie i kazała cię pozdrowić. I jeszcze powiedziała, że możemy jutro zawieźć do niej Krzysia.
- Marek, przecież wiesz, jak jest. Tak powiedziała, ale myśli pewnie inaczej. A do Krzysia przyjdzie Dorota. Nie będę już tego zmieniać.
- Dobrze, ale nie masz do mnie pretensji?
- No cóż… wyszło, jak wyszło. I tak będzie na mnie. Ale trudno. W końcu i tak wolałaby Paulinę za synową niż mnie.
- I co z tego? Ale ja wolę ciebie.
- Wiem. Całe szczęście.
- No. Nigdy nie zapominaj tego, co teraz powiedziałaś.
- Już zapomniałam. Co ja takiego mówiłam? To było coś ważnego?
- Ja ci pokażę… – spróbował ją złapać za rękę i przyciągnąć do siebie, ale Ula wyśliznęła się i zaczęła uciekać.
- Co wy robicie? Bawicie się w berka? – Krzyś przyszedł ze swojego pokoju, zdziwiony głośnym zachowaniem rodziców.
- Tak, bawimy się w berka – potwierdziła Ula.
- To ja pobawię się z wami.
- Dobrze. Uciekaj, tata goni.
- Ula, nie poznaję cię. Nie boisz się, że Krzyś się uderzy? Ma biegać w domu?
- Dobrze, że mi przypomniałeś. Nie, Krzysiu, jednak nie będziemy bawić się w berka.
- Ula, no co ty? Żartowałem.
- Ale ja nie żartuję. Zapomniałam się na chwilę. Każdemu się zdarza.
- Ale ja chciałem podkreślić, że się zmieniłaś na lepsze.
- Że stałam się mniej odpowiedzialna? To chyba na gorsze.
- No to po zabawie. Co mnie podkusiło…
- To już nie bawimy się w berka? A ja chcę. Mamo, bawmy się…
- Później synku przeczytam ci bajeczkę. Teraz myjemy rączki i siadamy do kolacji.
- Nie chcę…
- Chodź kochanie. Chodź, chodź, chodź…
“A mogła być taka fajna zabawa. Na drugi raz muszę się ugryźć w język, zanim coś powiem. Z Ulką to nigdy nie wiadomo. Znam ją tyle lat, a ciągle jeszcze nie potrafię przewidzieć jej reakcji. No nic. Najważniejsze, że nigdzie nie lecę i Ula nie ma o to do mnie pretensji. Ale matka się obraziła. W końcu ją znam. Nie będę martwił Uli, ale ona nam tego nie zapomni. Trudno. Musiałem coś wybrać. Mam nadzieję, że dobrze”.
Nie musiał długo czekać, żeby się przekonać. Nazajutrz, zaraz po wejściu do firmy, zastali taki młyn, jakiego tu dawno już nie było. Po korytarzu biegały modelki, krawcowe, różni pomocnicy Pshemko. Marek patrzył na nich ze zdziwieniem. Spojrzał na Ulę, ale ta również nie wiedziała, co się stało. Po chwili zaskoczenia, usiłowała przedostać się do recepcji, ale było to jednak dość skomplikowane. Marek ruszył za nią.
- Co tu się dzieje? – spytała Ula.
- Mistrz się strasznie zdenerwował i wszyscy się boją.
- Ale dlaczego tak tu biegają?
- Udają, że coś robią, żeby nie wracać do pracowni.
- Nie wiesz, o co chodzi? – spróbował doinformować się Marek.
- Nie. Próbowałam się dowiedzieć, ale to nie jest takie proste.
Marek odwrócił się do Uli. Przez chwilę patrzyli na siebie, wytrzymując nawzajem swój wzrok.
- To które z nas? Czy losujemy?
- O nie. Ja muszę wziąć dokumenty i jechać do Telewizji. Mówiłam ci, że jeszcze zostało coś do uzgodnienia. Dzisiaj muszę sfinalizować sprawę.
- Ulka – westchnął. – Ale on ciebie bardziej lubi niż mnie.
- Nie bądź taki skromny. Ciebie też lubi.
- Ale ty go lepiej rozumiesz.
- Wiesz co, niech ci będzie. Chodźmy razem. Ale ja mogę tylko parę minut.
- Dobra. Może wystarczy.
W pracowni panowała grobowa cisza. Marek wszedł pierwszy, spodziewając się latających wieszaków lub czegoś w tym stylu, jednak nic takiego się nie działo. Cisza była porażająca.
- Jest tu ktoś? – spytał półgłosem, rozglądając się i na wszelki wypadek trzymając otwarte drzwi.
- Ciii – usłyszał szept Izy i ona sama wyszła zza wiszących ubrań.
Marek cofnął się z pracowni, Iza również wyszła.
- Co się dzieje? – spytał.
- Szwalnia przysłała prototypy kolekcji, przeznaczone na pokaz.
- I?
- To jest kolekcja z zeszłego sezonu.
- Co takiego? – Ula otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
- Tak. Coś im się pomyliło i uszyli starą kolekcję.
- Dzisiaj przysłali? – spytał Marek.
- Nie, wczoraj już po piątej. Mistrz chciał otworzyć, ale wytłumaczyliśmy mu, aby poczekać do dzisiaj. No i od rana mamy aferę.
- Co robi Pshemko? – zapytała Ula.
- Nie wiem. Zamknął się w pomieszczeniu za pracownią i nikogo tam nie wpuszcza. Nawet Wojtka.
- W pomieszczeniu za pracownią? – zdziwił się Marek – przecież on tam nigdy nie wchodzi.
- No właśnie. Dlatego się martwię.
- A gdzie jest Wojtek? – zainteresowała się Ula.
- Wojtek dzwoni do szwalni. Usiłuje się coś dowiedzieć, ale tam nie ma z kim rozmawiać. Kierownik gdzieś wyszedł, a pracownicy nic nie wiedzą.
- To co robimy? – Ula spojrzała na Marka – musimy uzgodnić jakiś plan.
- Daj spokój, żaden plan, trzeba dostosować się do sytuacji. Ty musisz jechać do Telewizji.
- Marek, jeśli z tą kolekcją nie wyjdzie, to nie ma potrzeby zawierać żadnych umów z Telewizją.
- Wyjdzie, Ula, wyjdzie. Zawsze wychodziło, to i tym razem wyjdzie. Jedź i rób swoje, a ja zajmę się tym bajzlem tutaj.
- Postaram się szybko wrócić. Będziemy w kontakcie.
- Dobra. Powodzenia.
Poszła. Marek, jak zwykle w trudnych sytuacjach, nabrał głęboko powietrza w płuca, powoli je wypuścił i wszedł do pracowni. Wojtek stał przy biurku z telefonem przy uchu.
- Cześć. Jak sytuacja?
- Cześć, szefie. Iza mówiła?
- Tak.
- Więc nic się nie zmieniło. Nie udało mi się z nikim dogadać.
- Kiedy to się skończy, to przypomnij mi, że musimy zmienić wykonawcę. Mam już tego dosyć. Ciągle z nimi jakieś problemy. Dawno powinienem to zrobić.
- No. Ale tym razem przeszli sami siebie.
- Co z Pshemko?
- Zamknął się na klucz – Wojtek wzruszył ramionami – i z nikim nie chce gadać.
- Co mówił?
- Że to już koniec i pora umierać.
- No, fakt. Tego, to jeszcze nie było. Spróbuję się do niego dostać.
- Spróbuj, ale nie ręczę za skutek.
Marek podszedł do zamkniętych drzwi, prowadzących na zaplecze pracowni. Nacisnął klamkę, ale napotkał opór zamka. Zapukał.
- Pshemko, to ja. Otwórz, porozmawiamy.
Odpowiedziała mu cisza zza drzwi. Odczekał chwilę i ponownie zapukał, tym razem trochę mocniej.
- Pshemko, otwórz. Musimy porozmawiać.
Znowu cisza. Marek ponownie kilkakrotnie nacisnął na klamkę.
- Pshemko! Jak nie otworzysz, to dzwonię po ślusarza. Albo po ekipę, która wyważy drzwi – odczekał jeszcze chwilę – Pshemko! Nie wygłupiaj się! Otwieraj natychmiast! Ja nie żartuję! Przecież mnie znasz! Pshemko!!! – odczekał jeszcze moment – Jak chcesz. Idę i dzwonię.
Oczywiście, po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich Pshemko. Był biały jak ściana i miał śmiertelnie poważną minę. Patrzył na Marka i Wojtka, nic nie mówiąc.
- Dziękuję ci, że otworzyłeś.
- Szantażujesz mnie, więc otworzyłem.
- Pshemko, ja ciebie nie szantażuję. martwiliśmy się o ciebie i tyle.
- Niepotrzebnie. Człowiek już nie może trochę pobyć w samotności, w towarzystwie jedynie swojego cierpienia, bo zaraz próbuje się go uszczęśliwiać na siłę.
- Pshemko. Proszę cię.
- Marku, to już koniec.
- Koniec czego?
- Jak to czego? Wszystkiego. Koniec kolekcji, koniec pokazu, koniec firmy i w końcu koniec mojej długoletniej kariery, chociaż w tym całym nieszczęściu to akurat najmniej istotne jest.
- Ojciec, nie przesadzasz czasem?
- Synu, ty młody jesteś, życie i kariera przed tobą. Otrząśniesz się. Zwłaszcza, że ja to wszystko firmuję własnym nazwiskiem. Ale dla mnie to już koniec.
- Ojciec, przestań.
- Synu. Ja to biorę wszystko na siebie. Ten cały wstyd i sromotę. Ja się już ludziom z branży na oczy nie pokażę. Wytykać palcami mnie będą. Tobie zrobię miejsce. Nie będziemy twojego nazwiska łączyć z tym… tym… tym nieszczęściem, nie będziemy. Ocalimy chociaż twój honor. Rodzina najważniejsza. Dla mnie to już koniec. Żegnać się będziemy. Dlatego chciałem trochę samotności doświadczyć, pogodzić się z nieuniknionym, z losem się pogodzić… Ale nie. Wy musieliście mi przeszkodzić w tym. Tak, Marku. Ciężko mi to mówić, ale po tylu latach znajomości, po tylu rozmowach, które razem przeprowadziliśmy, ty nadal mnie nie rozumiesz. Ale cóż. Trzeba mieć duszę artysty, żeby zrozumieć cierpienie drugiego artysty. A ty…
- Pshemko. Nie będziemy rozmawiać o mnie i o mojej duszy. To nie jest ważne. Jak ci pomóc?
- Właśnie mówię. Nie rozumiesz artysty. Mnie nie da się już pomóc. To koniec. Nie przypuszczałem, że na taki koniec mi przyjdzie…
- Tato, uspokój się!
- Nie widzisz, że jestem całkowicie spokojny? Pozwólcie mi odejść.
- Pshemko! – Marek gwałtownym ruchem wstawił stopę między drzwi a futrynę – co ty wyprawiasz? Jak długo zamierzasz tam siedzieć?
- Czyżby obchodził cię mój los?
- Ojciec, wszystkich obchodzi twój los. Tylko ty zdajesz się tego nie zauważać. Albo nie chcesz.
- Ale tu nie da się już nic zrobić. Marku, możesz cofnąć nogę z drzwi?
- Nie, nie mogę. Wojtek ma rację. Chodź, siądziemy i porozmawiamy, jakie jest wyjście.
- Przecież mówię, że nie ma wyjścia. Nic już się nie da zrobić.
- Jak to się nie da? Pshemko i ty to mówisz? Mało razy wychodziliśmy z różnych kłopotów? Pamiętasz? Potem śmialiśmy się z tego.
- Nie tym razem. Mężczyzna powinien wiedzieć, kiedy nadszedł jego koniec.
- Tato, przestań bredzić, bo już się tego słuchać nie da!
- Ty tego nie zrozumiesz. Za młody jesteś.
- Ja nie jestem chyba za młody, ale też nie rozumiem. Pshemko, wyjdź, porozmawiamy.
- Wojtku, przypomnij mi, za ile dni mamy pokaz?
- Za pięć.
- Właśnie. A my nic nie mamy.
- Już tak kiedyś było.
- Nie tak. Pamiętam, o czym mówisz. Ale wtedy materiały mieliśmy. Teraz nie mamy. Bo uszyli z nich te zeszłoroczne ciuchy!!!
- Nie ciuchy, ale kreacje sygnowane przez mistrza Pshemko, tyle, że z zeszłego sezonu.
- Wojtku, nie kpij ze mnie.
- Sam mnie tego uczyłeś.
- Ale teraz to nie konweniuje z sytuacją.
- Dajcie spokój! Pshemko, przestań tak czarno to wszystko widzieć. Fakt, jest być może gorzej niż kiedykolwiek, ale…
- “Być może”? Marku!
- OK. Jest gorzej niż kiedykolwiek, ale to oznacza, że nie mamy czasu do stracenia. Pshemko, chodź tu, bo musimy się naradzić.
- To się naradzajcie. Ja nie mam żadnego pomysłu, więc naradzajcie się beze mnie. Ja już nie widzę nadziei. Dlatego pozwólcie mi odejść.
- Nie! – krzyknęli obaj jednocześnie.
- Jesteś nam potrzebny. Pshemko, do cholery, nigdy nie byłeś aż tak bardzo potrzebny, jak teraz. To twoja wielka chwila, bo możesz dokonać wielkich rzeczy, a nie czas klęski. Z tym zawsze zdążymy. Wyłaź z tej kanciapy i bierzemy się do roboty.
- Mogę wyjść – wzruszył ramionami – ulegam pod siłą nacisku. Przecież nie będę się kopał z twoją nogą. Ale na mnie nie liczcie. Powiedziałem, że nie mam żadnych pomysłów, jak wybrnąć z tej sytuacji.
Pshemko ostentacyjnie wyszedł, przemaszerował przez pracownię i zasiadł w swoim fotelu.
- Słucham. Co proponujecie.
- Po pierwsze: trzeba skontaktować się z kierownikiem tej cholernej szwalni. W końcu, jeśli oni zawalili, to niech teraz to naprawią – jako pierwszy zabrał głos Wojtek.
- Tak, skontaktować się musimy, żeby dowiedzieć się, co oni o tym myślą.
- A co oni mogą myśleć? Marku! Tyle lat siedzisz w tym biznesie, że powinieneś wiedzieć, że będą się bronić.
- Fakt. Jak się uprą, to nic nie zrobimy.
- Właśnie.
- Co wy? Zawalili i mają się wymigać?
- Nie no, jeśli zawalili, to zapłacą – Marek wyjaśnił Wojtkowi – problem w tym, że mamy tylko pięć dni. Potem, to już będzie za późno.
- Jak nie zdążymy, to ewentualne odszkodowanie od szwalni możesz przeznaczyć na odprawy dla zwalnianych pracowników – Pshemko ział pesymizmem.
- Dobra. Nie ma co debatować. Od czegoś trzeba zacząć.
“Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać – pomyślał Marek – co można zrobić w ciągu pięciu dni? zwłaszcza, gdy się nie ma nic. Kompletnie nic. Jedyne szczęście w nieszczęściu to, że nie poleciałem na ten pogrzeb. Miałem przeczucie, żeby zostać. Gdyby się nie udało, Ulka do końca życia przeżywałaby traumę, że nie uratowała firmy, chociaż już tyle razy wyciągała nas z kłopotów. Dobrze, że tym razem jesteśmy z tym oboje. A co będzie, jeśli się nie uda? Uda się. Zawsze się udawało. Ale kiedyś może być ten pierwszy raz. Jak to Ula powiedziała przed laty? Kurczę, nie pamiętam dobrze, ale mnie więcej chodziło o to, że bankructwo to taka rana odniesiona na polu bitwy. Chyba tak to było… albo podobnie. Może coś pokręciłem, ale chodziło o jakieś militarne porównanie. Śmiałem się wtedy, że ona też używa militarnych przenośni. Podobnie, jak ja. Wtedy mieliśmy problemy… takie, z których teraz mogę się śmiać. Czy z dzisiejszych problemów będę się także śmiał za kilka lat? To się okaże. Ula jeszcze wtedy powiedziała, że bankructwo świadczy o tym, że człowiek nie boi się ryzyka i podejmowania odważnych decyzji. No i miała rację. W końcu chyba uda mi się zbankrutować, ale nawet nie będę mógł przypisać sobie tej zasługi – przecież to akurat nie moja wina, że uszyli zeszłoroczną kolekcję. Moja. Wiedziałem, że od paru lat są problemy z tą szwalnią, nie nadążali z terminami, czasem partaczyli robotę, aż Pshemko piany dostawał, ale ja nie rozwiązałem z nimi umowy. Bo nie miałem ochoty na problemy z zerwaną umową i szukaniem innego wykonawcy. Więc teraz mam za swoje. Muszę zrobić wszystko, żeby z tego wyjść. Tyle wiem. Ale nie bardzo wiem, jak. Czasu mało. Tik-tak, tik-tak, tik-tak – jak mawia Pshemko. Muszę coś wymyślić. Dam radę. Bo nie mogę zawieść”.
środa, 3 lutego 2010
Komunikat KlaryV dot. głosowania na blogi serialowiczów i bloga carmen
- seriale.com.pl
- beebee.blog.onet.pl
- dubai-magnifique.blogspot.com
Instrukcja:
1. wchodzimy na stronę:
tweeter.faxo.com/Best_Website
lub
tweeter.faxo.com/Best_Website?page=1
2. pod czarną planszą klikamy “I’m a human”
3. pojawia się wygenerowane hasło, które wpisujemy w puste pole, zatwierdzamy klikając w okienko “Follow Instructions Above & Click Here Human”
4. teraz możemy głosować klikając w niebieskich okienkach naszych trzech blogów na zielonym polu “Vote” (wszystkie trzy blogi są na pierwszej stronie)
5. czynność możemy powtarzać co 20 minut
(gdy pole “Wait” czerwone zmieni się na “Vote” zielone)
6. gdy wchodzimy po dłuższym czasie na tą stronę trzeba zacząć od “I’m a human”
6. gdy wchodzimy po dłuższym czasie na tą stronę trzeba zacząć od “I’m a human”
wtorek, 2 lutego 2010
W miejsce Jaska...wprowadza się SWB :) cz.9
Marek czuł, jakby w nim wszystko zazgrzytało na widok tego dupka. Co on sobie myśli? Pojawia się tu z połową kwiaciarni i co?
Był wściekły. Chciał wyjść, ale Ula go zatrzymała.
- Panie Pawle, mogę chyba tak do pana mówić? Przepraszam, ale nie spodziewałam się pana. Czy powinniśmy o czymś jeszcze porozmawiać, oprócz tego, co ustalałam z Ingrid?
Paul nieco się speszył. Jego pewność siebie na chwilę zniknęła. Przyszedł tu dla niej, miał nadzieję, że namówi ją na jakąś kawę poza firmą, ale przecież nie powie tego przy jej mężu. Od chwili, kiedy ją zobaczył, podobała mu się i intrygowała. Jej droga do kariery, wiedział to od Ingrid, była dość niezwykła, więc i ona musiała być niezwykła. Wtedy, w restauracji, nie zwracała na niego uwagi, teraz postanowił spróbować bardziej otwarcie, ale chyba źle trafił.
- Nnnnie. Właściwie nie. Chciałem tylko… w imieniu Ingrid i własnym przywitać się z panią, zanim jutro spotkamy się oficjalnie.
Ula zdawała sobie sprawę, że blefuje. Przysięgłaby, że Ingrid o niczym nie wiedziała,. postanowiła jednak grać jego kartami.
- To miłe. Bardzo dziękuję. Proszę podziękować też Ingrid. Przepraszam, ale właśnie wychodziłam, więc jeśli to wszystko, to naprawdę proszę mi wybaczyć, ale spieszę się.
- Naturalnie. To ja przepraszam i do zobaczenia jutro na pokazie.
Marek nawet nie ukrywał tego, co czuje.
- I co, nie mówiłem, że to dupek? Jak myślisz, po co tu przyszedł?
- Marek, uspokój się. Powiedział po co. Nie słyszałeś?
- Też mi zwyczaje. Naprawdę nie udawaj, że nie wiesz, o co mu chodziło.
- Słuchaj, wiem, czy nie wiem – jakie to ma znaczenie? O czym my w ogóle rozmawiamy? Daj mi te kluczyki, bo szkoda czasu.
Cmoknęła go w policzek.
- I przestań, błagam, dorabiać do tego własną ideologię. Nic mnie ten facet nie obchodzi, nawet, jakby przyniósł całą kwiaciarnię. Jadę, kochanie. Będę najdalej za dwie godziny. Zajrzyj do pracowni, proszę. Już nic nie może nawalić. Nie ma czasu.
Dobrzański usiadł za biurkiem, próbując zastanowić się nad tym, co tak faktycznie zaszło i, czy rzeczywiście słusznie się wścieka. Widać, że Ulka nic sobie z tego faceta nie robi. Przecież jego, Marka, nawet powstrzymała przed wyjściem. Widział, że tamtemu się to nie podobało i ona pewnie też, ale wcale się tym nie przejęła.. “Może ona ma rację, że wymyślam coś, czego nie ma? No tak, ale on jednak tu przyszedł….” Jeszcze nigdy nie był o nią tak niespokojny.
Jego rozmyślanie przerwało wejście Sebastiana.
- Cześć. Ulki nie ma? Przyniosłem jej te umowy dla modelek.
- To połóż. Pojechała do domu. Wróci za dwie godziny.
- A ty, co? Już tęsknisz?
- Bardzo śmieszne.
- Stary, no minę masz… Dobra, już nic nie mówię.
- Bo jestem wściekły, rozumiesz?
- No. Nie wiem dlaczego, ale rozumiem.
Marek opowiedział mu o Pawle, wizycie, kwiatach…
- Hej, ty chyba nie myślisz, że Ulka…
- Nie. O nią jestem spokojny, ale jemu nie wierzę.
- Marek, odpuść. Jeszcze tylko jutro i ten polski Niemiec, czy niemiecki Polak, jak kto woli, po prostu stąd wyjedzie.
- Wiesz co? Mam złe przeczucia. To nie będzie takie proste.
- Przeczucia, to nie twoja specjalność. Mówię ci, odpuść sobie, bo jeszcze, niepotrzebnie pokłócisz się z Ulką o jakiegoś palanta. Ona przecież zachowała się w porządku, tak?
- No tak, ale…
- Nie, no proszę cię. Nie miałem pojęcia, że potrafisz być aż tak zazdrosny.
- Ja też nie. Pewnie masz rację, że nie powinienem, ale co poradzę, jak ta jedna myśl siedzi mi w głowie, jak jakiś kołek?
- Stary. Ulka jest atrakcyjną kobietą, więc przyzwyczaj się do tego, że faceci będą zwracali na nią uwagę. Naprawdę nie pamiętasz, jak to jest? Nie wiem. Może chodź gdzieś, napijemy się i ci przejdzie?
- Dzięki, ale nie. Mam robotę.
Kiedy wróciła Ula, właściwie do tematu nie wracali. Pytał tylko o Jaśka. Potem szybko zabrali się za pracę i ona pochłonęła ich bez reszty. Za to, kiedy wracali do domu, można było wyczuć, że atmosfera gęstnieje. Milczeli. Marek czekał, że ona powróci do tematu. Ona zdawała sobie z tego sprawę, ale nie chciała całej dyskusji rozpoczynać od początku. Zwłaszcza, że jej zdaniem, nie było o czym rozmawiać.
W domu jednak, kiedy zostali sami, nie wytrzymała.
- Marek, to nie może tak być. Czeka nas ciężki dzień, a ty, dodatkowo podgrzewasz atmosferę swoimi humorami. Powiedz, co masz mi do zarzucenia?
- Tobie? Nic. Ale jemu, tak.
- Ok.. Chociaż jemu też nie wiem, co zarzucasz. Tych kilka spojrzeń w moją stronę i kwiaty, z którymi przyszedł? Ale niech będzie. Tylko powiedz mi, dlaczego w takim razie, na mnie się boczysz?
- Przecież nie na ciebie.
- Ale tak to właśnie odczuwam. Poza tym, wygląda na to, że nie masz do mnie zaufania. Szkoda, bo ja , mimo wszystko, do ciebie mam.
Zrobiło mu się głupio po tych słowach. Fakt, po wszystkim, czego była świadkiem, dała mu ogromny kredyt zaufania. Joaśkę też zrozumiała. A on? Czepia się kogoś, na kogo nawet nie zwróciła uwagi. Prawda – przyszedł z tymi cholernymi kwiatami, ale ona też była zaskoczona…
- Przepraszam, kochanie. Nie chciałem, żeby tak wyszło. Nie chciałem sprawić ci przykrości.
Przytulił ją. Kiedy poczuł ją tak blisko, taką tylko jego, chyba, w końcu się uspokoił.
- Kocham cię, Marku Dobrzański i nic tego nie zmieni.
Dzień pokazu, to zawsze wielkie przeżycie, wielka niewiadoma, wielkie nerwy.. Mimo, że wszystko wydawało się być zapięte na ostatni guzik, Ula denerwowała się, żeby w ostatniej chwili coś się nie wydarzyło. Wiedziała dobrze, że wszystko jest możliwe.
Na razie, wszystko szło zgodnie z planem. Ostatnie kreacje i inne potrzebne akcesoria już pojechały. Wpadli z Markiem do domu, żeby odświeżyć się i przebrać. Czasu było mało, więc Jasiek, niestety, nie otrzymał należnej porcji pieszczot. Kiedy wychodzili – płakał.
Zrobiło się im przykro i oboje, chyba, pomyśleli o jednym – dziecko nie może cierpieć z powodu ich zabiegania. Trzeba coś z tym zrobić. Tylko co? Ok. – na razie pokaz, a potem pomyślimy o reszcie.
Stali przy wejściu, wspierani, na szczęcie przez Helenę i Krzysztofa i witali gości. To był jeden z tych momentów, których Ula serdecznie nie znosiła. Te sztuczne gesty, grzecznościowe uśmiechy od których potem bolą mięśnie twarzy, wymuszone serdeczności, prasa, flesze. Brrr…
Mimo upływu czasu, to jednak nadal nie był jej świat. Oswoiła go trochę, to prawda, ale nie czuła się w nim dobrze i swobodnie.
Kiedy zobaczyła zbliżających się Ingrid i Paula, kątem oka spojrzała na Marka. Uśmiech z jego twarzy znikł. Przywitali się i, na szczęście obyło się bez jakichś niekontrolowanych uszczypliwości z jego strony. Zajęty krótką wymianą zdań z Ingrid, skupił się raczej na tym, żeby ją zrozumieć i coś sensownego odpowiedzieć. Nie zauważył, że Paul dziwnie długo całował rękę Uli, jednocześnie nie spuszczając z niej oka.. Poczuła się nieswojo, choć zupełnie na nią nie działał. Czego ten facet chce? Wie, że mam męża, widzi go obok mnie. I co? Nie przeszkadza mu to? Delikatnie, choć stanowczo wysunęła dłoń z jego uścisku. Wytrzymać jeszcze tylko kilka godzin, a potem on wyjedzie, zniknie…
Modelki z gracją prezentowały najnowsze pomysły Pshemko i Wojtka. Ula jednak bardziej była ciekawa, jak zostanie przyjęty ich drugi, nieco nowatorski pomysł, do którego nie było łatwo przekonać mistrza – moda dla przyszłych mam. Ale udało się.
Brawa, gratulacje, słowa uznania. Pshemko z ogromnym bukietem kwiatów, otoczony modelkami, kłaniający się publiczności. Ta sama poza, ten sam “skromny” wyraz twarzy…
Goście udają się na bankiet.
Ula i Marek czują, jak opadają emocje. Zmęczenie daje znać o sobie. Najchętniej pojechaliby do domu, ale obowiązki gospodarzy…
Helena i Krzysztof nie kryją swojego zadowolenia.
- Nie mogłem marzyć o lepszym prezesie i lepszej synowej. Jestem z was bardzo dumny. Z obojga – musiał to powiedzieć. Ma szczególną słabość do tej dziewczyny. Ceni za rozsądek, profesjonalizm i za to, że jego syn, przy niej, naprawdę dojrzał.
W tłumie gości znaleźli się też Ingrid i Paul. Widać, że choć Ingrid starała się być powściągliwa, pokaz podobał się jej bardzo. Wygląda na to, że osiągnęli sukces.
Kolejni dziennikarze poprosili Ulę o krótki wywiad, zaraz potem zatrzymał ktoś z gości. Rozglądała się za Markiem, bo jednak przy takich okazjach, szczególnie, wolała go mieć pod ręką. Zawsze pewniej się wtedy czuła. On w tym świecie, na takich bankietach czuł się, jak ryba w wodzie, ona wręcz przeciwnie – jak ryba wyjęta z wody. Marek jednak stał gdzieś w głębi, zajęty rozmową z rodzicami i jakimiś znajomymi. Zamierzała wziąć tylko lampkę wina ze stołu i dołączyć do nich, gdy nagle, za plecami usłyszała znajomy głos. Paul.
- Myślałem, że już nie uda mi się z panią porozmawiać.
- A, to pan. Przepraszam, nie zauważyłam.
Nie chciała z nim rozmawiać. Nie chciała, żeby Marek ich zauważył. Nie chciała jemu i sobie psuć atmosfery tego wieczoru. Czemu ten facet jest taki namolny? Przecież nie może uciec, a on nie wygląda na takiego, którego szybko można spławić.
- Długo czekałem na tę chwilę. Pięknie pani wygląda.
- Dziękuję.
- Nie moglibyśmy pójść w jakieś spokojniejsze miejsce? Straszny tu tłok.
Ula poczuła, że coraz bardziej zaczyna ją denerwować jego natarczywość.
- To nie jest dobry pomysł. Po pierwsze, jestem gospodarzem tego spotkania, a po drugie – chyba nie ma takiej potrzeby. Przecież nie mamy do omówienia żadnych ważnych spraw, prawda?
- Dobrze, więc zapytam wprost. Czy przyjmie pani moje zaproszenie na jutrzejszy lunch?
- Sądziłam, że rano wracacie z Ingrid do Niemiec.
- To są plany, które zawsze można zmienić. Ja jestem gotowy, a pani?
- A ja… a mnie jutro nie będzie w firmie. Taki jednodniowy urlop. Rozumie pan. Sprawy rodzinne.
Nie miała pojęcia, czy zorientuje się w jej, na poczekaniu wymyślonym, trochę nieudolnym kłamstwie, ale chciała już skończyć tę rozmowę.
- Mogę poczekać kolejny dzień. A może pani uda się szybciej załatwić te rodzinne sprawy.?
Działał jej na nerwy coraz bardziej. Nie rozumiał, że nie ma ochoty na żadne spotkania, czy tylko udawał.? A może jest z tych, “którym się nie odmawia”? To nie ma sensu.
- Panie Pawle. Dziękuję za zaproszenie, ale nie spotkamy się ani jutro, ani pojutrze. Proszę nie zmieniać swoich planów. Przepraszam, ale mój mąż czeka.
Kiedy odchodziła, złapał ją za rękę i powiedział do ucha:
-Ja się tak szybko nie poddaję. Myślę, że się jeszcze spotkamy.
To zabrzmiało, jak groźba? Odeszła, nawet się nie odwracając, ale poczuła jakiś lęk. Co to za facet? Powiedzieć Markowi? Nie, nie teraz. Nie była pewna, czy byłby w stanie powściągnąć swój gniew Trzeba, po prostu, mimo wszystko, uśmiechać się do gości i udawać, że nic się nie wydarzyło. Marek nadal rozmawiał z rodzicami. Kiedy podeszła, Helena przyjrzała się jej uważnie.
- Źle się czujesz, dziecko?
- Nie. Dlaczego?
- Jesteś taka blada.
- To z emocji i zmęczenia. Rozbolała mnie głowa, ale to minie.
Marek popatrzył na nią z troską. Nie widział jej z Paulem. Na szczęście.
Reszta wieczoru minęła już spokojnie, choć Ula nadal. nie mogła opanować zdenerwowania. Nikt nigdy w taki sposób się wobec niej nie zachowywał.
Wrócili do domu bardzo późno. Jasiek spał spokojnie i panią Marię także sen zmorzył w oczekiwaniu na nich. Stanęli nad łóżeczkiem synka.
- Mam nadzieję, że nam wybaczy, że zupełnie nie mieliśmy dla niego czasu ostatnio.
Ula delikatnie przykryła malucha.
- Ja też mam taką nadzieję, ale i tak musimy się zastanowić, jak w przyszłości można to rozwiązać inaczej, żeby po prostu nie musiał za nami tęsknić.
- Tak, kochanie, tylko kompletnie nie mam pomysłu, co można zrobić na przykład w taki dzień, jak dzisiaj. Na szczęście, nie zdarzają się często. Dobrze, że chociaż wszystko się udało i mam nadzieję, że przełoży się na dalsze sukcesy.
- Miałem cię zapytać. Rozmawiałaś na bankiecie z Ingrid, albo z tym jej “uroczym” asystentem, bo jakoś ich potem nie widziałem?
Ula chyba nie była przygotowana na to pytanie. Czuła uderzenie jakiegoś gorąca. Powiedzieć mu? Przecież się wścieknie, a Paul, w końcu za kilka godzin wyjeżdża. Nie chciała go okłamywać. Mało tego, czuła potrzebę powiedzenia mu o tym. Czuła niepokój i chciała, żeby ją uspokoił, ale…
- Mignęli mi gdzieś, ale nie rozmawialiśmy – źle się czuła z tym kłamstwem, ale pomyślała, że jednak w tym momencie, tak będzie lepiej.
Mimo zmęczenia, długo nie mogła zasnąć. “Co ja wyprawiam? Dlaczego nie powiedziałam prawdy?” Przecież zawsze uważała, że lepsza najgorsza prawda, od najpiękniejszego ściemniania. “Nic złego nie zrobiłam. Tylko, jak przekonać Marka, żeby się tak nie nakręcał?” Nagle pomyślała o Bartku. On też był natrętny, nachodził ją. Ba, nawet szantażował, ale to było co innego. Miał w tym interes. A Paul? Nie mogła go zrozumieć. Nawet, jeśli rzeczywiście mu się podobała, to przecież nie dała mu powodu, żeby myślał, że on podoba się jej, że zacznie oszukiwać Marka, że będzie się z nim gdzieś potajemnie umawiała. Taki typ, któremu się wydaje, że może mieć wszystko, co chce? Bała się o tym myśleć, bo to oznaczałoby, że to jeszcze nie koniec….
Rano, przy śniadaniu, ustalili z Markiem, że ona jednak rzeczywiście zostanie dzisiaj w domu. Pozwoli odpocząć pani Marii i pobędzie trochę z Jaśkiem.
- Wiesz, postaram się wrócić wcześniej. Może wybierzemy się we trójkę na jakiś spacer? Ostatnio tyle pracowaliśmy, że zapomnieliśmy, jak to jest.
- Oj, tak. To jest bardzo dobry pomysł, kochanie.
Starała się nie myśleć o wczorajszej rozmowie z Paulem, ale to ciągle wracało. Czuła jakiś strach przed nim. Wyszła z Jaśkiem do ogrodu. Dopiero teraz zauważyła, jak pięknie wygląda. Dostrzegła soczystą zieleń trawy i liści na drzewach, kwitnące krzewy, tulipany, które tak lubiła, żonkile, narcyzy…
Zobaczyła też, że zupełnie umknął jej uwadze cały ten moment przeobrażenia, z niewielkich pączków, do wybujałych liści, kwiatów. Niby codziennie je mijała, patrzyła na nie, ale nie widziała, bo myśli krążyły wokół pracy, pokazu, tego, żeby z wszystkim zdążyć. Jaśka też chyba zachwyciły te “cuda przyrody”, bo co chwila próbował zerwać jakiś listek, głośno się przy tym śmiejąc.
To jeden z takich momentów, kiedy nie myśli się o niczym, tylko ładuje akumulatory. Tę ciszę, którą zakłócał tylko śpiew ptaków i śmiech dziecka, nagle przerwał dzwonek telefonu. Kinga?
- No cześć, Kinga? Co słychać?
- Cześć. Chciałam cię o coś zapytać.
- Pytaj.
- Powiedz mi, ale szczerze, wiedziałaś o tym, że Jasiek zamierza przedłużyć swój pobyt o kolejne pół roku?
- Co takiego? Skąd o tym wiesz?
- Dzwonił do mnie wczoraj.
- Kinga, o niczym nie wiedziałam. Słowo.
Słyszała w jej głosie gniew i wcale się temu nie dziwiła. Co on wyprawia? Miało być tylko pół roku. Nie podobało się jej to, ale jakoś strawiła. Kiedy wszyscy czekali na jego powrót, on przyjechał na Boże Narodzenie i oznajmił, że zaproponowano mu przedłużenie kontraktu o kolejnych 6 miesięcy. Wtedy już nikt nie popierał tego pomysłu. Taty dawno nie widziała tak zdenerwowanego. Ostatecznie postawił na swoim, ale chyba nikt nie myślał wtedy, że miałby być jeszcze jakiś ciąg dalszy. Przestało mu zależeć na Kindze, na skończeniu studiów? Pewnie tam kogoś ma, a tej dziewczynie nawet nie ma odwagi o tym powiedzieć. Oooo, gdyby mogła nim teraz potrząsnąć. Ciekawe, kiedy zamierza ich o tym poinformować? Broniła go, tłumaczyła wiele razy przed ojcem, przed Kingą, ale teraz sama miała już dość.
Marek rzeczywiście wrócił z pracy wcześniej. Chciał jak najwięcej czasu spędzić dzisiaj z nimi. Jasiek, najwyraźniej odpuścił już tacie grzech zaniedbania, bo kiedy tylko go zobaczył, wypuścił zabawkę i wyciągnął do niego rączki. Marek wziął go na ręce, uniósł wysoko ponad głowę. Mały uwielbiał to, śmiał się tak radośnie, zaraźliwie.
- Jestem najszczęśliwszym facetem na świecie, bo mam ciebie i twoją wspaniałą mamę, wiesz, syneczku?
Po chwili, Marek leżał na dywanie, a Jasiek “wędrował” po nim na czworakach. Bawili się świetnie..
Ula patrzyła na nich i śmiała się. Tak słodko razem wyglądali. Czasem miała wrażenie, że Marek za wszelką cenę chce dać synkowi to, czego sam nie otrzymał od ojca w dzieciństwie. Bezwarunkową miłość i akceptację. Nie lubił o tym mówić, ale ona i tak to czuła, wiedziała. Fakt, obaj panowie Dobrzańscy mieli teraz bardzo dobre relacje, ale błędy, braki z odległej przeszłości chyba nadal. między nimi tkwiły.
Nagle przypomniał się jej Paul i przeraziła się. Nigdy, nikomu nie pozwoli zniszczyć swojej rodziny. Powinna powiedzieć Markowi o tamtej rozmowie, ale jak to zrobić?
Kiedy kończyła sprzątać po obiedzie, Marek z Jaśkiem siedzącym “na barana” i piszczącym z radości, “przykłusowali” do kuchni.
- Kochanie, ustaliliśmy, my mężczyźni, że zabieramy cię na spacer, więc kończ to sprzątanie, bo zaraz ruszamy. Powiedz, w co ubrać tego dżentelmena?
- Może jednak ja to zrobię?
- Ubiorę go, tylko przygotuj mi rzeczy i zajmij się sobą.
Jasiek był tak rozbrykany po poprzednich zabawach, że teraz trudno go było opanować Kiedy zobaczyła, że sadowi małego w samochodzie, nieco się zdziwiła.
- My gdzieś jedziemy? Myślałam, że raczej pójdziemy na ten skwer niedaleko?
- A nie. Jedziemy. Muszę Jaśkowi pokazać jedno miejsce. Nam też powinno być tam miło Mnie będzie.
- No dobrze, ale co to za miejsce? Marek, co ty kombinujesz?
- Nie pytaj, tylko wsiadaj.
Kiedy, po jakimś czasie skręcili w kolejną przecznicę, domyśliła się, dokąd jadą. Marek zaparkował samochód. Spojrzał na nią. Chyba była zadowolona. Za rogiem był park. Ich park. Piękny, zielony. Już z daleka słychać było głosy kaczek. Bardzo długo tu nie byli. Obowiązki, praca, dom, teraz dziecko…
Niby nic się nie zmieniło, ławki stały na swoich miejscach, kaczki pływały, jak kiedyś, drzewa wyglądały tak samo. Nie zmieniło się miejsce – oni się zmienili. Ich życie się zmieniło.
Jedną ręką popychał wózek z dzieckiem, drugą, objął ją. Przez chwilę szli w milczeniu. Tyle wspomnień, rozmów, radości, niepewności, nadziei, żalu, łez…
- Dawno tu nie byliśmy.
- Wiem. Już kilka razy chciałem cię tu przywieźć, ale zawsze coś ważnego wypadało. Kiedyś uzmysłowiłem sobie, że w tym miejscu wszystkie problemy wydawały się prostsze. Pamiętasz? Tu była nasza rozmowa na 100%. Opowiedziałem ci o Paulinie, a ty, o swojej znajomości z Bartkiem. Wtedy, choć jeszcze nie do końca, ale chyba po raz pierwszy uzmysłowiłem sobie, że w traktowaniu ciebie wcale nie jestem od niego lepszy. Nie chciałem tego, ale wtedy jeszcze byłem zbyt głupi, żeby to zmienić.
- O, a tu karmiliśmy kaczki. Żebym cię nie złapała, wpadłbyś wtedy do wody.
A tę ławkę pamiętasz?… Nie, to była tamta… A mostek…
Wspomnienia odżywały jedno po drugim i nawet te smutne, wydawały się piękne. Były ich, choć wtedy, chyba żadne z nich nie myślało, że przebędą taką drogę, że będą naprawdę razem, że kiedyś przyjdą tu ze swoim dzieckiem… Życie, to jednak worek z niespodziankami. Nie wszystkie są miłe, ale ta była na pewno.
Marek wyjął Jaśka z wózka. Przykucnął z nim nad brzegiem, rwał na kawałki bułkę (nawet o tym pomyślał? – Ula była naprawdę wzruszona), podawał małemu i pokazywał, jak rzucać, żeby upadły w odpowiednie miejsce. Zbyt małym rączkom dziecka nie zawsze się to udawało, ale i tak bawili się doskonale.
Zrobiło się późno. Trzeba było wracać. Marek niósł małego na rękach.
- Będziemy tu jeszcze przychodzić, synku. Może pokochasz to miejsce, tak samo, jak my?
Spojrzał na Ulę. Miała w oczach łzy, czy tylko mu się wydawało? Odwróciła się jeszcze.
Jacyś ludzie pozowali do zdjęć na “ich” ławce, jakaś para całowała się na “ich” mostku, opodal, dziewczyna z chłopakiem śmiali się i karmili kaczki “Czy dla nich to miejsce będzie też takie ważne, czy też będą tu wracać? – pomyślała”
- Marek, dziękuję. Miałeś doskonały pomysł, żeby tu przyjechać. Może człowiek potrzebuje powrotu do takich miejsc? Nie wiedziałam tylko, że jesteś aż tak romantyczny.
- Bo chyba nie jestem, ale miejsca, w których byliśmy razem, rzeczywiście są mi szczególnie bliskie. Mają jakieś dziwne znaczenie, magiczną moc. Nie potrafię tego wyjaśnić. Może tam, po kawałku, odkrywałem ciebie i siebie, jakiego zupełnie nie znałem? I było mi z tym czasem trudno, ale jednak dobrze? Jedno wiem na pewno – że dobrze jest mieć takie miejsca, a my mamy ich parę, co?
- Nooo. I dla mnie one wszystkie też są bardzo ważne.
Zanim wrócili do domu, Jasiek zasnął w samochodzie. Spał tak smacznie, że nie obudził się nawet, gdy Ula go rozbierała.
Ta noc była, jak poemat o wielkiej miłości, szczęściu, o porozumieniu dusz i jedności ciał…
Magia spaceru to sprawiła? Przypomniała, że są takie chwile i miejsca, do których warto wracać, bo są, jak przestroga przed zbytnią pewnością siebie, przed popadaniem w rutynę?
Obudziło ich piękne słońce i dzwonek do drzwi. Pani Maria.
- Chyba trochę zaspaliśmy, pani prezes?
- Na to wygląda. No to najwyżej zaliczymy od rana takie małe wagary. Masz coś pilnego?
- I kto to mówi? Podoba mi się to. Czy mam coś pilnego? Chyba nie… chociaż, poczekaj. Miałem się spotkać z najemcą tego nowego lokalu, ale to dopiero za dwie godziny. Odwiozę cię i od razu pojadę.
Wysiadła z windy. Zauważyła, że Daniel jakby trochę odżył. Teraz śmiał się nawet, rozmawiając z Aldoną. “Albo ta dziewczyna do niego wróciła, albo się z tym pogodził, albo… znalazł sobie inną. Najważniejsze, że już normalnie funkcjonuje – pomyślała.”
- No, nareszcie jesteś – Viola przywitała ją dość bezceremonialnie. Ani nie było.
- Cześć Viola. Też się cieszę, że cię widzę. Aż tak się za mną stęskniłaś?
- To też – odpowiedziała po chwili namysłu.- Ale ta niespodzianka…
- Jaka niespodzianka?
- U ciebie w gabinecie. Wejdź i zobacz.
Kiedy otworzyła drzwi, jej oczom ukazał się ogromny bukiet… herbacianych róż. Czuła, że robi się jej gorąco. Właśnie wróciła Ania.
- Co to jest?
- Kwiaty? Piękne, prawda?
- Skąd się tu wzięły?
- O rany., Ulka. Z kwiaciarni chyba, nie? – Violę rozpierała ciekawość raczej o adresata tej przesyłki.
- Rano przyniósł kurier – spokojnie odpowiedziała Ania – Co, miałam nie przyjąć?
Ula sama nie wiedziała, co odpowiedzieć. Machnęła tylko ręką. Podeszła i wyjęła ukryty bilecik, choć właściwie mogła go nie czytać. Dwa wyrazy “Pamiętam. Paul”, a zupełnie wyprowadziły ją z równowagi. “Ten facet zaczyna mnie osaczać. Co mam robić?”
Wyjęła kwiaty z wazonu, wrzuciła do kosza na śmieci i poprosiła Anię, żeby go wyniosła.. Nie chciała na nie patrzeć. Na moment o nim zapomniała, ale on – widać nie.
- Ulka, co ty robisz – Viola zdołała odzyskać mowę. – Takie piękne kwiaty. Powiesz od kogo?
- Nie widzisz? Wyrzucam te piękne kwiaty. Mam uczulenie na herbaciane róże – ucięła dyskusję.
Dziewczyny popatrzyły na nią z niedowierzaniem. Zamknęła drzwi. Chciała zostać sama.
To niemożliwe, na co on sobie pozwala? Muszę… muszę powiedzieć Markowi, zanim wydarzy się coś jeszcze i zanim Viola bezmyślnie coś chlapnie.
Piękna noc, piękny poranek, cudowne słońce i ten cholerny Paul, jak czarna plama na tym wszystkim…
Usłyszała głos Marka w sekretariacie. Wrócił. Nie chciała, żeby zauważył jej strach, gniew, niepokój. Nie chciała z nim o tym wszystkim rozmawiać tutaj i nie teraz. Najlepiej w domu, wieczorem, jak będzie już wiedziała, jak mu o tym powiedzieć. Wszystko byłoby dużo prostsze, gdyby nie jego gwałtowne reakcje w takich sytuacjach. Przecież już samo patrzenie Paula na nią wtedy, w restauracji, wywołało jego autentyczną wściekłość, a teraz…
- Hej, kochanie. Co się stało? Jakaś smutna jesteś?
- Nieee. Wydaje ci się. Trochę się zamyśliłam.
- Mam nadzieję, że na mój temat? – próbował żartować.
- Oczywiście, że na twój – nawet specjalnie nie kłamała.
- To dobrze – usiadł na skraju biurka. – Co byś powiedziała na kolację z Olszańskimi.? Dzisiaj?. Spotkałem przed chwilą Sebę i rzucił taką propozycję, że niby nie było okazji uczcić ich sukcesu z przedłużaniem rodu Olszańskich. Moglibyśmy poprosić panią Marię…
Ula, błyskawicznie robiła bilans zysków i strat, wynikających ze skorzystania z zaproszenia. Nie będzie musiała jeszcze dzisiaj prowadzić rozmowy, której efektów nie była pewna, ale na pewno będzie się bała, żeby Viola czegoś nie palnęła, więc urok spotkania i tak pryśnie. Poza tym, nie miała pojęcia, czy, co i kiedy wpadnie do głowy Paulowi, czego nie uda się ukryć przed Markiem. Nie, zdecydowanie musi to zrobić dzisiaj.
- …. Ulka. Co jest? Ty mnie słuchasz?
- Tak. Moglibyśmy poprosić panią Marię, żeby została z Jaśkiem, ona pewnie by się zgodziła, tylko, Marek, dzisiaj zupełnie nie mam ochoty. Nie udałoby się tego przełożyć na jutro?
- No, nie wiem, musiałbym zapytać Sebastiana. Skoro nie masz ochoty… A jutro będziesz miała?
- Jutro jest sobota. Pobędziemy z Jaśkiem, a panią Marię poprosimy dopiero na wieczór. A dzisiaj, ledwie wpadniemy, to już będziemy musieli wyjść. Będzie płacz.
- Może masz rację. Idę pogadać z Sebą.
Ulę rozbolała głowa. “Zaczynam być mistrzynią kłamstw i kłamstewek, ale przecież nie mogłam mu powiedzieć, że nie, bo chcę z nim porozmawiać. Naciskałby, żebym zrobiła to teraz, albo do końca dnia się zamartwiał. Bez sensu.”
Ledwie zjedli obiad, pojawili się Helena i Krzysztof. Byli w pobliżu i wpadli odwiedzić wnuka, bo dawno go nie widzieli. Uli to nawet odpowiadało, bo nie musiała unikać pytających spojrzeń Marka. Jak on ją jednak dobrze zna. Nie wykręci się byle wymówką, by nie zwróciło to jego uwagi.
Siedziały z Heleną, popijając kawę i przyglądały się dziwnej zabawie trzech panów Dobrzańskich. Okazało się, że junior nawet dziadka “sprowadził do parteru”. Krzysztof, i Marek leżeli na podłodze, a Jasiek pełzał to po jednym, to po drugim, spadając na podłogę i wspinając z powrotem.. Potem, na czworakach zaczął im dostarczać kolejne zabawki, czasem któryś oberwał klockiem czy samochodzikiem. Tak, czy owak, bawili się świetnie. Ula nie mogła uwierzyć, do czego jest zdolny Krzysztof, żeby sprawić przyjemność wnukowi.. Wiedziała, że z Markiem nigdy nie pozwalał sobie na takie zabawy.
Mały rozszalał się na dobre i koniec zabawy, związany z odejściem dziadka zaakcentował długim i żałosnym płaczem.
Po wyjściu rodziców, jeszcze długo nie mogli go uspokoić. Dopiero zabawa z Markiem przy kąpieli była odpowiednią rekompensatą. Zasnął błyskawicznie.
Kiedy Marek wszedł do salonu, Ula siedziała zwinięta w kłębek na kanapie.
- Nie masz ochoty na lampkę jakiegoś winka, kochanie? Ja bym się chyba napił na miły koniec dnia.
“Czy miły, to się dopiero okaże – pomyślała Ula”
- Skoro ty masz ochotę, to i mnie nalej.
Podał jej kieliszek i usadowił się tuż obok.
- Marek, powiedz mi, czy mógłbyś mnie zdradzić?
Omal nie zakrztusił się winem.
- Skąd to pytanie?
- Tak, czy nie?
- Żartujesz? Oczywiście, że nie. Nawet by mi to do głowy nie przyszło.
- A sądzisz, że ja mogłabym to zrobić?
Poczuł się trochę niepewnie. Do czego ona zmierza?
- Mam nadzieję, że nie.
- No to dobrą masz nadzieję. Rozumiem, że mi ufasz?
- Ulka, czy ja czegoś nie wiem? Tak dziwnie mówisz, że zaczynam mieć obawy.
- Zupełnie niepotrzebnie. Skoro jednak uważasz, że nie mogłabym cię zdradzić, to dlaczego z taką złością reagowałeś na Paula?
- Ach, ty o nim jeszcze. Myślę, że nie musimy o nim rozmawiać. Wyjechał przecież i mamy spokój.
- Niezupełnie.
- Jak to niezupełnie?. Zaczyna się robić ciekawie. Jednak czegoś nie wiem.
- No, rzeczywiście. Muszę ci coś powiedzieć.
Trochę nie wiedziała, jak zacząć, ale w końcu powiedziała mu o przywitaniu na pokazie, o dwuznacznej propozycji spotkania na lunchu, obietnicy, że i tak jeszcze się spotkają, bo on tak szybko nie odpuszcza, no i w końcu o przysłanych dzisiaj kwiatach. O tym, że wydaje się jej nieobliczalny i, że zaczęła się go bać. Żeby trochę go uspokoić, próbowała wytłumaczyć, dlaczego go okłamała.
Marek nalał sobie drugi kieliszek wina. Choć bardzo się starał, trudno mu było ukryć zdenerwowanie. Nie wiedział, jak zareagować, co powiedzieć. Rzeczywiście jej ufał, ale do pasji doprowadzał go ten facet, który ewidentnie chciał namieszać w ich związku. Nie zamierzał odpuścić. Jakim prawem, w ogóle w ten sposób traktował jego żonę.? Powinien zwyczajnie dać mu w zęby. A jeśli on, czy może kiedyś ktoś inny będzie na tyle przekonywujący, że ją złamie? Nie, to jakiś absurd.
- Ula, nadal. nie rozumiem, dlaczego mi nie powiedziałaś o tym od razu? Dlaczego mnie okłamałaś? Przecież nigdy tego nie robiłaś?
- Tym razem też bym nie zrobiła. Wcale nie czułam się dobrze z tymi kłamstwami. Poza tym, zaczęłam się go bać i bardzo chciałam ci powiedzieć, potrzebowałam cię, ale…
- Ale?
- Odnosiłam wrażenie, że jednak mi nie ufasz. Sądziłam, że z końcem pokazu, skończy się też mój problem, że to epizod, nie wart omawiania, analizowania i twoich nerwów. Nie chciałam cię niepotrzebnie martwić. Poza tym zachowywałeś się, jak chorobliwy zazdrośnik. Nie miałam pojęcia, jak zachowałbyś się wobec niego na pokazie, gdybym ci od razu o tym powiedziała, a nie była to chyba ani pora, ani miejsce na jakieś awantury.
- Kochanie, no fakt jestem zazdrosny i chyba nawet sam nie wiedziałem, że aż tak bardzo. Ale to chyba nie jest aż takie dziwne. Boję się, że mógłbym cię stracić. Już tylko ta myśl wystarczy, że dostaję jakiegoś małpiego rozumu.
- Marek, nie stracisz mnie. Nie ma dla mnie znaczenia, czy ktoś się na mnie gapi, czy nie, bo jesteś TY. Musisz w to uwierzyć. Zawsze takie twoje reakcje będę odbierała, jako brak zaufanie do mnie. Wierz mi, to nie jest miłe.
- Kotku, ale musisz mi mówić o takich sprawach, mimo wszystko. Obiecuję, że postaram się bardziej panować nad swoimi emocjami , ale przecież ty nie możesz się bać jakiegoś niezrównoważonego faceta, a ja nic o tym nie wiem.
- Marek, obawiam się, że on jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Bilecik, który był w kwiatach, wyraźnie to sugeruje.
- Nie martw się. Zobaczymy, co będzie dalej i wtedy pomyślimy. Chodź tu do mnie. Nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić. Przepraszam. Naprawdę. Może jestem głupcem, ale głupcem, który bardzo, bardzo cię kocha.
Wtuliła się w niego. Głaskał jej włosy, całował. ..
Spała spokojnie, on jednak zasnąć nie mógł. Delikatnie zdjął jej rękę ze swojej piersi i ostrożnie wstał z łóżka. Zajrzał do Jaśka. Przykrył go. Podszedł do barku i nalał sobie kieliszek koniaku.. Jednak nie mógł zapomnieć o tym, co mu powiedziała. Miał pretensje do siebie o to, że swoim brakiem rozsądku zmusił ją do kłamstwa, że zostawił ją samą. Z drugiej strony, na samo wspomnienie faceta, czuł ukłucie w okolicy serca. Czego się bał? Że znajdzie się ktoś lepszy od niego, kto będzie mógł jej więcej zaoferować? Przypomniał sobie słowa Sebastiana :“Musisz się przyzwyczaić, że mężczyźni będą na nią zwracali uwagę. Naprawdę nie pamiętasz, jak to jest?“ Nie pamiętasz?… Nie pamiętasz?… Nie pamiętasz?… – dzwoniły mu w uszach te słowa Właśnie dlatego, że wiedział, że pamiętał tak się bał i wściekł. Ale przecież, z drugiej strony, nie powinien przecież porównywać jej z jakimiś, często tylko szukającymi nowych wrażeń modelkami, dziewczynami z klubów, które można było oczarować dłuższym spojrzeniem, a już były twoje. Ba, one same robiły wiele, żeby zwrócić na siebie uwagę. Ula przecież taka nie jest. No tak, ale piękne i niedostępne są jeszcze bardziej intrygujące.
Różne myśli urządziły sobie w jego głowie prawdziwe wyścigi. Już nie wiedział, które mądrzejsze, które głupsze, bardziej czy mniej realne…. Przecież ona go kocha i na pewno nie da się wziąć na lep jakichś prowokacyjnych spojrzeń, tanich komplementów, czy zasypywania, choćby największymi i najpiękniejszymi bukietami kwiatów. Spokojnie, to nie ona. Teraz, przede wszystkim, nie może jej dać powodu do tego, żeby sądziła, że jej nie ufa, żeby bała się powiedzieć mu prawdę. Poza tym, musi coś wymyślić, żeby skutecznie pozbyć się tego Paula..
Wrócił do sypialni. Ula spała w niezmienionej pozycji. Delikatnie, żeby jej nie obudzić, wsunął się pod kołdrę. Uśmiechnęła się przez sen i wtuliła pod jego ramię. “Jest najlepszym, co mogło mnie w życiu spotkać. Zrobię wszystko żeby była szczęśliwa. Ze MNĄ, bo bez niej nic nie miałoby sensu…”
Był wściekły. Chciał wyjść, ale Ula go zatrzymała.
- Panie Pawle, mogę chyba tak do pana mówić? Przepraszam, ale nie spodziewałam się pana. Czy powinniśmy o czymś jeszcze porozmawiać, oprócz tego, co ustalałam z Ingrid?
Paul nieco się speszył. Jego pewność siebie na chwilę zniknęła. Przyszedł tu dla niej, miał nadzieję, że namówi ją na jakąś kawę poza firmą, ale przecież nie powie tego przy jej mężu. Od chwili, kiedy ją zobaczył, podobała mu się i intrygowała. Jej droga do kariery, wiedział to od Ingrid, była dość niezwykła, więc i ona musiała być niezwykła. Wtedy, w restauracji, nie zwracała na niego uwagi, teraz postanowił spróbować bardziej otwarcie, ale chyba źle trafił.
- Nnnnie. Właściwie nie. Chciałem tylko… w imieniu Ingrid i własnym przywitać się z panią, zanim jutro spotkamy się oficjalnie.
Ula zdawała sobie sprawę, że blefuje. Przysięgłaby, że Ingrid o niczym nie wiedziała,. postanowiła jednak grać jego kartami.
- To miłe. Bardzo dziękuję. Proszę podziękować też Ingrid. Przepraszam, ale właśnie wychodziłam, więc jeśli to wszystko, to naprawdę proszę mi wybaczyć, ale spieszę się.
- Naturalnie. To ja przepraszam i do zobaczenia jutro na pokazie.
Marek nawet nie ukrywał tego, co czuje.
- I co, nie mówiłem, że to dupek? Jak myślisz, po co tu przyszedł?
- Marek, uspokój się. Powiedział po co. Nie słyszałeś?
- Też mi zwyczaje. Naprawdę nie udawaj, że nie wiesz, o co mu chodziło.
- Słuchaj, wiem, czy nie wiem – jakie to ma znaczenie? O czym my w ogóle rozmawiamy? Daj mi te kluczyki, bo szkoda czasu.
Cmoknęła go w policzek.
- I przestań, błagam, dorabiać do tego własną ideologię. Nic mnie ten facet nie obchodzi, nawet, jakby przyniósł całą kwiaciarnię. Jadę, kochanie. Będę najdalej za dwie godziny. Zajrzyj do pracowni, proszę. Już nic nie może nawalić. Nie ma czasu.
Dobrzański usiadł za biurkiem, próbując zastanowić się nad tym, co tak faktycznie zaszło i, czy rzeczywiście słusznie się wścieka. Widać, że Ulka nic sobie z tego faceta nie robi. Przecież jego, Marka, nawet powstrzymała przed wyjściem. Widział, że tamtemu się to nie podobało i ona pewnie też, ale wcale się tym nie przejęła.. “Może ona ma rację, że wymyślam coś, czego nie ma? No tak, ale on jednak tu przyszedł….” Jeszcze nigdy nie był o nią tak niespokojny.
Jego rozmyślanie przerwało wejście Sebastiana.
- Cześć. Ulki nie ma? Przyniosłem jej te umowy dla modelek.
- To połóż. Pojechała do domu. Wróci za dwie godziny.
- A ty, co? Już tęsknisz?
- Bardzo śmieszne.
- Stary, no minę masz… Dobra, już nic nie mówię.
- Bo jestem wściekły, rozumiesz?
- No. Nie wiem dlaczego, ale rozumiem.
Marek opowiedział mu o Pawle, wizycie, kwiatach…
- Hej, ty chyba nie myślisz, że Ulka…
- Nie. O nią jestem spokojny, ale jemu nie wierzę.
- Marek, odpuść. Jeszcze tylko jutro i ten polski Niemiec, czy niemiecki Polak, jak kto woli, po prostu stąd wyjedzie.
- Wiesz co? Mam złe przeczucia. To nie będzie takie proste.
- Przeczucia, to nie twoja specjalność. Mówię ci, odpuść sobie, bo jeszcze, niepotrzebnie pokłócisz się z Ulką o jakiegoś palanta. Ona przecież zachowała się w porządku, tak?
- No tak, ale…
- Nie, no proszę cię. Nie miałem pojęcia, że potrafisz być aż tak zazdrosny.
- Ja też nie. Pewnie masz rację, że nie powinienem, ale co poradzę, jak ta jedna myśl siedzi mi w głowie, jak jakiś kołek?
- Stary. Ulka jest atrakcyjną kobietą, więc przyzwyczaj się do tego, że faceci będą zwracali na nią uwagę. Naprawdę nie pamiętasz, jak to jest? Nie wiem. Może chodź gdzieś, napijemy się i ci przejdzie?
- Dzięki, ale nie. Mam robotę.
Kiedy wróciła Ula, właściwie do tematu nie wracali. Pytał tylko o Jaśka. Potem szybko zabrali się za pracę i ona pochłonęła ich bez reszty. Za to, kiedy wracali do domu, można było wyczuć, że atmosfera gęstnieje. Milczeli. Marek czekał, że ona powróci do tematu. Ona zdawała sobie z tego sprawę, ale nie chciała całej dyskusji rozpoczynać od początku. Zwłaszcza, że jej zdaniem, nie było o czym rozmawiać.
W domu jednak, kiedy zostali sami, nie wytrzymała.
- Marek, to nie może tak być. Czeka nas ciężki dzień, a ty, dodatkowo podgrzewasz atmosferę swoimi humorami. Powiedz, co masz mi do zarzucenia?
- Tobie? Nic. Ale jemu, tak.
- Ok.. Chociaż jemu też nie wiem, co zarzucasz. Tych kilka spojrzeń w moją stronę i kwiaty, z którymi przyszedł? Ale niech będzie. Tylko powiedz mi, dlaczego w takim razie, na mnie się boczysz?
- Przecież nie na ciebie.
- Ale tak to właśnie odczuwam. Poza tym, wygląda na to, że nie masz do mnie zaufania. Szkoda, bo ja , mimo wszystko, do ciebie mam.
Zrobiło mu się głupio po tych słowach. Fakt, po wszystkim, czego była świadkiem, dała mu ogromny kredyt zaufania. Joaśkę też zrozumiała. A on? Czepia się kogoś, na kogo nawet nie zwróciła uwagi. Prawda – przyszedł z tymi cholernymi kwiatami, ale ona też była zaskoczona…
- Przepraszam, kochanie. Nie chciałem, żeby tak wyszło. Nie chciałem sprawić ci przykrości.
Przytulił ją. Kiedy poczuł ją tak blisko, taką tylko jego, chyba, w końcu się uspokoił.
- Kocham cię, Marku Dobrzański i nic tego nie zmieni.
Dzień pokazu, to zawsze wielkie przeżycie, wielka niewiadoma, wielkie nerwy.. Mimo, że wszystko wydawało się być zapięte na ostatni guzik, Ula denerwowała się, żeby w ostatniej chwili coś się nie wydarzyło. Wiedziała dobrze, że wszystko jest możliwe.
Na razie, wszystko szło zgodnie z planem. Ostatnie kreacje i inne potrzebne akcesoria już pojechały. Wpadli z Markiem do domu, żeby odświeżyć się i przebrać. Czasu było mało, więc Jasiek, niestety, nie otrzymał należnej porcji pieszczot. Kiedy wychodzili – płakał.
Zrobiło się im przykro i oboje, chyba, pomyśleli o jednym – dziecko nie może cierpieć z powodu ich zabiegania. Trzeba coś z tym zrobić. Tylko co? Ok. – na razie pokaz, a potem pomyślimy o reszcie.
Stali przy wejściu, wspierani, na szczęcie przez Helenę i Krzysztofa i witali gości. To był jeden z tych momentów, których Ula serdecznie nie znosiła. Te sztuczne gesty, grzecznościowe uśmiechy od których potem bolą mięśnie twarzy, wymuszone serdeczności, prasa, flesze. Brrr…
Mimo upływu czasu, to jednak nadal nie był jej świat. Oswoiła go trochę, to prawda, ale nie czuła się w nim dobrze i swobodnie.
Kiedy zobaczyła zbliżających się Ingrid i Paula, kątem oka spojrzała na Marka. Uśmiech z jego twarzy znikł. Przywitali się i, na szczęście obyło się bez jakichś niekontrolowanych uszczypliwości z jego strony. Zajęty krótką wymianą zdań z Ingrid, skupił się raczej na tym, żeby ją zrozumieć i coś sensownego odpowiedzieć. Nie zauważył, że Paul dziwnie długo całował rękę Uli, jednocześnie nie spuszczając z niej oka.. Poczuła się nieswojo, choć zupełnie na nią nie działał. Czego ten facet chce? Wie, że mam męża, widzi go obok mnie. I co? Nie przeszkadza mu to? Delikatnie, choć stanowczo wysunęła dłoń z jego uścisku. Wytrzymać jeszcze tylko kilka godzin, a potem on wyjedzie, zniknie…
Modelki z gracją prezentowały najnowsze pomysły Pshemko i Wojtka. Ula jednak bardziej była ciekawa, jak zostanie przyjęty ich drugi, nieco nowatorski pomysł, do którego nie było łatwo przekonać mistrza – moda dla przyszłych mam. Ale udało się.
Brawa, gratulacje, słowa uznania. Pshemko z ogromnym bukietem kwiatów, otoczony modelkami, kłaniający się publiczności. Ta sama poza, ten sam “skromny” wyraz twarzy…
Goście udają się na bankiet.
Ula i Marek czują, jak opadają emocje. Zmęczenie daje znać o sobie. Najchętniej pojechaliby do domu, ale obowiązki gospodarzy…
Helena i Krzysztof nie kryją swojego zadowolenia.
- Nie mogłem marzyć o lepszym prezesie i lepszej synowej. Jestem z was bardzo dumny. Z obojga – musiał to powiedzieć. Ma szczególną słabość do tej dziewczyny. Ceni za rozsądek, profesjonalizm i za to, że jego syn, przy niej, naprawdę dojrzał.
W tłumie gości znaleźli się też Ingrid i Paul. Widać, że choć Ingrid starała się być powściągliwa, pokaz podobał się jej bardzo. Wygląda na to, że osiągnęli sukces.
Kolejni dziennikarze poprosili Ulę o krótki wywiad, zaraz potem zatrzymał ktoś z gości. Rozglądała się za Markiem, bo jednak przy takich okazjach, szczególnie, wolała go mieć pod ręką. Zawsze pewniej się wtedy czuła. On w tym świecie, na takich bankietach czuł się, jak ryba w wodzie, ona wręcz przeciwnie – jak ryba wyjęta z wody. Marek jednak stał gdzieś w głębi, zajęty rozmową z rodzicami i jakimiś znajomymi. Zamierzała wziąć tylko lampkę wina ze stołu i dołączyć do nich, gdy nagle, za plecami usłyszała znajomy głos. Paul.
- Myślałem, że już nie uda mi się z panią porozmawiać.
- A, to pan. Przepraszam, nie zauważyłam.
Nie chciała z nim rozmawiać. Nie chciała, żeby Marek ich zauważył. Nie chciała jemu i sobie psuć atmosfery tego wieczoru. Czemu ten facet jest taki namolny? Przecież nie może uciec, a on nie wygląda na takiego, którego szybko można spławić.
- Długo czekałem na tę chwilę. Pięknie pani wygląda.
- Dziękuję.
- Nie moglibyśmy pójść w jakieś spokojniejsze miejsce? Straszny tu tłok.
Ula poczuła, że coraz bardziej zaczyna ją denerwować jego natarczywość.
- To nie jest dobry pomysł. Po pierwsze, jestem gospodarzem tego spotkania, a po drugie – chyba nie ma takiej potrzeby. Przecież nie mamy do omówienia żadnych ważnych spraw, prawda?
- Dobrze, więc zapytam wprost. Czy przyjmie pani moje zaproszenie na jutrzejszy lunch?
- Sądziłam, że rano wracacie z Ingrid do Niemiec.
- To są plany, które zawsze można zmienić. Ja jestem gotowy, a pani?
- A ja… a mnie jutro nie będzie w firmie. Taki jednodniowy urlop. Rozumie pan. Sprawy rodzinne.
Nie miała pojęcia, czy zorientuje się w jej, na poczekaniu wymyślonym, trochę nieudolnym kłamstwie, ale chciała już skończyć tę rozmowę.
- Mogę poczekać kolejny dzień. A może pani uda się szybciej załatwić te rodzinne sprawy.?
Działał jej na nerwy coraz bardziej. Nie rozumiał, że nie ma ochoty na żadne spotkania, czy tylko udawał.? A może jest z tych, “którym się nie odmawia”? To nie ma sensu.
- Panie Pawle. Dziękuję za zaproszenie, ale nie spotkamy się ani jutro, ani pojutrze. Proszę nie zmieniać swoich planów. Przepraszam, ale mój mąż czeka.
Kiedy odchodziła, złapał ją za rękę i powiedział do ucha:
-Ja się tak szybko nie poddaję. Myślę, że się jeszcze spotkamy.
To zabrzmiało, jak groźba? Odeszła, nawet się nie odwracając, ale poczuła jakiś lęk. Co to za facet? Powiedzieć Markowi? Nie, nie teraz. Nie była pewna, czy byłby w stanie powściągnąć swój gniew Trzeba, po prostu, mimo wszystko, uśmiechać się do gości i udawać, że nic się nie wydarzyło. Marek nadal rozmawiał z rodzicami. Kiedy podeszła, Helena przyjrzała się jej uważnie.
- Źle się czujesz, dziecko?
- Nie. Dlaczego?
- Jesteś taka blada.
- To z emocji i zmęczenia. Rozbolała mnie głowa, ale to minie.
Marek popatrzył na nią z troską. Nie widział jej z Paulem. Na szczęście.
Reszta wieczoru minęła już spokojnie, choć Ula nadal. nie mogła opanować zdenerwowania. Nikt nigdy w taki sposób się wobec niej nie zachowywał.
Wrócili do domu bardzo późno. Jasiek spał spokojnie i panią Marię także sen zmorzył w oczekiwaniu na nich. Stanęli nad łóżeczkiem synka.
- Mam nadzieję, że nam wybaczy, że zupełnie nie mieliśmy dla niego czasu ostatnio.
Ula delikatnie przykryła malucha.
- Ja też mam taką nadzieję, ale i tak musimy się zastanowić, jak w przyszłości można to rozwiązać inaczej, żeby po prostu nie musiał za nami tęsknić.
- Tak, kochanie, tylko kompletnie nie mam pomysłu, co można zrobić na przykład w taki dzień, jak dzisiaj. Na szczęście, nie zdarzają się często. Dobrze, że chociaż wszystko się udało i mam nadzieję, że przełoży się na dalsze sukcesy.
- Miałem cię zapytać. Rozmawiałaś na bankiecie z Ingrid, albo z tym jej “uroczym” asystentem, bo jakoś ich potem nie widziałem?
Ula chyba nie była przygotowana na to pytanie. Czuła uderzenie jakiegoś gorąca. Powiedzieć mu? Przecież się wścieknie, a Paul, w końcu za kilka godzin wyjeżdża. Nie chciała go okłamywać. Mało tego, czuła potrzebę powiedzenia mu o tym. Czuła niepokój i chciała, żeby ją uspokoił, ale…
- Mignęli mi gdzieś, ale nie rozmawialiśmy – źle się czuła z tym kłamstwem, ale pomyślała, że jednak w tym momencie, tak będzie lepiej.
Mimo zmęczenia, długo nie mogła zasnąć. “Co ja wyprawiam? Dlaczego nie powiedziałam prawdy?” Przecież zawsze uważała, że lepsza najgorsza prawda, od najpiękniejszego ściemniania. “Nic złego nie zrobiłam. Tylko, jak przekonać Marka, żeby się tak nie nakręcał?” Nagle pomyślała o Bartku. On też był natrętny, nachodził ją. Ba, nawet szantażował, ale to było co innego. Miał w tym interes. A Paul? Nie mogła go zrozumieć. Nawet, jeśli rzeczywiście mu się podobała, to przecież nie dała mu powodu, żeby myślał, że on podoba się jej, że zacznie oszukiwać Marka, że będzie się z nim gdzieś potajemnie umawiała. Taki typ, któremu się wydaje, że może mieć wszystko, co chce? Bała się o tym myśleć, bo to oznaczałoby, że to jeszcze nie koniec….
Rano, przy śniadaniu, ustalili z Markiem, że ona jednak rzeczywiście zostanie dzisiaj w domu. Pozwoli odpocząć pani Marii i pobędzie trochę z Jaśkiem.
- Wiesz, postaram się wrócić wcześniej. Może wybierzemy się we trójkę na jakiś spacer? Ostatnio tyle pracowaliśmy, że zapomnieliśmy, jak to jest.
- Oj, tak. To jest bardzo dobry pomysł, kochanie.
Starała się nie myśleć o wczorajszej rozmowie z Paulem, ale to ciągle wracało. Czuła jakiś strach przed nim. Wyszła z Jaśkiem do ogrodu. Dopiero teraz zauważyła, jak pięknie wygląda. Dostrzegła soczystą zieleń trawy i liści na drzewach, kwitnące krzewy, tulipany, które tak lubiła, żonkile, narcyzy…
Zobaczyła też, że zupełnie umknął jej uwadze cały ten moment przeobrażenia, z niewielkich pączków, do wybujałych liści, kwiatów. Niby codziennie je mijała, patrzyła na nie, ale nie widziała, bo myśli krążyły wokół pracy, pokazu, tego, żeby z wszystkim zdążyć. Jaśka też chyba zachwyciły te “cuda przyrody”, bo co chwila próbował zerwać jakiś listek, głośno się przy tym śmiejąc.
To jeden z takich momentów, kiedy nie myśli się o niczym, tylko ładuje akumulatory. Tę ciszę, którą zakłócał tylko śpiew ptaków i śmiech dziecka, nagle przerwał dzwonek telefonu. Kinga?
- No cześć, Kinga? Co słychać?
- Cześć. Chciałam cię o coś zapytać.
- Pytaj.
- Powiedz mi, ale szczerze, wiedziałaś o tym, że Jasiek zamierza przedłużyć swój pobyt o kolejne pół roku?
- Co takiego? Skąd o tym wiesz?
- Dzwonił do mnie wczoraj.
- Kinga, o niczym nie wiedziałam. Słowo.
Słyszała w jej głosie gniew i wcale się temu nie dziwiła. Co on wyprawia? Miało być tylko pół roku. Nie podobało się jej to, ale jakoś strawiła. Kiedy wszyscy czekali na jego powrót, on przyjechał na Boże Narodzenie i oznajmił, że zaproponowano mu przedłużenie kontraktu o kolejnych 6 miesięcy. Wtedy już nikt nie popierał tego pomysłu. Taty dawno nie widziała tak zdenerwowanego. Ostatecznie postawił na swoim, ale chyba nikt nie myślał wtedy, że miałby być jeszcze jakiś ciąg dalszy. Przestało mu zależeć na Kindze, na skończeniu studiów? Pewnie tam kogoś ma, a tej dziewczynie nawet nie ma odwagi o tym powiedzieć. Oooo, gdyby mogła nim teraz potrząsnąć. Ciekawe, kiedy zamierza ich o tym poinformować? Broniła go, tłumaczyła wiele razy przed ojcem, przed Kingą, ale teraz sama miała już dość.
Marek rzeczywiście wrócił z pracy wcześniej. Chciał jak najwięcej czasu spędzić dzisiaj z nimi. Jasiek, najwyraźniej odpuścił już tacie grzech zaniedbania, bo kiedy tylko go zobaczył, wypuścił zabawkę i wyciągnął do niego rączki. Marek wziął go na ręce, uniósł wysoko ponad głowę. Mały uwielbiał to, śmiał się tak radośnie, zaraźliwie.
- Jestem najszczęśliwszym facetem na świecie, bo mam ciebie i twoją wspaniałą mamę, wiesz, syneczku?
Po chwili, Marek leżał na dywanie, a Jasiek “wędrował” po nim na czworakach. Bawili się świetnie..
Ula patrzyła na nich i śmiała się. Tak słodko razem wyglądali. Czasem miała wrażenie, że Marek za wszelką cenę chce dać synkowi to, czego sam nie otrzymał od ojca w dzieciństwie. Bezwarunkową miłość i akceptację. Nie lubił o tym mówić, ale ona i tak to czuła, wiedziała. Fakt, obaj panowie Dobrzańscy mieli teraz bardzo dobre relacje, ale błędy, braki z odległej przeszłości chyba nadal. między nimi tkwiły.
Nagle przypomniał się jej Paul i przeraziła się. Nigdy, nikomu nie pozwoli zniszczyć swojej rodziny. Powinna powiedzieć Markowi o tamtej rozmowie, ale jak to zrobić?
Kiedy kończyła sprzątać po obiedzie, Marek z Jaśkiem siedzącym “na barana” i piszczącym z radości, “przykłusowali” do kuchni.
- Kochanie, ustaliliśmy, my mężczyźni, że zabieramy cię na spacer, więc kończ to sprzątanie, bo zaraz ruszamy. Powiedz, w co ubrać tego dżentelmena?
- Może jednak ja to zrobię?
- Ubiorę go, tylko przygotuj mi rzeczy i zajmij się sobą.
Jasiek był tak rozbrykany po poprzednich zabawach, że teraz trudno go było opanować Kiedy zobaczyła, że sadowi małego w samochodzie, nieco się zdziwiła.
- My gdzieś jedziemy? Myślałam, że raczej pójdziemy na ten skwer niedaleko?
- A nie. Jedziemy. Muszę Jaśkowi pokazać jedno miejsce. Nam też powinno być tam miło Mnie będzie.
- No dobrze, ale co to za miejsce? Marek, co ty kombinujesz?
- Nie pytaj, tylko wsiadaj.
Kiedy, po jakimś czasie skręcili w kolejną przecznicę, domyśliła się, dokąd jadą. Marek zaparkował samochód. Spojrzał na nią. Chyba była zadowolona. Za rogiem był park. Ich park. Piękny, zielony. Już z daleka słychać było głosy kaczek. Bardzo długo tu nie byli. Obowiązki, praca, dom, teraz dziecko…
Niby nic się nie zmieniło, ławki stały na swoich miejscach, kaczki pływały, jak kiedyś, drzewa wyglądały tak samo. Nie zmieniło się miejsce – oni się zmienili. Ich życie się zmieniło.
Jedną ręką popychał wózek z dzieckiem, drugą, objął ją. Przez chwilę szli w milczeniu. Tyle wspomnień, rozmów, radości, niepewności, nadziei, żalu, łez…
- Dawno tu nie byliśmy.
- Wiem. Już kilka razy chciałem cię tu przywieźć, ale zawsze coś ważnego wypadało. Kiedyś uzmysłowiłem sobie, że w tym miejscu wszystkie problemy wydawały się prostsze. Pamiętasz? Tu była nasza rozmowa na 100%. Opowiedziałem ci o Paulinie, a ty, o swojej znajomości z Bartkiem. Wtedy, choć jeszcze nie do końca, ale chyba po raz pierwszy uzmysłowiłem sobie, że w traktowaniu ciebie wcale nie jestem od niego lepszy. Nie chciałem tego, ale wtedy jeszcze byłem zbyt głupi, żeby to zmienić.
- O, a tu karmiliśmy kaczki. Żebym cię nie złapała, wpadłbyś wtedy do wody.
A tę ławkę pamiętasz?… Nie, to była tamta… A mostek…
Wspomnienia odżywały jedno po drugim i nawet te smutne, wydawały się piękne. Były ich, choć wtedy, chyba żadne z nich nie myślało, że przebędą taką drogę, że będą naprawdę razem, że kiedyś przyjdą tu ze swoim dzieckiem… Życie, to jednak worek z niespodziankami. Nie wszystkie są miłe, ale ta była na pewno.
Marek wyjął Jaśka z wózka. Przykucnął z nim nad brzegiem, rwał na kawałki bułkę (nawet o tym pomyślał? – Ula była naprawdę wzruszona), podawał małemu i pokazywał, jak rzucać, żeby upadły w odpowiednie miejsce. Zbyt małym rączkom dziecka nie zawsze się to udawało, ale i tak bawili się doskonale.
Zrobiło się późno. Trzeba było wracać. Marek niósł małego na rękach.
- Będziemy tu jeszcze przychodzić, synku. Może pokochasz to miejsce, tak samo, jak my?
Spojrzał na Ulę. Miała w oczach łzy, czy tylko mu się wydawało? Odwróciła się jeszcze.
Jacyś ludzie pozowali do zdjęć na “ich” ławce, jakaś para całowała się na “ich” mostku, opodal, dziewczyna z chłopakiem śmiali się i karmili kaczki “Czy dla nich to miejsce będzie też takie ważne, czy też będą tu wracać? – pomyślała”
- Marek, dziękuję. Miałeś doskonały pomysł, żeby tu przyjechać. Może człowiek potrzebuje powrotu do takich miejsc? Nie wiedziałam tylko, że jesteś aż tak romantyczny.
- Bo chyba nie jestem, ale miejsca, w których byliśmy razem, rzeczywiście są mi szczególnie bliskie. Mają jakieś dziwne znaczenie, magiczną moc. Nie potrafię tego wyjaśnić. Może tam, po kawałku, odkrywałem ciebie i siebie, jakiego zupełnie nie znałem? I było mi z tym czasem trudno, ale jednak dobrze? Jedno wiem na pewno – że dobrze jest mieć takie miejsca, a my mamy ich parę, co?
- Nooo. I dla mnie one wszystkie też są bardzo ważne.
Zanim wrócili do domu, Jasiek zasnął w samochodzie. Spał tak smacznie, że nie obudził się nawet, gdy Ula go rozbierała.
Ta noc była, jak poemat o wielkiej miłości, szczęściu, o porozumieniu dusz i jedności ciał…
Magia spaceru to sprawiła? Przypomniała, że są takie chwile i miejsca, do których warto wracać, bo są, jak przestroga przed zbytnią pewnością siebie, przed popadaniem w rutynę?
Obudziło ich piękne słońce i dzwonek do drzwi. Pani Maria.
- Chyba trochę zaspaliśmy, pani prezes?
- Na to wygląda. No to najwyżej zaliczymy od rana takie małe wagary. Masz coś pilnego?
- I kto to mówi? Podoba mi się to. Czy mam coś pilnego? Chyba nie… chociaż, poczekaj. Miałem się spotkać z najemcą tego nowego lokalu, ale to dopiero za dwie godziny. Odwiozę cię i od razu pojadę.
Wysiadła z windy. Zauważyła, że Daniel jakby trochę odżył. Teraz śmiał się nawet, rozmawiając z Aldoną. “Albo ta dziewczyna do niego wróciła, albo się z tym pogodził, albo… znalazł sobie inną. Najważniejsze, że już normalnie funkcjonuje – pomyślała.”
- No, nareszcie jesteś – Viola przywitała ją dość bezceremonialnie. Ani nie było.
- Cześć Viola. Też się cieszę, że cię widzę. Aż tak się za mną stęskniłaś?
- To też – odpowiedziała po chwili namysłu.- Ale ta niespodzianka…
- Jaka niespodzianka?
- U ciebie w gabinecie. Wejdź i zobacz.
Kiedy otworzyła drzwi, jej oczom ukazał się ogromny bukiet… herbacianych róż. Czuła, że robi się jej gorąco. Właśnie wróciła Ania.
- Co to jest?
- Kwiaty? Piękne, prawda?
- Skąd się tu wzięły?
- O rany., Ulka. Z kwiaciarni chyba, nie? – Violę rozpierała ciekawość raczej o adresata tej przesyłki.
- Rano przyniósł kurier – spokojnie odpowiedziała Ania – Co, miałam nie przyjąć?
Ula sama nie wiedziała, co odpowiedzieć. Machnęła tylko ręką. Podeszła i wyjęła ukryty bilecik, choć właściwie mogła go nie czytać. Dwa wyrazy “Pamiętam. Paul”, a zupełnie wyprowadziły ją z równowagi. “Ten facet zaczyna mnie osaczać. Co mam robić?”
Wyjęła kwiaty z wazonu, wrzuciła do kosza na śmieci i poprosiła Anię, żeby go wyniosła.. Nie chciała na nie patrzeć. Na moment o nim zapomniała, ale on – widać nie.
- Ulka, co ty robisz – Viola zdołała odzyskać mowę. – Takie piękne kwiaty. Powiesz od kogo?
- Nie widzisz? Wyrzucam te piękne kwiaty. Mam uczulenie na herbaciane róże – ucięła dyskusję.
Dziewczyny popatrzyły na nią z niedowierzaniem. Zamknęła drzwi. Chciała zostać sama.
To niemożliwe, na co on sobie pozwala? Muszę… muszę powiedzieć Markowi, zanim wydarzy się coś jeszcze i zanim Viola bezmyślnie coś chlapnie.
Piękna noc, piękny poranek, cudowne słońce i ten cholerny Paul, jak czarna plama na tym wszystkim…
Usłyszała głos Marka w sekretariacie. Wrócił. Nie chciała, żeby zauważył jej strach, gniew, niepokój. Nie chciała z nim o tym wszystkim rozmawiać tutaj i nie teraz. Najlepiej w domu, wieczorem, jak będzie już wiedziała, jak mu o tym powiedzieć. Wszystko byłoby dużo prostsze, gdyby nie jego gwałtowne reakcje w takich sytuacjach. Przecież już samo patrzenie Paula na nią wtedy, w restauracji, wywołało jego autentyczną wściekłość, a teraz…
- Hej, kochanie. Co się stało? Jakaś smutna jesteś?
- Nieee. Wydaje ci się. Trochę się zamyśliłam.
- Mam nadzieję, że na mój temat? – próbował żartować.
- Oczywiście, że na twój – nawet specjalnie nie kłamała.
- To dobrze – usiadł na skraju biurka. – Co byś powiedziała na kolację z Olszańskimi.? Dzisiaj?. Spotkałem przed chwilą Sebę i rzucił taką propozycję, że niby nie było okazji uczcić ich sukcesu z przedłużaniem rodu Olszańskich. Moglibyśmy poprosić panią Marię…
Ula, błyskawicznie robiła bilans zysków i strat, wynikających ze skorzystania z zaproszenia. Nie będzie musiała jeszcze dzisiaj prowadzić rozmowy, której efektów nie była pewna, ale na pewno będzie się bała, żeby Viola czegoś nie palnęła, więc urok spotkania i tak pryśnie. Poza tym, nie miała pojęcia, czy, co i kiedy wpadnie do głowy Paulowi, czego nie uda się ukryć przed Markiem. Nie, zdecydowanie musi to zrobić dzisiaj.
- …. Ulka. Co jest? Ty mnie słuchasz?
- Tak. Moglibyśmy poprosić panią Marię, żeby została z Jaśkiem, ona pewnie by się zgodziła, tylko, Marek, dzisiaj zupełnie nie mam ochoty. Nie udałoby się tego przełożyć na jutro?
- No, nie wiem, musiałbym zapytać Sebastiana. Skoro nie masz ochoty… A jutro będziesz miała?
- Jutro jest sobota. Pobędziemy z Jaśkiem, a panią Marię poprosimy dopiero na wieczór. A dzisiaj, ledwie wpadniemy, to już będziemy musieli wyjść. Będzie płacz.
- Może masz rację. Idę pogadać z Sebą.
Ulę rozbolała głowa. “Zaczynam być mistrzynią kłamstw i kłamstewek, ale przecież nie mogłam mu powiedzieć, że nie, bo chcę z nim porozmawiać. Naciskałby, żebym zrobiła to teraz, albo do końca dnia się zamartwiał. Bez sensu.”
Ledwie zjedli obiad, pojawili się Helena i Krzysztof. Byli w pobliżu i wpadli odwiedzić wnuka, bo dawno go nie widzieli. Uli to nawet odpowiadało, bo nie musiała unikać pytających spojrzeń Marka. Jak on ją jednak dobrze zna. Nie wykręci się byle wymówką, by nie zwróciło to jego uwagi.
Siedziały z Heleną, popijając kawę i przyglądały się dziwnej zabawie trzech panów Dobrzańskich. Okazało się, że junior nawet dziadka “sprowadził do parteru”. Krzysztof, i Marek leżeli na podłodze, a Jasiek pełzał to po jednym, to po drugim, spadając na podłogę i wspinając z powrotem.. Potem, na czworakach zaczął im dostarczać kolejne zabawki, czasem któryś oberwał klockiem czy samochodzikiem. Tak, czy owak, bawili się świetnie. Ula nie mogła uwierzyć, do czego jest zdolny Krzysztof, żeby sprawić przyjemność wnukowi.. Wiedziała, że z Markiem nigdy nie pozwalał sobie na takie zabawy.
Mały rozszalał się na dobre i koniec zabawy, związany z odejściem dziadka zaakcentował długim i żałosnym płaczem.
Po wyjściu rodziców, jeszcze długo nie mogli go uspokoić. Dopiero zabawa z Markiem przy kąpieli była odpowiednią rekompensatą. Zasnął błyskawicznie.
Kiedy Marek wszedł do salonu, Ula siedziała zwinięta w kłębek na kanapie.
- Nie masz ochoty na lampkę jakiegoś winka, kochanie? Ja bym się chyba napił na miły koniec dnia.
“Czy miły, to się dopiero okaże – pomyślała Ula”
- Skoro ty masz ochotę, to i mnie nalej.
Podał jej kieliszek i usadowił się tuż obok.
- Marek, powiedz mi, czy mógłbyś mnie zdradzić?
Omal nie zakrztusił się winem.
- Skąd to pytanie?
- Tak, czy nie?
- Żartujesz? Oczywiście, że nie. Nawet by mi to do głowy nie przyszło.
- A sądzisz, że ja mogłabym to zrobić?
Poczuł się trochę niepewnie. Do czego ona zmierza?
- Mam nadzieję, że nie.
- No to dobrą masz nadzieję. Rozumiem, że mi ufasz?
- Ulka, czy ja czegoś nie wiem? Tak dziwnie mówisz, że zaczynam mieć obawy.
- Zupełnie niepotrzebnie. Skoro jednak uważasz, że nie mogłabym cię zdradzić, to dlaczego z taką złością reagowałeś na Paula?
- Ach, ty o nim jeszcze. Myślę, że nie musimy o nim rozmawiać. Wyjechał przecież i mamy spokój.
- Niezupełnie.
- Jak to niezupełnie?. Zaczyna się robić ciekawie. Jednak czegoś nie wiem.
- No, rzeczywiście. Muszę ci coś powiedzieć.
Trochę nie wiedziała, jak zacząć, ale w końcu powiedziała mu o przywitaniu na pokazie, o dwuznacznej propozycji spotkania na lunchu, obietnicy, że i tak jeszcze się spotkają, bo on tak szybko nie odpuszcza, no i w końcu o przysłanych dzisiaj kwiatach. O tym, że wydaje się jej nieobliczalny i, że zaczęła się go bać. Żeby trochę go uspokoić, próbowała wytłumaczyć, dlaczego go okłamała.
Marek nalał sobie drugi kieliszek wina. Choć bardzo się starał, trudno mu było ukryć zdenerwowanie. Nie wiedział, jak zareagować, co powiedzieć. Rzeczywiście jej ufał, ale do pasji doprowadzał go ten facet, który ewidentnie chciał namieszać w ich związku. Nie zamierzał odpuścić. Jakim prawem, w ogóle w ten sposób traktował jego żonę.? Powinien zwyczajnie dać mu w zęby. A jeśli on, czy może kiedyś ktoś inny będzie na tyle przekonywujący, że ją złamie? Nie, to jakiś absurd.
- Ula, nadal. nie rozumiem, dlaczego mi nie powiedziałaś o tym od razu? Dlaczego mnie okłamałaś? Przecież nigdy tego nie robiłaś?
- Tym razem też bym nie zrobiła. Wcale nie czułam się dobrze z tymi kłamstwami. Poza tym, zaczęłam się go bać i bardzo chciałam ci powiedzieć, potrzebowałam cię, ale…
- Ale?
- Odnosiłam wrażenie, że jednak mi nie ufasz. Sądziłam, że z końcem pokazu, skończy się też mój problem, że to epizod, nie wart omawiania, analizowania i twoich nerwów. Nie chciałam cię niepotrzebnie martwić. Poza tym zachowywałeś się, jak chorobliwy zazdrośnik. Nie miałam pojęcia, jak zachowałbyś się wobec niego na pokazie, gdybym ci od razu o tym powiedziała, a nie była to chyba ani pora, ani miejsce na jakieś awantury.
- Kochanie, no fakt jestem zazdrosny i chyba nawet sam nie wiedziałem, że aż tak bardzo. Ale to chyba nie jest aż takie dziwne. Boję się, że mógłbym cię stracić. Już tylko ta myśl wystarczy, że dostaję jakiegoś małpiego rozumu.
- Marek, nie stracisz mnie. Nie ma dla mnie znaczenia, czy ktoś się na mnie gapi, czy nie, bo jesteś TY. Musisz w to uwierzyć. Zawsze takie twoje reakcje będę odbierała, jako brak zaufanie do mnie. Wierz mi, to nie jest miłe.
- Kotku, ale musisz mi mówić o takich sprawach, mimo wszystko. Obiecuję, że postaram się bardziej panować nad swoimi emocjami , ale przecież ty nie możesz się bać jakiegoś niezrównoważonego faceta, a ja nic o tym nie wiem.
- Marek, obawiam się, że on jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Bilecik, który był w kwiatach, wyraźnie to sugeruje.
- Nie martw się. Zobaczymy, co będzie dalej i wtedy pomyślimy. Chodź tu do mnie. Nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić. Przepraszam. Naprawdę. Może jestem głupcem, ale głupcem, który bardzo, bardzo cię kocha.
Wtuliła się w niego. Głaskał jej włosy, całował. ..
Spała spokojnie, on jednak zasnąć nie mógł. Delikatnie zdjął jej rękę ze swojej piersi i ostrożnie wstał z łóżka. Zajrzał do Jaśka. Przykrył go. Podszedł do barku i nalał sobie kieliszek koniaku.. Jednak nie mógł zapomnieć o tym, co mu powiedziała. Miał pretensje do siebie o to, że swoim brakiem rozsądku zmusił ją do kłamstwa, że zostawił ją samą. Z drugiej strony, na samo wspomnienie faceta, czuł ukłucie w okolicy serca. Czego się bał? Że znajdzie się ktoś lepszy od niego, kto będzie mógł jej więcej zaoferować? Przypomniał sobie słowa Sebastiana :“Musisz się przyzwyczaić, że mężczyźni będą na nią zwracali uwagę. Naprawdę nie pamiętasz, jak to jest?“ Nie pamiętasz?… Nie pamiętasz?… Nie pamiętasz?… – dzwoniły mu w uszach te słowa Właśnie dlatego, że wiedział, że pamiętał tak się bał i wściekł. Ale przecież, z drugiej strony, nie powinien przecież porównywać jej z jakimiś, często tylko szukającymi nowych wrażeń modelkami, dziewczynami z klubów, które można było oczarować dłuższym spojrzeniem, a już były twoje. Ba, one same robiły wiele, żeby zwrócić na siebie uwagę. Ula przecież taka nie jest. No tak, ale piękne i niedostępne są jeszcze bardziej intrygujące.
Różne myśli urządziły sobie w jego głowie prawdziwe wyścigi. Już nie wiedział, które mądrzejsze, które głupsze, bardziej czy mniej realne…. Przecież ona go kocha i na pewno nie da się wziąć na lep jakichś prowokacyjnych spojrzeń, tanich komplementów, czy zasypywania, choćby największymi i najpiękniejszymi bukietami kwiatów. Spokojnie, to nie ona. Teraz, przede wszystkim, nie może jej dać powodu do tego, żeby sądziła, że jej nie ufa, żeby bała się powiedzieć mu prawdę. Poza tym, musi coś wymyślić, żeby skutecznie pozbyć się tego Paula..
Wrócił do sypialni. Ula spała w niezmienionej pozycji. Delikatnie, żeby jej nie obudzić, wsunął się pod kołdrę. Uśmiechnęła się przez sen i wtuliła pod jego ramię. “Jest najlepszym, co mogło mnie w życiu spotkać. Zrobię wszystko żeby była szczęśliwa. Ze MNĄ, bo bez niej nic nie miałoby sensu…”
poniedziałek, 1 lutego 2010
(Nie) dorosła miłość - opowiadanie Michaliny cz.2
Matt(projektant z Polski) mieszkał w Krakowie, dlatego Aleks leciał prosto tam. Właściwie to się cieszył, zawsze najbardziej lubił to miasto, ono przypominało mu Włochy, szczególnie Kazimierz, te małe uliczki, ogrodowe kawiarenki, niepowtarzalna atmosfera. A z drugiej strony było to jedyne miasto, które było według niego chlubą Polski.
-Aleks, powodzenia, i pamiętaj tylko spokojnie!- mówiła nieco zmartwiona Paulina.
-Sorella, nie wierzysz we mnie?- spytał zalotnie.
-Braciszku, oczywiście, że w Ciebie wierze, ale wiem jak nie lubisz Polski i jaki jesteś nerwowy i wiem też jacy projektanci potrafią być denerwujący.
-Nic się nie martw, mam do tego więcej dystansu, niż Ci się wydaje.- powiedział Aleks „puszczając” jej oko.
-Oby, oby… ale teraz idź już, bo się spóźnisz- powiedziała dziewczyna całując go w policzek.
-Ciao- uśmiechnął się, wziął niewielką torbę i wyszedł, mijając w drzwiach Davide, męża Pauliny.
Od czasu wyjazdu z Polski Paulina Febo bardzo się zmieniła, długo przeżywała rozstanie z Markiem i FD, przeszła poważną depresję, mimo że nie umiała tego okazać i miała trochę inne niż Marek priorytety, kochała go naprawdę i 7lat związku, który skończył się fiaskiem, odbiło się na jej psychice.
Ale na szczęście był przy niej Aleks i babcia, to oni, znaleźli jej dobrego psychologa i pomagali walczyć z jakże trudną chorobą i tym wszystkim, co na nią spadło. Krzysztof i Helena też się o nią martwili, często dzwonili, chcieli nawet przyjechać do Włoch, ale Aleks uświadomił im, że to nie najlepszy pomysł i ze muszą dać Pauli czas. I rzeczywiście- czas był dla niej lekarstwem na całe zło. Po długotrwałej terapii, nie tylko wyleczyła się z depresji, ale wybaczyła wszystko Markowi , nie czuła też miłości, czy nienawiści, nie czuła do niego po prostu nic. Był jej obojętny, czasem spotykali się na jakimś pokazie, czy przypadkiem w jakimś sklepie w stolicy, ale za równo on jak i ona nie mieli ochoty na rozmowę, mijali się, mówiąc zwykłe; „Dzień dobry!”
Paulina zadzwoniła też kilka razy do Heleny, opowiadając jej „po krótce” co przeszła, po jakimś czasie stały się jednak to tylko rozmowy kurtuazyjne, z pytaniem o zdrowie Krzysztofa, firmę Pauli i Aleksa. Seniorzy rodu Dobrzańskich, co prawda tęsknili za nimi, ale gdy patrzyli na szczęście Uli i Marka uświadamiali sobie, ze dobrze jest jak jest i należy cieszyć się z nimi.
A wracając do Pauliny Febo, po depresji, aktywnie włączyła się w działalność jej i Aleksa firmy modowej: F&F (FeboFashion), to ona organizowała kolekcje, bale, sesje itp. Aleks zajmował się finansami. Wydawać by się mogło, ze jest ta samą Pauliną sprzed lat, ale nie- ona była inna. Oczywiście nadal liczył się wygląd zewnętrzny, to co ludzie powiedzą, jednak, gdy wracała do domowego zacisza, stawała się delikatna i czuła. Zrozumiała, co to znaczy naprawdę kochać, ze to nie tylko brać garściami wszystko, co możliwe, że to też ofiarowanie całej siebie, że to poświecenie.
Wpływ na jej metamorfozę miał jej obecny mąż, niejaki Davide Cassati, zwykły, nudny architekt, a jednak rozkochał w sobie Paulę do szaleństwa. Droga do ich miłości, była długa i z wybojami, w której trzeba było zgadzać się na kompromisy, ale jednocześnie była to jedyna droga, która w tym wypadku może prowadzić do spełnienia.
Mimo że byli już z Davide 10 lat nie mieli dzieci, za równo on i ona, gdy się poznali nie czuli się gotowi na rodzicielstwo, uważali, że nie byli by dobrą matką, czy ojcem. Po jakimś czasie przestali o tym w ogóle myśleć. Dziś po 10 latach małżeństwa są szczęśliwy i nadal szaleńczo w sobie zakochani, ale gdzieś tam podświadomie odzywa się potrzeba potomka.
-Oleńko na pewno wszystko wzięłaś?- pytała Ula ze smutkiem w oczach.
-Tak mamo, wszystko. A poza tym Kraków, to nie koniec świata i kiedy tylko będę miała ochotę lub czegoś potrzebowała wsiadam w samochód i po 6h jestem w stolicy- powiedziała dziewczyna szeroko się uśmiechnęła.
Uli to jednak nie pocieszyło, była bardzo emocjonalnie związana z córką, zawsze się sobie zwierzały, uwielbiały spędzać czas w swoim towarzystwie, były przykładem przyjaźni matki z córką. Dlatego wyjazd Oli działa przygnębiająco za równo na Ulę jak i na Marka, dla którego Oleńka była najukochańszą córeczką.
-Ale pamiętaj zadzwoń, jak tylko dojedziesz.- przypominał jej ojciec.
-Oczywiście, że zadzwonię, ale teraz już naprawdę muszę jechać.- powiedziała nieco zirytowana dziewczyna.
-No to do widzenia kochanie- mówiła Ula.
-Uważaj na siebie- dorzucił Marek.
-Kocham was bardzo- powiedziała Aleksandra całując każdego z rodziców w policzek.
Następnie wsiadła do swojego małego, aczkolwiek uroczego samochodu i odjechała w stronę Krakowa.
-Aleks, powodzenia, i pamiętaj tylko spokojnie!- mówiła nieco zmartwiona Paulina.
-Sorella, nie wierzysz we mnie?- spytał zalotnie.
-Braciszku, oczywiście, że w Ciebie wierze, ale wiem jak nie lubisz Polski i jaki jesteś nerwowy i wiem też jacy projektanci potrafią być denerwujący.
-Nic się nie martw, mam do tego więcej dystansu, niż Ci się wydaje.- powiedział Aleks „puszczając” jej oko.
-Oby, oby… ale teraz idź już, bo się spóźnisz- powiedziała dziewczyna całując go w policzek.
-Ciao- uśmiechnął się, wziął niewielką torbę i wyszedł, mijając w drzwiach Davide, męża Pauliny.
Od czasu wyjazdu z Polski Paulina Febo bardzo się zmieniła, długo przeżywała rozstanie z Markiem i FD, przeszła poważną depresję, mimo że nie umiała tego okazać i miała trochę inne niż Marek priorytety, kochała go naprawdę i 7lat związku, który skończył się fiaskiem, odbiło się na jej psychice.
Ale na szczęście był przy niej Aleks i babcia, to oni, znaleźli jej dobrego psychologa i pomagali walczyć z jakże trudną chorobą i tym wszystkim, co na nią spadło. Krzysztof i Helena też się o nią martwili, często dzwonili, chcieli nawet przyjechać do Włoch, ale Aleks uświadomił im, że to nie najlepszy pomysł i ze muszą dać Pauli czas. I rzeczywiście- czas był dla niej lekarstwem na całe zło. Po długotrwałej terapii, nie tylko wyleczyła się z depresji, ale wybaczyła wszystko Markowi , nie czuła też miłości, czy nienawiści, nie czuła do niego po prostu nic. Był jej obojętny, czasem spotykali się na jakimś pokazie, czy przypadkiem w jakimś sklepie w stolicy, ale za równo on jak i ona nie mieli ochoty na rozmowę, mijali się, mówiąc zwykłe; „Dzień dobry!”
Paulina zadzwoniła też kilka razy do Heleny, opowiadając jej „po krótce” co przeszła, po jakimś czasie stały się jednak to tylko rozmowy kurtuazyjne, z pytaniem o zdrowie Krzysztofa, firmę Pauli i Aleksa. Seniorzy rodu Dobrzańskich, co prawda tęsknili za nimi, ale gdy patrzyli na szczęście Uli i Marka uświadamiali sobie, ze dobrze jest jak jest i należy cieszyć się z nimi.
A wracając do Pauliny Febo, po depresji, aktywnie włączyła się w działalność jej i Aleksa firmy modowej: F&F (FeboFashion), to ona organizowała kolekcje, bale, sesje itp. Aleks zajmował się finansami. Wydawać by się mogło, ze jest ta samą Pauliną sprzed lat, ale nie- ona była inna. Oczywiście nadal liczył się wygląd zewnętrzny, to co ludzie powiedzą, jednak, gdy wracała do domowego zacisza, stawała się delikatna i czuła. Zrozumiała, co to znaczy naprawdę kochać, ze to nie tylko brać garściami wszystko, co możliwe, że to też ofiarowanie całej siebie, że to poświecenie.
Wpływ na jej metamorfozę miał jej obecny mąż, niejaki Davide Cassati, zwykły, nudny architekt, a jednak rozkochał w sobie Paulę do szaleństwa. Droga do ich miłości, była długa i z wybojami, w której trzeba było zgadzać się na kompromisy, ale jednocześnie była to jedyna droga, która w tym wypadku może prowadzić do spełnienia.
Mimo że byli już z Davide 10 lat nie mieli dzieci, za równo on i ona, gdy się poznali nie czuli się gotowi na rodzicielstwo, uważali, że nie byli by dobrą matką, czy ojcem. Po jakimś czasie przestali o tym w ogóle myśleć. Dziś po 10 latach małżeństwa są szczęśliwy i nadal szaleńczo w sobie zakochani, ale gdzieś tam podświadomie odzywa się potrzeba potomka.
-Oleńko na pewno wszystko wzięłaś?- pytała Ula ze smutkiem w oczach.
-Tak mamo, wszystko. A poza tym Kraków, to nie koniec świata i kiedy tylko będę miała ochotę lub czegoś potrzebowała wsiadam w samochód i po 6h jestem w stolicy- powiedziała dziewczyna szeroko się uśmiechnęła.
Uli to jednak nie pocieszyło, była bardzo emocjonalnie związana z córką, zawsze się sobie zwierzały, uwielbiały spędzać czas w swoim towarzystwie, były przykładem przyjaźni matki z córką. Dlatego wyjazd Oli działa przygnębiająco za równo na Ulę jak i na Marka, dla którego Oleńka była najukochańszą córeczką.
-Ale pamiętaj zadzwoń, jak tylko dojedziesz.- przypominał jej ojciec.
-Oczywiście, że zadzwonię, ale teraz już naprawdę muszę jechać.- powiedziała nieco zirytowana dziewczyna.
-No to do widzenia kochanie- mówiła Ula.
-Uważaj na siebie- dorzucił Marek.
-Kocham was bardzo- powiedziała Aleksandra całując każdego z rodziców w policzek.
Następnie wsiadła do swojego małego, aczkolwiek uroczego samochodu i odjechała w stronę Krakowa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)